Reportaże

W ile godzin wychowasz piłkarza na miarę Ligi Mistrzów?

Około tysiąc trenerów z całej Polski, specjaliści od szkolenia z Benfiki czy Southampton, fachowcy od psychologii i fizjologii… Na Lech Conference zawsze jest miło wpaść. W tym roku może nie było wykładów, które otwierały oczy i pokazywały piłkę z kompletnie innej strony. Ale fragmentami było naprawdę ciekawie – ile godzin za mało trenuje się w akademii Lecha? Dlaczego dorośli zabijają piłkę uliczną? Dlaczego Anglicy nie boją się grać lagą? Czym jest w lizboński „pajączek”? Czy piłkarz może być jednocześnie posłuszny i kreatywny?

Trudno jest zorganizować imprezę dla tysiąca osób w miesiąc? Nie, to wykonalne, wystarczy zręcznej ekipy i da się to ogarnąć. Trudno jest zorganizować imprezę dla tysiąca osób w tydzień? Oj, zdecydowanie. Brakuje czasu, możliwości, często ludzi. A czy trudno jest zorganizować imprezę dla tysiąca osób w nieco ponad dobę?

Wydawałoby się, że to niewykonalne, ale Lech Poznań dał radę. We wtorek w hali Arena, gdzie miał odbyć się Lech Conference i Lech Cup, zawaliła się część podwieszanego sufitu. W środę organizatorzy konferencji i turnieju usłyszeli od zarządzających halą, że szanse na niezakłócony przebieg tych imprez wynoszą około 30%. – Nie mogliśmy ryzykować. Kilka telefonów i dogadaliśmy się z Uniwerystetem im. Adama Mickiewicza, że ten udostępni nam swoją halę na Morasku. Ich pomoc okazała się nieoceniona – mówi Hubert Nowacki, koordynator Lech Cup/Conference.

Na konferencję trenerską było zapisanych ponad 1000 szkoleniowców. Na turniej U12 leciały już dzieci z Lizbony, Brukseli czy Londynu. W grę nie wchodziło odwołanie imprezy, która odbywa się cyklicznie już od kilkunastu lat. W czwartek do późnych godzin nocnych trwało przewożenie sprzętu elektronicznego, kładzenie sztucznej murawy, doposażanie trybun krzesełkami, zorganizowanej zaplecza gastronomicznego. W piątek rano wszystko było gotowe i za to trudno nie docenić ekipy organizacyjnej.

Samą warstwą merytoryczną Lech Conference można było być rozczarowanym. Przynajmniej mając w pamięci zeszłoroczną konferencję, na której show dał Jacek Magiera, na której można było się zasłuchać w wykładzie Czesława Michniewicza, ale i która miała ciekawych prelegentów klubowych, którzy wyszli poza schemat. Bywało w przeszłości, że Kolejorz swoją konferencję dla trenerów z całej Polski sygnował pewnym tematem przewodnim. Lech jednak z tego zrezygnował i argumentował, że woli dać prelegentom wolność w przekazywaniu tego, co mają najlepszego. W moim odczuciu efekt jest taki, że wychodzi z tego tematowy miszmasz – od relacji młodego zawodnika z rodzicem, przez periodyzację taktyczną i skończywszy na urazach barków wśród bramkarzy.

Ale może zachowajmy chronologię.

Andy Marks z Southamptonu miał opowiedzieć o istocie posiadania filozofii szkolenia w kategorii wiekowej U8 – U12. Czy dowiedzieliśmy się z tego wykładu tego, jak to się stało, że udało im się puścić w świat Luke’a Shawa oraz Caluma Chambersa? No, nie bardzo. Czy padło jakieś zdanie, które mogło otworzyć zgromadzonym trenerem oczy? Raczej nie. Czy podobny wykład o filozofii szkolenia mógłby poprowadzić losowy trener wybrany z tłumu? Tak, o ile dobrze mówiłby po angielsku. Pamiętam z przeszłości, że niestety wykłady tych trenerów klubowych o ich podejściu do szkolenia bardzo często trącą nudziarstwem. Najczęściej mamy taki zestaw – „z naszej akademii wyszedł zawodnik taki i owaki, swój sukces zawdzięczamy filozofii/ludziom/wizji, teraz puszczę wam filmik o tym jacy jesteśmy fajni, a na koniec w wersji praktycznej pokażę kilka ćwiczeń, które każdy z was mógłby znaleźć w losowym podręczniku dla trenerów”. Wykład trenera Marksa niestety w ten trend się wpisywał. – Polecamy trenerom akademii, by mówili piłkarzowi co umie dobrze, a co robi źle. Chcemy, by trenerzy mówili z entuzjazmem do zawodników, by ich tym zarażali. Ponadto holistycznie współpracujemy z rodzicami – mówił Anglik. Przyznajcie sami – czy jest to coś rewolucyjnego? Ciekawy, choć na pewno nie zaskakujące, był opis audytów, które przeprowadza się w akademii Southamptonu. – Robimy takie rewizje piłkarzy po kilka razy w sezonie. Oceniamy wiele aspektów i na podstawie tendencji rozwoju albo regresu podejmujemy decyzje o tym, kto zostaje w szkółce, a kto odpada – tłumaczył Marks.

Anglik opisał też podział całego szkolenia w akademii na trzy etapy:

– w grupach U9 – U12 dominuje trening techniczny, czyli technika, gry 1 na 1, 2 na 2, gry w przewadze w ataku, balans, koordynacja, ale i rozwój ogólny poprzez zajęcia z innych sportów – z koszykówki, piłki ręcznej czy futbolu amerykańskiego.

– w grupach U13 – U16 dominującym aspektem jest trening taktyczny

– grupy U18 – U23 mają być już drużynami, w której dokonuje się ostatnich szlifów natury piłkarskiej

IMG_20181130_154655

W części praktycznej (każdy prelegent prowadził około 30-minutowe zajęcia wraz z dziećmi z Lecha) ujęło mnie to, że w świecie szkolenia opartego na wymianie podań, grze 1 na 1, szukania dryblingów i koronkowych akcji, można znaleźć taki Southampton, który nie pieści się w tańcu i mówi wprost „kontra to element gry, jak możesz zagrać lagę na Dawidkę, to walnij lagę na Dawidka”. Kilka ćwiczeń, które pokazywał Marks, wprost pokazywały, że czasami długie podanie przez całe boisko ma sens i nie będzie wykręcał z to dzieciakom rąk. Natomiast czy pokaz praktyczny był rewolucyjny, świeży, niespotykany? Niezbyt. Połowę ćwiczeń można znaleźć w zakładce „trening i szkolenie” na Weszło Junior. Zatem znów nikt nie odkrył tu wiedzy tajemnej, a i spotkałem szkoleniowców, którzy mówili później, że takie zajęcia poziomem czy metodyką w żadnym stopniu nie różniły się od treningów, które prowadzi rozgarnięty trener w małej akademii. O topowych polskich szkółkach już nie wspominając.

Po Marksie na scenę wyszedł Amilcar Carvalho, czyli koordynator szkolenia w Lechu Poznań. Portugalczyk to jedna z ważniejszych postaci w całej strukturze Lecha, od ludzi pracujących w klubie słychać mnóstwo komplementów pod jego adresem – że fachowiec, że rozumie zmiany w futbolu, że dzięki niemu Kolejorz dostosowuje się metodologią szkolenia do najlepszych akademii Europy. Amilcar miał mówić o „filozofii i metodologii szkolenia akademii Lecha w grupach U7 – U15”.

I faktycznie bardziej był to opis funkcjonowania szkółki Kolejorza niż złote myśli sprzedawane zgromadzonym trenerom. Nie wiem, czy coś takiego było potrzebne szkoleniowcom z Sandecji Nowy Sącz, Mieszka Gniezno czy z Pcimia Dolnego. Wiem, że to był jeden z niewielu wykładów, z których wyniosłem jakąś refleksję.

Chodzi bowiem o mityczną zasadę 10 tysięcy godzin, których wymaga się do opanowania pewnej umiejętności na perfekcyjnym poziomie. Pewnie słyszeliście o niej z dziesięć razy – a to na uczelnianym wykładzie, a to gdzieś w telewizji, a to w jakiejś książce motywacyjnej. Zasada 10 tysięcy godzin mówi o tym, że gdybyśmy wzięli przeciętnego Jasia, przez następne lata katowali go grą na skrzypcach właśnie przez 600 000 minut, to Jasiu po takiej dawce ćwiczeń potrafiłby grać na skrzypcach na światowym poziomie. I tak samo byłoby, gdyby Jasiu chciał grać w piłkę jak goście z Ligi Mistrzów – dziesięć tysięcy godzin ćwiczeń piłkarskich i słyszysz „Kaszankę” na Camp Nou.

Wydawałoby się, że te dziesięć tysięcy godzin łatwo wykręcić w akademii piłkarskiej. Nic bardziej mylnego. Oto wyliczenia Carvalho na podstawie akademii Lecha i chłopca, który przechodzi przez szczeble szkolenia U8 – U18:

– jedenaście lat treningów, okres treningowy obejmuje czas sierpień – czerwiec, to daje nam 110 miesięcy, czyli jakieś 440 tygodni

– w U8 młody lechita trenuje 2x tygodniowo (80 jednostek treningowych rocznie), U9 – U14 to już trzy treningi w tygodniu (120 na rok, czyli 720 przez 6 lat), U15 – U18 to okres czterech treningów w tygodniu (160 na rok, 640 przez 4 lata) – razem 1440 jednostek treningowych przez 440 tygodni

– do tego mecze – łącznie przez te jedenaście lat uzbiera się ich około 430

– wreszcie jak to wygląda godzinowo – biorąc pod uwagę treningi i mecze w grupach od U8 do U18 cały ten pakiet daje w przybliżeniu 2575 godzin pracy

Czyli zorganizowane treningi i mecze dla chłopca z Lecha Poznań, który przez ponad dekadę podporządkowuje swoje życie piłce, nie wyczerpuje zasady 10 tysięcy godzin nawet w połowie. – Te 2,5 tysiąca godzin to zdecydowanie za mało – przyznaje Carvalho.

Poza tym Portugalczyk poświęcił sporo czasu identyfikacji procesu szkolenia z regionem, w którym funkcjonuje Lech. – Wielkopolska to specyficzny region. Wiele aspektów związanych z nim determinuje to, jak powinniśmy szkolić i na czym powinniśmy bazować. W tym regionie ludzi charakteryzują się pewnymi cechami, takimi jak zaradność, pracowitość, oszczędność, waleczność, odwaga. Zaczęliśmy to rozumieć i korzystamy z tego w szkoleniu – tłumaczył: – Stoją przed nami też wielkie wyzwania. Pamiętajmy, że dzisiaj szkolimy zawodników pod futbol za 6-7 lat. Wtedy pewna część trendów taktycznych ulegnie zmianie, dlatego nie możemy szkolić piłkarzy pod daną taktykę. Musimy ich wyposażyć w mechanizmy, które są stałe w piłce. Mam tu na myśli takie zachowania jak np. nie zamykanie gry, pokazanie się do gry po podaniu, przejście za linię piłki, granie dwoma nogami, zbliżanie się do gry. Uniwersalne zachowania, które sprawdzą się w każdej taktyce i w każdej filozofii piłki.

Carvalho na pewno omówił „swoją” akademię najbardziej kompleksowo spośród wszystkich klubowych prelegentów. Nie podlega wątpliwości, że omówił każdy element funkcjonowania szkółki Lecha. Natomiast ponownie zasadne wydaje się pytanie – czy trenerzy z całej Polski zjechali się do Poznania po to, by słuchać o tym, że Lech w akademii „uprościł rozumienie gry” czy „stosuje holistyczną edukację integralną”?

Ze zdań, które pewnie zapadną w pamięć z tego wykładu Amilcara, wynotowałem „nie wiem, czy szkolimy najlepiej w Polsce, ale na pewno szkolimy skutecznie”. Muszę przyznać, że trafne i ładne.

Po Amilcarze wystąpił Krzysztof Rutkowski (nie, nie ten, o którym pomyśleliście). Coach z firmy FamilyLab, który poprowadzi wykład o tytule „Nie ma talentów. Są dzieci”. Zerkając w harmonogram byłem cholernie zaciekawiony tym, co usłyszę. W głowie miałem prelekcję Dana Abrahamsa, który kilka lat temu właśnie na Lech Conference poprowadził znakomitą mowę na temat psychologii sportu. Czekałem na coś podobnego, ale w odniesieniu do dzieci. Czekałem na wyjaśnienie trenerom odpowiedzialności, którą dźwigają w związku z pracą z młodzieżą. Czekałem na przydatne sztuczki mentalne, na porady do zastosowania w praktyce treningowej. Na wyłożenie tego, jak trener powinien współdziałać z rodzicami na poczet prawidłowych relacji z młodym piłkarzem.

A im dalej w wykład, tym bardziej byłem rozczarowany.

IMG_20181130_123835

Bo zaczęło się intrygująco. – Posłuszeństwo czy kreatywność? Grzeczność czy agresja? Nie możesz oczekiwać od dziecka, że jednocześnie będzie posłuszne i agresywne. To prowadzi do problemów wychowawczych. Jeśli chcesz, żeby dziecko był kreatywne, to musi mieć przestrzeń, którą urządzi po swojemu. Musisz dawać mu okazje do wyrażania siebie – mówił Rutkowski. Ale z minuty na minutę wykład dla trenerów przeradzał się w tak często obśmiewany wykład coachingowy pełny pustosłowia. O „równej godności”, która nie jest tym samym, co równość; a trener i dziecko nie są sobie równi, natomiast są różni. O autorytecie, który przecież nie musi być doskonały, a przeświadczenie o tym, że trener musi być nieomylny, może być dla niego paraliżujące. O tym, że system kar i nagród jest przemocą i że sama groźba kary może być trudna do udźwignięcia dla dziecka. Na ekranie za plecami prelegenta przelatywały slajdy ze zdaniami „Kim jesteś?” czy „Jesteś okej taki, jaki jesteś”.

Temat psychologii czy – mówiąc ściślej – współpracy na linii dziecko-rodzic i dziecko-trener jest trudny. Natomiast da się go omówić w sposób przystępny i pragmatyczny, bez uciekania w kołczingowe slogany. W tym przypadku mieliśmy niestety za dużo filozofowania, a za mało realnych rad dla ludzi, którzy przyjechali na Lech Conference po wiedzę. Wymowną recenzją wykładu Krzysztofa Rutkowskiego była frekwencja – na początku trenerzy siedzieli jeszcze na swoich miejscach, ale po kwadransie mniej więcej połowa słuchaczy poszła na obiad.

Na szczęście później wahadło odbiło w drugą stronę i zgromadzeni dostali prawdopodobnie najlepszy wykład podczas tegorocznej edycji. Na scenie pojawił się bowiem Diogo Teixeira z akademii Benfiki Lizbona. – W dużej mierze opieramy się na kontrolach, wykazach i analizach. Zakładamy szczegółowe cele i skrupulatnie je weryfikujemy. Trenerzy danych zespołów przygotowują dla swoich zawodników karty z wykazami kontroli. Jeśli w którymś aspekcie umiejętności pojawia się kolor czerwony, wówczas wiemy, że taki zawodnik nie rokuje najlepiej. Jeśli nie nie podciągnie w tej rubryce przez następne kilka miesięcy, to z niego rezygnujemy – wyjaśniał Portugalczyk: – Chłopcy też robią takie wykazy. Prosimy, aby według naszych kart opisali piłkarza wybitnego i to na pozycji, na której oni sami grają. Później dostają do porównania recenzję ich umiejętności od trenera. Widzę wówczas ile i gdzie im brakuje do światowej czołówki. Gramy w otwarte karty – młody piłkarz musi dostać feedback gdzie ma braki, a gdzie jest dobry.

Miałem wrażenie, że Benfika jest ogarnięta manią mierzalności. Wszystko musi być w rubrykach, wszystko musi być opisane na skali. Ale może to właśnie w tym tkwi ich sukcesy? – Jasne, możesz spojrzeć na zawodnika i powiedzieć „mhm, tej to fajnie podaje, 10 na 10 zagrań było celnych”. My wolimy opisać jego umiejętność podań w dwunastu aspektach, które nazywamy „pająkiem”. Oceniamy jak radzi sobie z podaniami na średni dystans, na długi dystans, jak podaje zewnętrzną częścią stopy, jak wewnętrzną… Dwanaście aspektów w dziesięciopoziomowej skali. I taki „pajączek” dotyczy też strzelania, przygotowania fizycznego i wielu innych sfer umiejętności piłkarza. Wszystko powinno być mierzalne – uważa Teixeira.

IMG_20181130_142903

Zafiksowanie na punkcie liczb było widać też po filmie motywacyjnym, który jest pokazywany zawodnikom z akademii Benfiki. – Chłopcy z akademii muszą czuć magię Benfiki i sami mają kiedyś tę magię dać – mówił Portugalczyk przed projekcją. A na wideo najlepsze akcje od U8 do U18, scenki ze stadionu, fruwający orzeł i – a jakże – liczby. 1400 rozegranych meczów rocznie, 1200 wygranych, prawie 9000 strzelonych goli, ponad 50 wygranych turniejów… Zresztą o czym my tu mówimy – Renato Sanches przyniósł klubowi 35 milionów euro, Goncalo Guedes 30 milionów, Bernardo Silva 15 milionów…

A propos Bernardo Silvy: – Trenowałem go w zespole U8 i tam był najlepszy na świecie. Przyspieszenie, szybkości, technika, balans, uderzenie, zmysł do gry. Wszystko na najlepszym poziomie. Później w zespole U14 czasami nie było go w pierwszym składzie, bo się tam nie mieścił. Dlaczego? Był drobniutki, rywale go niszczyli. Dlatego tak ważne jest, by budować silny zespół, z którego mogą wybić się wielkie jednostki. Bernardo trzeba było chronić, a on dziś jest jednym z najlepszych piłkarzy w Portugalii – opowiadał prelegent.

Teixeira poprowadził też zdecydowanie najlepszy pokaz praktyczny na tej konferencji. Właściwie cały trening był oparty na małych grach, czyli pojedynkach, grze 2 na 2. – Chcę kreatywności, chcę zawodników, którzy sami podejmują decyzję – mówił. Znakomita była gra wieńczącą cały pokaz. To był normalny mecz, ale na dwie drużyny przysługiwały po dwa dyski. – To takie dodatkowe życia – zaznaczył Teixeira. Jeśli piłkarz z zespołu niebieskich rzucił dysk na ziemie, wówczas najbliżej stojący zawodnik zespołu białego musiał się po niego schylić. Olewał piłkę, ważny był rzucony dysk. I ta sama zasada działała na odwrót – gdy niebieski szarżował na białego, a biały rzucił dysk na ziemie, wówczas drybling się kończył i biały przejmował bezpańską piłkę. Zawodnicy na początku mieli kisiel w głowie i chaotycznie rzucali tymi dyskami po całym boisku, ale wkrótce załapali zasady. W prosty sposób zwykła gierka 5v5  przeobraziła się w intensywny trening kreatywności i decyzyjności.

Ostatni z prelegentów czysto piłkarskich – Raul Oliviera – poruszył temat piłki ulicznej oraz zahaczył o periodyzację taktyczną. Fachowości nie można mu odmówić, część praktyczna również była na poziomie tej, którą pokazał jego poprzednik. Natomiast z jego wykładów najbardziej w pamięci zapadły mi hasła, które prezentował. – Najpiękniejsza rzecz w piłce ulicznej (podwórkowej) to ta, że nie ma w niej dorosłych, którzy mogliby tę piłkę zabić. Dorośli wyciągają z futbolu całą zabawę, która na podwórku jest samorzutna – mówił. – Dzieci powinno grać dużo by się uczyć, a nie uczyć się dużo podczas czasu na grę w piłkę – to akurat cytat z Aurelio Pereiry.

Oliveira odniósł się też do zasady 10 tysięcy godzin, o której wcześniej mówił Carvalho. Jemu z kolei wyszło, że tych godzin będzie ponad 5 tysięcy. – Ale to wciąż za mało, bo nie dostajemy nawet 2/3 tych 10 tysięcy. A to wszystko przy założeniu, że dziecko nie choruje, nie ma kontuzji i przechodzi pełen cykl szkolenia. I co z tych wyliczeń wynika? Że jakość treningu jest niezwykle ważna. Że jeśli mamy mniej czasu, to musimy ten czas wykorzystać maksymalnie dobrze – opisywał: – Kiedyś dzieciak grał w piłkę przed treningiem i jeszcze jak wrócił do domu po treningu. Dzisiaj zorganizowany trening w klubie to często jedyny czas, gdy dziecko uprawia futbol.

IMG_20181130_152034

W odniesieniu do piłki ulicznej-podwórkowej padło też hasło, że mówienie „trening z piłką” jest mylne, bo „trening ma być z grą”. Ponadto Oliveira podkreślał znaczenie rywalizacji. – Naukowo dowiedzione jest, że najwyższą prędkości biegu zawodnicy osiągają podczas walki o piłkę – zaznaczał.

Zdecydowanie dwójka Portugalczyków – Oliveira i Teixeira – była najmocniejszym punktem tej konferencji. Świetna strona praktyczna, kilka stwierdzeń otwierających głowę na coś świeżego, umiejętność sprzedania swojej wiedzy. Gdyby uciąć nieco nieco nudnawą stronę wykładową, to śmiało mogliby występować na zeszłorocznym Lech Conference i nie odbiegaliby poziomem od tamtej konferencji.

Po tym wystąpieniu organizatorzy zaczęli rozdawać certyfikaty dla trenerów, którzy przyjechali na wykłady i w hali zrobiły się pustki i plamy pustych miejsc na trybunach. Ponad połowa trenerów była już zmęczona i znużona, gdy na scenę weszli specjaliści z kliniki Rehasport. Szkoda, że tak niewiele osób słuchało Mariusza Golińskiego, który na podstawie badań i analiz wykazał zalety treningu ekscentrycznego w kontekście ochrony zawodników przed kontuzjami. I pokazał, że często nie potrzeba sprzętu za tysiące, a wystarczy prosta mata pod kolana i kilka ćwiczeń, by zminimalizować ryzyko odniesienia urazu o kilkanaście czy kilkadziesiąt procent. Z kolei dr Monika Grygorowicz zaczęła wykład od… braw dla tych, którzy ostali się na miejscach, bo tych było już faktycznie bardzo niewielu. Ale i tematyka tej prelekcji była wyjątkowo wąska, bo dotyczyła kontuzji wśród młodych bramkarzy.

IMG_20181130_171637

Konferencję miał zwieńczyć panel dyskusyjny z wszystkimi wykładowcami, ale… na trybunach zostało już tak mało osób, że pod pretekstem wyczerpania tematu w pytaniach zadawanych przez uczestników na Twitterze z panelu zrezygnowano.

Czy Lech Conference w tym roku było słabe? Nie, natomiast było zdecydowanie mniej ciekawsze niż chociażby w zeszłym roku. Momentami wyglądało to jak klasyczny dzień na studiach – studenci przyszli na wykład z poczucia obowiązku, wykładowca skoro już przyszedł to coś tam mówił, ale długimi fragmentami wyglądało to tak, że obie strony nieco się sobą męczyły. Dopiero części praktyczne ożywiały nieco tę konferencję z niej faktycznie zgromadzeni trenerzy mogli coś wyciągnąć dla siebie. Bo wątpię, żeby trener z Krosna czy Niecieczy przeszczepił na swoje zajęcia z Tomkiem, Marcinem i Jaśkiem hasła typu „kontekstualizacja instrukcji” czy „holistyczna edukacja integralna”. Być może wyjdę tu na ignoranta, ale o ile rozumiem teoretyzowanie piłki, o tyle nie do końca kupuję dodawanie jej przesadnej filozofii. Być może dlatego tak mocno w pamięci utkwiło mi to zdanie Raula Oliveiry, który mówił, że dorośli zabijają w piłce młodzieżowej frajdę i zabawę.

DAMIAN SMYK