Wywiady

Dlaczego wynik nie jest ważny? Wynik jest ważny wszędzie

Swoją pracę trenerską zaczynał w 2001 roku i przez 14 lat pracował w Lechu Poznań. Następnie był dyrektorem sportowym w Elanie Toruń i asystentem Leszka Ojrzyńskiego w Arce Gdynia. Teraz Patryk Kniat wrócił do Poznania i obecnie jest trenerem Unii Swarzędz oraz właścicielem Fabryki Piłkarzy, która w treningach indywidualnych uczy i doskonali u piłkarzy kontrolę przestrzeni i poprawia wszelkie deficyty w działaniach techniczno-taktycznych. Z Patrykiem porozmawialiśmy o płacach wśród trenerów młodzieżowych, treningach indywidualnych dla najmłodszych, kursach trenerskich i kształceniu trenerów. Dodatkowo szukaliśmy odpowiedzi, co charakteryzuje dobrego trenera młodzieży i czy usuwanie tabel w najmłodszych rocznikach jest słuszne? Podpytaliśmy także o jego przeszłość w Lechu i Arce, teraźniejszość w Unii Swarzędz i planach na przyszłość. 

Prowadziłeś zawodników we wszystkich kategoriach wiekowych. Która grupa jest najtrudniejsza?

Każda grupa charakteryzuje się innymi problemami. Myślę, że dla początkującego trenera najtrudniejsza będzie ta najmłodsza grupa głównie, jeśli chodzi o relację z rodzicami. To jest bardzo trudny temat. Musimy być mocno asertywni w stosunku do rodzica, który często jest pretensjonalny, ale z drugiej strony musimy się wykazać dużą wrażliwością. Rodzic powierza nam swój największy skarb – dziecko. Jeśli któryś z rodziców miał pretensje, zawsze byłem ukierunkowany na rozmowę z nimi. Nawet jak byłem dyrektorem w Elanie Toruń, gdzie tych rozmów z rodzicami było sporo. Nigdy nie starałem się na siłę przyciągnąć rodziców do mojego klubu, mojego zespołu. Jeśli państwo uważają, że jest źle i treningi wam nie odpowiadają, to przecież mają państwo wybór. Jeśli nie mają państwo zaufania do tego, co robię, to czas znaleźć sobie inne miejsce. Trener Śledź często używał takiego sformułowania, że rodzic, który powierza swój skarb w ręce ludzi, którym nie ufa, jest … użyję delikatnego sformułowania – nieodpowiedzialny. W mojej pracy to były oczywiście skrajne przypadki. W Elanie mieliśmy 500 dzieciaków i znaleźli się również rodzice, którzy rozumieją sport.

Co charakteryzuje dobrego trenera młodzieży? Pytam, bo ostatnio w jednym z wywiadów wspominałeś, że robiąc selekcje zawodników, miałeś przebite opony w aucie.

Dużo jest takich aspektów. Jedną z najważniejszych rzeczy szkoleniowych jest umiejętność nauczania. Przyjmijmy hipotetycznie, że jesteśmy właśnie w szkole muzycznej. Nie ma nauczyciela. I ktoś nas prosi, żebyśmy poprowadzili lekcję gry na pianinie. To my tę lekcję poprowadzimy. Usiądziemy i powiemy, że mają coś zagrać. Ta lekcja przez 50 minut się odbędzie i tyle będzie można o niej powiedzieć. Poprowadzimy lekcje gry na pianinie, ale nie nauczymy dziecka grać na pianinie. To kolosalna różnica. Tak samo jest w piłce nożnej. Zbyt często treningi odbywają się, a zbyt rzadko dziecko wychodzi nauczone konkretnej rzeczy. Często też na boisku słyszę komentarze w stylu „Jasiu, źle uderzyłeś piłkę’’. Mało jest trenerów, którzy powiedzą jak zrobić to dobrze, poprowadzą dane ćwiczenie metodycznie, zwrócą uwagę na szczegół. Wszyscy mówią, że nie mamy zawodników umiejących grać jeden na jeden. To wyposaż dziecko w wachlarz 5-10 zwodów. Naucz go. Dzisiaj widzę zbyt wielu trenerów, którzy prowadzą treningi, ale nie uczą gry w piłkę.

Jesteś właścicielem Fabryki Piłkarzy, gdzie wraz z Pawłem Boryczką prowadzicie treningi indywidualne taktyczno-techniczne. Czy uważasz, że treningi indywidualne są kluczem do sukcesu?

Miałem spory problem z podjęciem decyzji odnośnie treningów indywidualnych. Długo na ten temat rozmawiałem z trenerem Markiem Śledziem, który mocno ukształtował mnie jako człowieka i trenera, za co jestem mu po stokroć wdzięczny, bo nie każdy może mieć nad sobą takiego mentora, który jest niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie szkolenia dzieci i młodzieży. Trener twierdzi, że praca indywidualna jest mało etyczna i tylko dla zarobku. To jest ostatnio nasza „kość niezgody’’. Uważam osobiście, że przekazując swoją wiedzę, pracując uczciwie, profesjonalnie, z całych sił chcąc „ulepszać’’ piłkarzy, którzy mi zaufali, nie można robić wyrzutu z tego, że na tym zarabiam. Korzyść jest obopólna. Natomiast mi się wydaje, że przede wszystkim w tej pracy nie możemy oszukiwać rodziców. Nikomu nie zagwarantuję, że jego dziecko będzie drugim Lewandowskim albo Linettym. Widzę sporo pozytywów treningu indywidualnego. Wiem, że po 5-10-15 treningu ten zawodnik będzie lepszym zawodnikiem. Jestem o tym przekonany. Tym bardziej, że jest to mocno specjalistyczny trening. Ukierunkowany głównie na kontrolę przestrzeni, pozycję otwartą, decyzyjność. Uczący odruchu warunkowego. To jest pewne novum. Bardzo nieliczna rzesza trenerów zwraca na to uwagę. Trener Śledź zaczynał przed laty takie treningi na prostym sprzęcie w Akademii Lecha Poznań. Stawiał dwa monitory, które ułatwiały piłkarzom kontrolę tego, co przed nimi i za nimi. Dzisiaj też w Fabryce Piłkarzy pracujemy na takim sprzęcie zarówno z zawodnikami profesjonalnymi, ekstraklasowymi, jak i z juniorami czy dziećmi, które dopiero zaczynają swoją sportową edukację. To jest temat rzeka.

Piłka nożna jest dyscypliną, gdzie zmiennych zakłócających jest całe mnóstwo. Musimy widzieć przede wszystkim piłkę. Musimy widzieć naszych 10 partnerów i 11 przeciwników, musimy widzieć bramkę swoją i przeciwnika. Punktów do obserwacji jest całe mnóstwo. Ktoś powie, że piłka nożna jest prostą grą, bo 22 facetów biega za piłką. Tylko trzeba zwrócić uwagę, że piłka jest coraz szybsza, coraz bardziej skomplikowana. Kiedyś grało się na przestrzeni całego boiska. Dzisiaj element zawężania i skracania pola gry jest opanowany niemal do perfekcji. Są sytuacje gdzie 20 zawodników porusza się w kwadracie 20×20 metrów i tam nie kontrolując tego, co przede mną i za mną nie ma szans utrzymać piłę w posiadaniu zespołu.

Spójrzmy na piłkarzy na przykład ligi angielskiej pod kątem kontroli przestrzeni. Ile Christian Eriksen w ciągu 60 sekund wykona obserwacji? Wybierzmy sobie na tej samej pozycji dowolnego piłkarza polskiej ekstraklasy. Ostatnio zrobiłem taką analizę porównawczą dla piłkarza naszej ekstraklasy, z którym pracuję indywidualnie. W ciągu 60 sekund Eriksen dokonał 25 obserwacji, a są piłkarze, którzy w tym samym czasie skupiają się tylko na piłce. Można się tego nauczyć. Im młodszy zawodnik, tym szybciej chłonie wiedzę, niemal jak gąbka.

Czym się różni trening indywidualny piłkarza profesjonalnego od juniora?

Młodszy zawodnik zdecydowanie szybciej chłonie i łapie odruch warunkowy. Szybciej wchodzi mu to w nawyk. Piłkarz ukształtowany potrzebuje więcej czasu na naukę odruchów warunkowych. Odruch warunkowy to na przykład nauka zmiany biegów podczas jazdy samochodem. Wciskasz sprzęgło, jedynka i tak dalej. Dzisiaj robisz to automatycznie, a jak zdawałeś na prawo jazdy, to musiałeś się chwilę zastanowić i trwało to dłużej. Takiego odruchu relatywnie łatwo nauczyć, ale przy braku regularnego treningu, łatwo jest się go oduczyć. Jest jedna wspólna rzecz między treningiem piłkarza zaawansowanego a dzieckiem. Około 30 minuty treningu następuje bardzo duży spadek koncentracji. Ten trening jest na tyle intensywny dla mózgu, że czy to jest małe dziecko, czy piłkarz profesjonalny, to około 30 minuty poziom koncentracji diametralnie spada. Miałem przypadki, gdy na monitorze wyświetla się cyfra 9, to oni mówią, że jest 4. Tworzy się bardzo duże zaburzenie.

Ile trwa taki trening?

55-60 minut maksymalnie. Przez ostatnie 15 minut bardziej pracujemy i mówimy o koncentracji. Kiedy zaczynaliśmy, sam nie wiedziałem, że tak jest. Po 30 minucie piłkarz musi sobie znaleźć nowy cel. Skala trudności poszczególnych ćwiczeń jest mocno wzrastająca. Na początku mamy samą obserwację bez decyzji. Później mamy obserwację z jedną decyzją, potem drugą, nierzadko kolejną itd. Poziom koncentracji strasznie spada, poziom decyzyjności i obserwacji rośnie. Obracając to na warunki meczowe – mamy 90 minut rywalizacji. Podczas meczu dochodzi zmęczenie, stres związany z wynikiem, trybuny i poziom koncentracji jest wtedy bardzo ważny. Jest to do wytrenowania. Błędy, które pojawiają się potem w meczu, są zależne od poziomu koncentracji. Ten poziom również doskonalimy w Fabryce Piłkarzy.

Dlaczego trenując tylko w klubie, nie zostanie się profesjonalnym piłkarzem?

Coraz więcej piłkarzy korzysta z treningu indywidualnego. Najwięcej z treningu motorycznego. Widać to, bo pracujemy też z piłkarzami młodzieżowych reprezentacji Polski. Wielu z tych młodych zawodników korzysta z dodatkowych zajęć. Mamy u siebie bardzo wielu młodych chłopaków. Dla nas grupą docelową jest grupa świadoma. W mniejszych ośrodkach, dla dzieci i piłkarzy, którzy nie wiążą nadziei z piłką, ten trening nie jest niezbędny.

Jeśli chodzi o dzieci, to rodzice są coraz bardziej świadomi. Patrzą też na jakość treningu, na doświadczenie trenera prowadzącego, na to jak uczysz, a nie tylko prowadzisz takie zajęcia. Dzisiaj nie zadowolisz rodzica ustawiając dwie tyczki i bramki, gdzie grasz tylko zewnętrzną częścią stopy z odwróceniem w kierunku bramki. Oczywiście, ilość powtórzeń będzie wtedy zdecydowanie wyższa niż w treningu zespołowym, ale jakość nie będzie rewelacyjna. To jest kolejny problem, z którym się spotykam.

Intensywność?

Dokładnie. Poza topowymi zespołami i akademiami, gdzie jest dwóch trenerów i 16-18 zawodników. W większości tych komercyjnych akademii przypada jeden trener na 20-25 chłopców. Co ten trener ma tam zrobić? Podzieli ich na małe grupki, ale nie jest w stanie tego kontrolować. Nie jest w stanie zwrócić uwagę na dany element i go poprawić. Nie jest ukierunkowany na szczegół, a ten w nauczaniu jest niesamowicie ważny i istotny. Bardzo często rodzice pytają, kogo by pan polecił, jaki zespół, mimo że trener jest fajny i jego trening jest metodycznie poukładany. Natomiast chodzi im właśnie o intensywność treningu w zespole. Jeśli dziecko pójdzie 2-3 razu w tygodniu i będzie jeden trener na 20 młodych ludzi, to progres tego dziecka będzie mocno znikomy.

Ostatnio miałeś okazję wypowiadać się na temat zarobków trenerów dzieci i młodzieży. Chciałbym, żebyś porównał nakład pracy trenera do jego wynagrodzenia?

Pytanie jest, czy jestem trenerem, czuje misje i mam powołanie. Ta praca ma w sobie pewien artyzm i nie jest to zwykła robota. Jeśli idę tylko do pracy i przeliczę nakład pracy do zarobków, to wyjdzie mi jakieś 5 zł na godzinę. Natomiast jeśli idę z powołania, z pewną misją i chcę się doskonalić, to nie można na to patrzeć przez pryzmat 5 zł. Dla porównania w Anglii, w przeciętnych szkółkach jest cała masa ludzi, którzy trenują charytatywnie. Nie zarabiają na tym pieniędzy. Robią to dla siebie i przy okazji się doskonalą. Z jednej strony ktoś powie, że 500 zł to za mało. Ale w mniejszej miejscowości, gdzie jest grupka 20 chłopców z trzech roczników, to trener ma zarabiać 3000 złotych? Jeśli ktoś chce iść wyżej w tym zawodzie, to musi zacząć od wolontariatu. Jeśli okaże się odpowiednio dobry, popracuje trochę i coś zbuduje, to na pewno osiągnie mniejszy lub większy sukces, również ten finansowy.

W tej pracy wynagrodzenie nie może być najważniejsze.

Dzisiaj mówiąc o topowych akademiach, to płacą tam pewnie nieźle. Trenerzy dodatkowo pracują do południa w szkole, a po południu w klubie. Jeśli nie ma z tego fanu i nie robi się tego z powołania, to nic z takiego trenera nie będzie.

Trener w przeciętnej szkółce nie ma co liczyć na 1200-1500 zł pensji, czyli oznacza to, że musi robić coś jeszcze. Jak wyglądało to u ciebie? 

W moim przypadku było podobnie, ale każde dodatkowe zajęcie i praca zarobkowa była około sportowa. Była to szkoła albo fitness. To też rozwijało w jakimś stopniu. Nie byłem w fabryce i nie składałem części samochodowych. Nawet prowadząc klasę sportową, trzeba było przygotować zajęcia i trening.

Czy wzrost zarobków trenerów poprawiłby jakość szkolenia w Polsce? 

Moim zdaniem niekoniecznie. Musimy oddzielić zarobki trenerów. Rozgraniczyłbym bardzo mocno trenera w dużej szkółce albo akademii od trenera pasjonaty pracującego na podstawie piramidy szkoleniowej, z dziećmi w mniejszym ośrodku, gdzie wychowanie poprzez sport jest priorytetem. Moim zdaniem trener pasjonat powinien trenować dla mega fanu. Nie dla 500 czy 300 złotych. Powinien mieć radość z tego, że jego podopieczny przejdzie do Zagłębia Lubin czy Lecha Poznań.

Idealny świat.

Być może zbyt wyidealizowany. Zaczynałem podobnie i te przekonania do jakiegoś poziomu mnie doprowadziły. Jeżeli obrócimy proporcje, to wydaje mi się, że wielu ludzi stanęłoby przed dylematem, czy pójść pracować na poczcie, czy zacząć trenować dzieci dla zarobku. Już dzisiaj mamy z tym problem. Społeczeństwo się trochę zmieniło. Dzisiaj przychodzi młody człowiek i on najpierw zapyta „za ile?”. W swojej Fabryce Piłkarzy też szukam asystentów, ludzi do przyuczenia. Nikt nie myśli: ok, przyjdę, podpatrzę, będę miał okazję się czegoś nowego nauczyć, tego na kursach nie uczą, porozmawiam i popracuję z ludźmi bardziej doświadczonymi ode mnie itd. Zainwestuję swój czas i w jakimś sensie swoje pieniądze. Nie. Jest pytanie za ile i od razu, dlaczego tak mało. To do niczego dobrego nie prowadzi. Jeśli pytasz o wzrost zarobków, to jestem na tak, ale daj większe pieniądze trenerowi z topu. Jeśli pracuję w Pogoni, Zagłębiu czy Lechu, to ktoś go tam wybrał i wyselekcjonował. Daj takie pieniądze, żeby ten chłopak nie myślał o dodatkowej pracy, tylko żeby cały czas był w klubie. Rozwijał siebie, swoich zawodników i przez to też klub.

Czy trenerzy młodzieży są doceniani w Polsce?

Ci z topu oczywiście, że nie są doceniani. Odpowiem na to pytanie pewną tajemnicą gabinetów, bo minęło już od tego momentu sporo czasu, więc chyba mogę (śmiech). Kiedy dobiegał koniec mojego kontraktu, prezes zaprosił mnie na spotkanie. Szedłem na to spotkanie z pełnym przekonaniem o przedłużeniu współpracy. Wcześniej czułem absolutne wsparcie, wyniki indywidualne zawodników oraz wyniki zespołu były dobre, więc zadawałem sobie pytanie, czy to będzie kontrakt na dwa, czy na trzy lata. Na spotkaniu dostałem informację, że nie będę pracował w zespole rezerw, ponieważ osoby za to odpowiedzialne nie widzą we mnie perspektywy w byciu trenerem. Mowie ok. Macie do tego pełne prawo. Za chwilę jednak dostałem propozycję pracy na niższym poziomie w akademii. Odpowiedziałem, że jeśli jestem trenerem bez perspektyw i wy mi proponujecie pracę w akademii, to rozumiem, że w akademii pracują trenerzy bez perspektyw?

Dzisiaj mam małą satysfakcję, że odchodząc i nie mając wówczas planu B, jakoś sobie poradziłem. Dzięki trenerowi Śledziowi piastowałem funkcję Dyrektora Sportowego w Elanie Toruń. Potem zaufał mi trener Ojrzyński i  pracowałem w Arce Gdynia, gdzie mogłem uczestniczyć w dwumeczu na poziomie europejskich pucharów, polskiej ekstraklasy czy meczu finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym. Po tygodniu pracy w Gdyni wywalczyliśmy na Łazienkowskiej Superpuchar Polski.  I to wszystko raptem trzy lata po odejściu z Lecha Poznań. Chociaż trzeba być uczciwym i zawsze będę to podkreślał, że bez tego Lecha, w którym pracowałem długo, pewnie nie byłoby to możliwe i za to jestem mojemu pierwszemu klubowi bardzo wdzięczny. Ale za powód rozstania już niekoniecznie…

Ostatnio Ivan Djurdjevic dostał propozycję pracy w Lechu Poznań i odmówił. Widzisz analogię do tej sytuacji.

Znam trenerów, którzy przyjmowali w Lechu każdą propozycję i pracowali dłużej. Powiem szczerze, że w tej rozmowie z Prezesem, którą przetoczyłem, nie chodziło o pieniądze. Nie miałem planu B, bo byłem zaskoczony tą decyzją. Wiedziałem, że na pewno nie ma szans, bym przyjął propozycje gorszego stanowiska. Nie chodziło wtedy o moje ego, a o rozwój. Schodząc wtedy dwa piętra niżej, nie byłbym w stanie dać tym chłopakom tyle samo, co dałem tym juniorom 5 lat wstecz. Ivan pewnie ma ambicję pracy jako pierwszy trener i byłem przekonany, że podejmie taką decyzję. Jeśli raz dotknąłeś Ekstraklasy, to nie chcesz schodzić niżej. To oczywiste.

Jak patrzysz na kursy trenerskie? Nie dostałeś się na UEFA PRO, mimo że dostało się na niego wielu byłych piłkarzy z mniejszym lub doświadczeniem trenerskim.

Na egzaminie wstępnym, żeby przystąpić do kursu UEFA Pro, są trzy pytania otwarte. Pierwsze pytanie brzmi, „jak Twoja kariera piłkarska wpływa na bycie trenerem”. Nie mam nic do byłych piłkarzy, ale sam się zaśmiałeś.

Dlaczego oni są promowani? Przecież nie każdy będzie Guardiolą albo Zidanem.

Jak jesteś chory na serce i leżysz na oddziale kardiologicznym przez 10 lat, to nie znaczy, że będziesz operował i będziesz ordynatorem tego oddziału. Było to dla mnie mega śmieszne, że na tak profesjonalnym kursie pada takie pytanie. Pan trener Stefan Majewski mówi, że UEFA Pro jest „trenerskim doktoratem”. Kolejne pytanie dotyczyło umiejscowienia treningu szybkości w mikrocyklu. To było trzy lata temu i wtedy dopiero wchodziła periodyzacja taktyczna do Polski. Chciałem napisać coś innego niż ustawienie w dwóch rzędach i zrobienie 10 powtórzeń. Umiejscowiłem trening szybkości w periodyzacji. Dzisiaj tego nie wiem i to jest tylko mój domysł, ale myślę, że ktoś, kto sprawdzał te egzaminy, uznał to za błąd, nie znając periodyzacji taktycznej. Po czasie jest to śmieszne. Dla mnie jest to trochę śmiech przez łzy…

Będziesz się jeszcze ubiegał o UEFA Pro?

Nie wiem. Jeśli pojawi się temat pracy z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim w Ekstraklasie, to na pewno bym wrócił do tego tematu. Zastanawiałem się będąc w Arce, bo wtedy byłoby łatwiej się dostać. Natomiast był tak spory nakład obowiązków i wspólnie z trenerem Ojrzyńskim doszliśmy do wniosku, że nie bardzo jest czas, bo nie mieliśmy tak mocno rozbudowanych innych działów w Arce, więc wszystko spadało na dwie-trzy osoby. Uznałem, że to nie jest dobry moment. Nie chciałem też wówczas zawieść trenera, który mi zaufał.

Uważasz, że ceny kursów są adekwatne do ich jakości? 

Myślę, że trzeba inwestować w siebie. Kurs UEFA Pro nie jest tani. Widzę jednak inne zagrożenie. Znam wielu trenerów, którzy skończyli ten kurs, pobrali kredyty i nie pracują. Kurs kosztuje w okolicach 17-18 tysięcy. Do tego dochodzą staże, wyjazd do Nyonu, dojazd do Białej Podlaskiej. Wszystko razem zakręci się w okolicach 30 tys. Na poziomie pierwszej albo drugiej ligi centralnej, początkujący trener może liczyć na 8 tysięcy, jeśli w ogóle dostanie pracę. Jestem zwolennikiem, by UEFA Pro było bardziej dostępne. W Polsce zrobiło się z tego wielkie WOW. W Hiszpanii są tysiące trenerów z UEFA Pro i to rynek ich weryfikuje.

Jak patrzysz pod kątem tego, że UEFA Pro jest wymagana w II lidze?

Dla mnie jest to śmieszna sytuacja. W Anglii w Championship, na przykład w Leeds United nie jest wymagana, a w Wigrach Suwałki jest.

Albert Einstein powiedział, że edukacja zaczyna się wtedy, kiedy kończymy szkołę. Czy z trenerami po kursach jest podobnie?

Nie tylko z kursów czerpiesz wiedzę. Dużo czerpiesz przede wszystkim z samej pracy, z rozmów, z codziennej pracy. Dzisiaj robiąc kurs UEFA Pro, nie spodziewam się jakiejś kosmicznej wiedzy. Decydując się na kurs UEFA Pro, zrobię go tylko dla papierka, żeby móc prowadzić zespoły w lidze centralnej. Dzisiaj znajdziemy trenerów bez UEFA Pro. Mega wybitnych, czujących i znających temat. Jeśli mówimy o 200 osobach w Polsce z licencją UEFA Pro i o tysiącach w Hiszpanii, to powstaje pytanie, czy globalnie lepsi są polscy trenerzy, czy hiszpańscy? Więc po co ta sztuczna wyjątkowość? Myślę, że większa dostępność jest kwestią czasu. Kiedyś taką wyjątkowością była licencja UEFA A. Ja jeszcze robiłem ją w starej „Kuleszówce”. Kiedyś to było coś. Dzisiaj prowadzę półprofesjonalny zespół i mam wśród swoich podopiecznych trenerów z UEFA A. Podobnie, mam nadzieje, będzie z dostępnością PRO. To nie sam dyplom ma decydować o jakości trenera. Znam wielu szkoleniowców z PRO bez elementarnej wiedzy i takich co nie posiadają tej licencji, a są wybitnymi fachowcami. Niech wolny rynek zweryfikuje, kto jest dobry, a nie pieczątka rodzimej federacji pod dokumentem z przedrostkiem PRO.

Czy uważasz, że likwidacja tabel w najmłodszych rocznikach to dobry pomysł? Zachodniopomorski Związek Piłki Nożnej wyszedł z taką inicjatywą.

Jeśli chodzi o skrajność, to w Polsce jesteśmy w tym mistrzem świata. Jak weszły drabinki koordynacyjne, to cała Polska trenowała na drabinkach. Jak ktoś powiedział, że wynik jest nie ważny, to kasujemy wszystko. Dlaczego wynik nie jest ważny? Wynik jest ważny wszędzie. W pracy, w szkole, w każdej dziedzinie życia musisz być najlepszy. Rywalizujesz praktycznie na każdym polu. Wychodzę na boisko po to, żeby wygrać.

Nawet wśród 11-latków?

Nawet wśród 7-latków. Wychodzę, bo chcę wygrać. Jak gram z kolegą w tenisa, to chcę z nim wygrać. Tabele nie są problemem. Problemem jest jakość trenerów. Jeżeli byśmy mieli normalnych i wyszkolonych trenerów znających temat, to w czym przeszkadzają tabele? Dla mnie nie jest to absolutnie żadne rozwiązanie.

To rozwiązanie ma zmienić mentalność rodziców i trenerów. Rozgrywki w najmłodszych rocznikach mają przypominać piknik.

To jest problem trenera, że nie potrafi wychować rodziców. Wszystko, co dzieje się w zespole jest winą trenera. Przede wszystkim w tych najmłodszych rocznikach. Jeśli nie jesteś w stanie argumentacją, spotkaniem, rozmową utemperować rodziców, to nie jest dobrze. Rodzice mają ciśnienie na wynik i kasujesz tabele. To dla mnie nie jest żadne rozwiązanie. Trener powinien sobie z tym radzić, ale ktoś go musi tego nauczyć i wymagać tego od niego. Musi mieć nad sobą mentora, który mu podpowie, że wystawiając Zenka czy Jasia, to czy przegra, czy wygra, nie ma najmniejszego znaczenia. Potem tworzą się chore sytuacje z trenerami, rodzicami, awansami, spadkami. Nie tędy droga. Popadamy w skrajność. Wynik jest bardzo ważny, tylko droga do tego wyniku może być różna. Nie możemy przekazać dziecku, że wynik jest nieważny.

Dziecko musi wyjść na boisko wiedząc, że wynik jest bardzo ważny, musi chcieć wygrać w tej rywalizacji. My jako trenerzy też powinniśmy chcieć wygrać, ale nie dzięki np. przedłużaniu gry. Wystawienie wysokiego Kazia, czy niskiego Jasia nie powinno determinować nas myślą o wyniku tylko o rozwoju ich. Wynik jest wypadkową naszych działań związanych z procesem szkolenia, który ma determinować wynik. Często w grupach młodzieżowych słyszę, że piątkowy trening przed sobotnią grą, musi mieć mniejszą intensywność, bo jest mecz. Co to za myślenie? Ja muszę nauczyć dziecko jak najwięcej w piątek, żeby w sobotę mogło to pokazać. Bez względu na wynik tego sobotniego meczu.

Nauczmy się uczyć, ale też uczmy młodych ludzi mentalności zwycięzców, bo w innym przypadku wychowamy mentalne miernoty, które znajdą tysiące powodów, żeby usprawiedliwić brak sukcesu naszego ukochanego klubu.

Co miał Karol Linetty i Dawid Kownacki, że zostali piłkarzami? Sam mówiłeś w wywiadzie dla Weszło, że jeśli jeden się przebije, to zapytają, co z resztą?

Chyba najważniejszą rzeczą będzie mental – głowa i nastawienie. Wśród rówieśników Karola znaleźli byśmy bardziej utalentowanych chłopców, ale nie przebili się. Czasami był to przypadek, sytuacja losowa, zdrowotna, zbyt duży nacisk rodziców…

Czy kluczem do sukcesu Karola byli właśnie rodzice?

Rodzice przede wszystkim wytrzymali ciśnienie. Dzisiaj często mówimy o zawodniku nieprzygotowanym do wyjazdu na zachód. Karolów Linettych czy Dawidów Kownackich, przed debiutem w Lechu i reprezentacji Polski, na zachodzie są setki. U nas występują oni w dziesiątkach, a za granicą w setkach. Młodemu zawodnikowi z Polski, który jest anonimem, będzie bardzo trudno przebić się na zachodzie. Dużo łatwiej jest radzić sobie w naszej przeciętnej ekstraklasie i wtedy wyjechać na zachód już jako Pan Piłkarz. Zrozumieli to rodzice Karola. Oczywiście, że na tamten czas pieniądze, warunki organizacyjne, szkolenie w klubach zagranicznych było lepsze, ale byliśmy wtedy na takim etapie potencjału Karola, że tylko ciężka kontuzja mogła odwrócić jego losy.

Znasz bardzo dobrze Karola Linettego. Jak na niego mogło wpłynąć to, że nie wystąpił ani minuty na dwóch wielkich turniejach? Teraz nawet nie został powołany. 

To jest sprawa charakteru. Nie jeden zawodnik by się podłamał, może miałby nawet lekki zjazd. Myślę, że tak jak Karol, Janek Bednarek jest dobrym przykładem. Pojechał do Anglii i ile miesięcy nie grał w piłkę? Nie załamał się. Ściągał trenerów z Polski, z Poznania, by jeszcze dodatkowo pracować. Dzisiaj powoli zaczyna dostawać szansę i na pewno jest lepszym piłkarzem niż rok temu. Wracając do Karola, to on nie załamie się. Zdał sobie sprawę, że musi jeszcze ciężej pracować.

Byłbyś w stanie podać przykład piłkarza, który miał papiery na granie, ale skręciła mu kariera?

Pewnie, że tak. W zespole Karola, 95 rocznik, był Sebastian Purczyński z Chodzieży. Mega lewa noga. Duży dynamit. Ten chłopiec jak do nas przychodził, strzelał zawsze po 4-5 bramek w kategorii młodzika, czy trampkarza. Gdzie nie jechaliśmy na turniej, to bardzo często dostawał nagrodę za najlepszego zawodnika, czy strzelca. Każdy mówił, że to będzie piłkarz, ale sprawy zdrowotne skomplikowały mu życie. Potem tułał się po kilku klubach, ale teraz go nie ma. W każdym roczniku podałbym po jednym przykładzie takiego chłopaka. Każdy przykład jest inny. Mam teraz syna w Lechu w roczniku 2007 i często ktoś z rodziców mówi, że któryś z chłopaków na pewno będzie piłkarzem. Ale ci sami rodzice muszą zdać sobie sprawę, że jak jeden z zawodników tego rocznika będzie piłkarzem, to będzie bardzo dobry wynik. Teraz się już to zmienia, bo często pod uwagę brany jest wiek biologiczny, a nie kalendarzowy. Wiem, że kluby angielskie szczególnie obserwują późno dojrzewających chłopców. Jeśli ten późno dojrzewający, nie jest pierwszy, ale jest w ścisłej czołówce w swoim klubie, to jest szansa, że w późniejszym okresie przewyższy swoich kolegów.

Swoje przejście do Unii nazwałbyś krokiem w przód? Czy może jest to krok w tył, żeby zrobić potem dwa kroki do przodu? Gdzie widzisz siebie za kilka lata?

Nie chciałem chodzić po galeriach handlowych na kawę, tylko chciałem być przy zawodzie. Parę aspektów zostało spełnionych przez prezesa Mateckiego i Steina. Dziękuję im za to, bo jest wiele osób, które chcąc przekonać kogoś obiecują wiele, a nic z tego później nie wynika. Mając propozycję pracy na niższym szczeblu, spotkaliśmy się wcześniej, ustaliliśmy szczegóły łącznie ze spotkaniem u Burmistrza Swarzędza Pana Szkudlarka i pewnymi deklaracjami z jego strony. Potrzebowałem do pracy taki i taki sprzęt – nie ma sprawy. Treningi na naturalniej nawierzchni – nie ma sprawy. I tak dalej i tak dalej. Udało się przekonać pewne osoby, że chcąc coś zrobić, wszyscy musimy ciągnąć ten przysłowiowy wózek w jednym kierunku. Unia ma bardzo dobrą bazę. Z dwoma boiskami, halą i basenem. Ciężko znaleźć taki ośrodek w Wielkopolsce, nie licząc Grodziska czy Wronek. Jak dostałem propozycję z Unii, to myślałem, że w składzie IV-ligowego zespołu będę miał czterech łysych i dwóch z nadwagą. Okazało się, że mam bardzo młody i bardzo fit zespół. Najstarszy zawodnik jest z rocznika 1991. Zebrał się tam bardzo fajny zespół młodych ludzi, chcących się doskonalić i pomimo swoich zawodowych spraw, bardzo poważnie traktujących swoje sportowe obowiązki. Dużą przyjemnością jest praca z nimi. Stąd między innymi miejsce w tabeli, które przed przerwą zimową daje realne szanse na atakowanie pozycji lidera i szanse na awans do wyższej klasy rozgrywkowej.

Przed Arką Gdynia, byłeś dyrektorem sportowym Elany Toruń. Skąd pojawiła się oferta od Leszka Ojrzyńskiego?

Nie znaliśmy się wcześniej. Ze względów rodzinnych asystent trenera Ojrzyńskiego musiał zrezygnować z pracy w Arce i zostałem polecony. Dostałem telefon w niedzielę, że jest temat pracy w Arce i żebym przyjechał omówić warunki współpracy. Powstał problem, bo nazajutrz miałem wyjazd z dziećmi na wakacje w Bułgarii i nie wiedziałem co zrobić. Tu masz temat z Ekstraklasy albo wyjazd na wakacje z rodziną. Trener Ojrzyński bardzo mi wtedy zaimponował. Powiedział, że mam jechać na wakacje, ale nie gwarantował, że stanowisko będzie na mnie czekać. Kazał zadzwonić, jak wrócę. Kiedy wylądowałem na Okęciu w Warszawie, od razu zadzwoniłem do trenera i następnego dnia rano byłem już z walizką w Gdyni.

Gdyby propozycja od trenera Ojrzyńskiego pojawiła się ponownie, zgodziłbyś się? 

Pewnie tak. Praca w ekstraklasie jest kusząca. Praca drugiego trenera jest też bardzo specyficzna. Musisz być trochę sekretarką, mieć wiedzę, dużo podpowiadać, ale cały czas idąc w nurcie pierwszego trenera. Parę razy się nie zgadzaliśmy, ale nigdy nie możesz tego okazywać przed drużyną, czy tym bardziej w mediach. Kontakt z trenerem Ojrzyńskim mam nadal. Jesteśmy tak umówieni, że jak pojawi się propozycja, to trener chciałby współpracować. Nie szedłem do Arki, bo się znaliśmy. Widocznie swoją pracą w Arce zapracowałem na zaufanie trenera.

Hipotetycznie. Dzwoni Piotr Rutkowski do Leszka Ojrzyńskiego. Wróciłbyś?

Na szczęście nie dzwoni.

Na koniec chciałbym zapytać o kulisy waszego rozstania z Arką. Zrobiliście tam z trenerem Ojrzyńskim historyczny wynik.

Najlepszy w historii klubu. Skończył się kontrakt i nie został przedłużony. Nowy właściciel miał inny pomysł na zespół. Nigdy nie było większej chemii między właścicielem a trenerem. Może jej w ogóle nie było, bo nigdy się nie spotykali, może raz, ale wówczas tylko po to, aby się pożegnać. Wszyscy zarzucali nam brak wyników w rundzie finałowej. Mało osób wie, ilu piłkarzom w czerwcu kończyły się umowy. Było ich więcej niż połowa (!). Jeśli mówimy o klubie z ekstraklasy, to infrastrukturalnie Arka to był poziom nie ekstraklasowy. Pod względem finansowym, był to zespół, który na przykład nie miał własnego obrandowanego autokaru. Jeśli byśmy walczyli o życie, to ta gra wyglądałaby zupełnie inaczej. My skończyliśmy rundę zasadniczą na 9. miejscu. Pierwszym w grupie spadkowej. Masz to utrzymanie, a piłkarzowi nie robi różnicy, czy będzie na 10. czy 12. miejscu. Piłkarz nie mając kontraktu, nie będzie umierał za zespół. Życie pokazało, że Michał Marcjanik czy Mateusz Szwoch czy inni zawodnicy byli dogadani już w innych klubach. Natomiast trzeba pamiętać, że cel, jakim było utrzymanie został zrealizowany. Jak do tego dodamy przygodę w europejskich pucharach Superpuchar Polski oraz ponowną grę na Stadionie Narodowym w finale Pucharu Polski to wynik był ponad stan.

Miałeś żal, że ta przygoda się zakończyła?

Powiem szczerze, że tak. Ale do nikogo personalnie.Tak się potoczyły koleje losu i trzeba było to przyjąć ze zrozumieniem. Najbardziej żałuje, że jak już się dobrze zaaklimatyzowałem, to wtedy się dowiedziałem, że nie ma tematu przedłużenia kontraktu.

Wiedziałeś to przed ostatnim meczem sezonu?

Wiedziałem, że te rozmowy się nie kleją. Może nie wprost, ale była jakaś sugestia. Była nawet jakaś tam moja rozmowa z Prezesem, ale jak dowiedziałem się że trener Ojrzyński odchodzi to było to dla mnie jasne, że ja odchodzę razem z nim. Formalnie zatrudniała mnie Arka Gdynia, ale to Leszek Ojrzyński zaproponował współpracę i z chwilą zakończenia jego kontraktu było dla mnie oczywiste, że moja przygoda w ekstraklasie w Gdyni również się skończyła.

Rozmawiał DAWID DOBRASZ

fot. archiwum Patryka Kniata