Weszło Junior

Wyszliśmy z drewnianych chatek – rewolucja ws. badań lekarskich

Kolejki, strata czasu, koczowanie na korytarzach, wysyłanie kart pocztą… tego już nie będzie. Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana rewolucja w sprawie badań lekarskich. 28 lutego 2019 weszło w życie Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie kwalifikacji lekarzy uprawnionych do wydawania orzeczeń lekarskich o stanie zdrowia oraz zakresu i częstotliwości wymaganych badań lekarskich niezbędnych do uzyskania tych orzeczeń. Jak to się stało, kto za to odpowiada i co to oznacza w praktyce? Sprawdzamy! 

Badania lekarskie w wielu wypadkach były smutnym obowiązkiem i koniecznością. Nie dość, że był to problem dla sportowców, to jeszcze dla klubowych działaczy. I nie chodziło tu tylko o wymienione w pierwszym akapicie problemy. Przed 28 lutego 2019 roku badania lekarskie były przeprowadzane raz na pół roku i orzekać o tym, czy mamy zdrowe serce, zęby, nogi i nadajemy się do piłki, mogli wyłącznie lekarze medycyny sportowej, co jak wiadomo tworzyło kolejki, bo dostępność do tych fachowców była bardzo mała. Do tej pory około 300 lekarzy specjalistów z całego kraju, co pół roku “badało” 5 000 000 sportowców! To pokazuje, że w wielu przypadkach te badania były fikcją. Kończyło się to wydawaniem grubej kasy na badania albo zbiorowym podbijaniem “kart zdrowia”.

– Chciałbym, żeby ta zmiana weszła w życie 20 lat temu. U nas w klubie mamy 350 zawodników, którym robiliśmy badania. Płaciliśmy za jedno badanie średnio około 30 złotych za osobę. Łatwo policzyć, że wydawaliśmy prawie 1o tys. złotych raz na pół roku, a w przeciągu roku było to dwa razy tyle. Od dwóch lat przyjęliśmy taką metodę, że dogadaliśmy się z naszym szpitalem i tam robiliśmy wszystkie badania krew, mocz, EKG itp. Mając te badania, dopiero wtedy jechaliśmy do przychodni sportowej w Poznaniu. Dodatkowo dla tych 350 dzieci musieliśmy organizować transport. Na miejscu nie płaciliśmy nic, ale dochodził do tego koszt transportu – mówi o przeszłości Mariusz Kułak, trener koordynator grup młodzieżowych KS Polonia Środa Wielkopolska.

– Przyjeżdżała do nas pani doktor. W klubie pojawiała się o godzinie 16:30 i siedziała do 19:30 i w tym czasie mogła przebadać około 100 zawodników. Przyjeżdżała tak trzy razy w tygodniu i w 9 godzin przebadała 300 zawodników, za co kasowała naprawdę grube pieniądze. Wiadomo, na jakiej to było zasadzie – “Zdrowy jesteś? Tak. Chorujesz na coś? Nie. Bierzesz jakieś tabletki? Nie. No to jesteś zdrowy” – mówi nam inny trener jednej z wielkopolskich akademii.

Podany powyżej przykład był standardem w mniejszych miastach lub mniej renomowanych klubach. Dlatego warto zwrócić uwagę, że w obecnych przepisach lekarz rodzinny będzie miał zdecydowanie większą wiedzę o badanym, bo dysponuje pełną kartotekę pacjenta i może nawet kojarzy danego zawodnika lub zawodniczkę. Lekarz POZ w teorii powinien dysponować zdecydowanie większą wiedzą na temat zdolności do uprawiania piłki nożnej, również dotyczącej przeszłości, kontuzji, czy wady wzroku. Dodatkowo kluby nie będą musiały za to płacić, co w przypadku mniejszych podmiotów szkoleniowych pozwoli zaoszczędzić kilka tysięcy złotych.

Innymi słowy, nowelizacja przepisów likwiduje fikcję związaną z masowym podbijaniem zdolności bez żadnych badań. W tym momencie nikomu to już nie będzie potrzebne, bo zgodę wyda lekarz rodzinny na podstawie orzeczenia, a bywały sytuacje w klubach, gdzie zawodnicy nie byli badani nawet przez 5 lat.

W tym momencie opinia będzie wydawana na podstawie realnego stanu zdrowia. Nie negując całkowicie poprzednich zasad, były sytuacje, gdzie lekarze specjaliści bardzo skrupulatnie podchodzili do badań, co pokazują konkretne przykłady, że niektórym dzieciom wykryto na przykład wadę serca podczas szczegółowych badań.

– My jako klub i tak będziemy szli w kierunku tego, by raz w roku robić dzieciom badania moczu, serca etc., ale ten zawodnik będzie już pod kontrolą lekarza rodzinnego, który ma kartotekę dziecka i będzie mógł wydać realną ocenę stanu zdrowia, a nie wydawać opinie na podstawie rozmowy – argumentuje Mariusz Kułak.

Zawodnicy i zawodniczki z dużych miast mieli zdecydowanie łatwiej, jeśli chodzi o dostępność i lokalizacje przychodni sportowej, co potwierdzają pytani przez nas trenerzy. Przeprowadzenie badań i przyniesienie książeczki zdrowia często było po stronie dziecka i rodziców, dla których często był to smutny obowiązek i utrata całego dnia.

– Nie ma szans przypilnować rodziców i dzieci, żeby wszystkie badania były na czas. Musieliśmy organizować to sami i w okresie robienia badań organizowaliśmy  po 10 transportów ze Środy Wielkopolskiej do Poznania po dwa razy w tygodniu. Na jedną grupę wysyłaliśmy 20-25 zawodników, bo przychodnia nie była w stanie więcej przyjąć. Zmiana jest tylko i wyłącznie na plus – mówi z radością Mariusz Kułak.

– Uważam, że ta zmiana jest dużym plusem, bo badaniami było sporo kłopotu. U nas w Akademii Reissa akurat nie mieliśmy z tym problemu, bo mamy podpisane umowy o współpracy z przychodniami, ale w mniejszych miejscowościach, gdzie jest jeden lekarz medycyny sportowej, to był to duży kłopot. Często była to fikcja i lekarz przyjeżdżał do klubu, przybijał pieczątkę bez większych badań i było załatwione. Dzięki temu, że lekarze rodzinni dostali szersze uprawnienia, będzie to teraz bardziej realne. Był taki zarzut, że jak badania będą rzadsze albo będą robione przez lekarzy POZ, to będą gorszej jakości. Mnie to nie przekonuje, bo z założenia, każdy rodzic będzie dbał o zdrowie swojego dziecka i nie upatrywałbym tu problemu. Szczególnie jest to fajne dla małych klubów, że udało się wreszcie to zmienić – mówi Nikodem Brzęcki, trener reprezentacji Akademii Reissa rocznika 2008 i zdobywca Pucharu Prezesa PZPN.

Popytaliśmy jeszcze paru trenerów i wszystkie opinie sprowadzają się do jednego. Wyszliśmy z drewnianych chatek.

Co najważniejsze, nie mówimy tu tylko o piłkarzach. Sportowcy wszystkich dyscyplin odetchną z ulgą, bo do wspomnianych lekarzy specjalistów ustawiali się także siatkarze, koszykarze, tenisiści itp. Przedstawiciele wszystkich sportów stali w jednej kolejce. Dlatego ta zmiana jest rewolucyjna dla całej sportowej braci.

Jednak może nad to wszystko przebija się zmiana terminu trwania ważności badania sportowego. Dotychczas wykonywało się to, co pół roku, a teraz wizyta u lekarza będzie odbywała się raz w roku, co tylko usprawni ten proces.

Dodatkowo w odniesieniu do zawodników amatorów oraz osób po ukończeniu 23 roku życia obecne przepisy nie ustanawiają wymogu przeprowadzania badań.

Ten, kto wyczekał do zmiany, mógł zaoszczędzić sporo pieniędzy. Ligi startują lada dzień, więc od poniedziałku rozpocznie się masowe działanie w tym temacie w wielu klubach.

Podsumowując najważniejsze zmiany, które weszły w życie od 1 marca 2019 roku:

– badania przeprowadzane będą raz w roku.

– prawo do wydawania orzeczeń uzyskali lekarze POZ. Dotyczy to dzieci i młodzieży do ukończenia 19 roku życia oraz zawodników do 23 roku życia.

– w odniesieniu do zawodników amatorów oraz osób po ukończeniu 23 roku życia obecne przepisy nie ustanawiają wymogu przeprowadzania badań.

***

Każdy sukces ma swoich ojców. W tym przypadku było ich kilku, ale głównych orędowników z było dwóch – prezes Dolnośląskiego ZPN Andrzej Padewski i prezes Podkarpackiego ZPN Mieczysław Golba. Zapytaliśmy u źródła, jak wyglądała walka o zmianę przepisów, która toczyła się aż 7 lat!

Jak długo trwała walka o zmianę przepisów dotyczących badań lekarskich? 

– W tej kwestii przeżyliśmy już trzech ministrów. Zaczęliśmy rozmawiać z panem Bartoszem Arłukowiczem, potem z panem Konstantym Radziwiłłem i udało się dopiero z obecnym ministrem. Ta walka trwała dobre siedem lat.

Dlaczego tak długo? 

– Rozpocząłem walkę na zebraniu danych. Wcześniej działałem jako trener, bo prezesem się bywa, a trenerem jest się całe życie i zawsze miałem kłopot z badaniami. Na wioskach i w mniejszych miastach dzieciaki nie miały takiego dostępu do specjalistów, a na Dolnym Śląsku była tylko jedna poradnia specjalistyczna. Coś mi nie pasowało. Przeczytałem ówczesne Rozporządzenie Ministra, ustawę, sprawdzałem w NFZ, jakie środki są na te cele przeznaczane, liczyłem lekarzy w całej Polsce i tak po kolei przygotowałem się do tego, że w pewnym momencie wyszło mi, że to jest niewykonalne. Fizycznie nie jest możliwe, żeby 200 czy 300 lekarzy w całej Polsce przebadało sportowców ze wszystkich dyscyplin. Musieliby 48 godzin pracować na dobę, żeby wszystkich przebadać.

Czyli to potwierdza teorię, że była to w większości przypadków fikcja. 

– Była to fikcja, bo jako zawodnik widziałem, jak to się odbywa. Wchodziło się na trzy minuty do lekarza, pieczątka i poszło. Natomiast bardziej mnie zainteresowało, że fundusz przeznaczał środki, które nie wystarczyły do przebadania wszystkich zawodników bezpłatnie, a taka była ustawa i rozporządzenie. Malutką gwiazdką na dole było napisane, że badania są bezpłatne do wyczerpania funduszy z NFZ. Wówczas jak wyczerpał się fundusz, a wyczerpał się on po 100 czy 200 zawodnikach i każdy następny musiał już płacić. Był to potężny rynek finansowy, z którego korzystała niewielka ilość lekarzy. Moja batalia rozpoczęła się od tego, że napisałem pismo do ministra Arłukowicza. Pan minister mnie przyjął, potem byłem na sejmowej komisji sportu i tam komisja przyznała mi rację, bo opierałem się na faktach i dokumentach oraz byłem lepiej przygotowany od przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia. Mimo przyznania mi racji przez sejmową komisję sportu, nic się nie stało, bo opór ministerstwa zdrowia był olbrzymi.

Dlaczego był ten opór? Skąd on wynikał?

– Mówiąc krótko – kasa. Upierali się przy tym, że są to bardzo ważne badania. Odbiłem się od wielu ścian i wielu drzwi. W momencie jak senator Mieczysław Golba, prezes Podkarpackiego ZPN został członkiem zarządu PZPN, to wtedy czułem, że teraz musi nam się to udać, mając takie wsparcie. Zainteresowałem go tym tematem i jako prezes Podkarpackiego ZPN zorientował się, że ma u siebie w związku podobne problemy, a nawet jeszcze większe. Pan senator Golba poprosił o pomoc pana wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła i zaczęliśmy wspólnie ponownie drążyć ten temat. Odwiedziliśmy ministra sportu i zaczęliśmy merytorycznie rozmawiać.

Kiedy zaczęła się ta ponowna “batalia”?

– W poprzednim roku.

To szybko poszło w porównaniu do poprzednich lat. 

– Szybko poszło, bo skuteczność polityków jest zupełnie większa, jak działaczy sportowych. Chwała, że pan Golba i Marcin Warchoł wsparli mnie w działaniach, bo poszli ścieżką rządową. Bardzo się cieszę, że udało nam się to osiągnąć, bo widzę, że przede wszystkim ludzie są zadowoleni. Teraz naprawdę będziemy się badać, bo każde dziecko pójdzie do lekarza pierwszego kontaktu, gdzie jest jego kartoteka. O to nam chodziło.

– W tym całym procesie pozyskiwaliśmy także informację zza granicy. Jak prowadziłem piłkę kobiecą, to przyjeżdżały do nas dziewczyny z różnych zakątków świata. Z Kanady, Niemiec, Francji czy Anglii i dziwiły się, bo u nich w krajach nie było czegoś takiego, jak badania w piłce amatorskiej. Rodzice oświadczają, że dziecko jest zdrowe. Istnieją badania w szkołach, czy u lekarzy i to wystarczy. Nawet najlepsze badania nie wykluczą różnych nieszczęśliwych wypadków na boisku. Teraz każdy ma dostęp do lekarza POZ i ten dostęp jest bezpośredni.

Jak udało się przeforsować kwestie terminu ważności badań? 

– Jakby się pan wczytał w poprzednie rozporządzenie ustawy, to tam niektóre sporty bardziej kontuzjogenne niż piłka nożna, miały taki zapis już wcześniej. Jak dobrze pamiętam żużlowcy robili takie badania raz w roku, więc dziwne było, że piłkarze muszą robić badania dwa razy do roku. Poszliśmy tą ścieżką, że może tutaj też by nam się udało.

Rozmawiałem z kilkoma trenerami i każdy się cieszy, że taka zmiana nastąpiła. 

– Cieszymy się z tego. Wczoraj odbierałem masę telefonów i każdy wspominał, że tyle lat walczyłem, a wreszcie się udało. Gdybym nie miał wsparcia, to w życiu by się nie udało, ale widać, że można i trzeba być cierpliwym.

No, ale nie poddał się pan.

– Nie poddałem się, bo wiedziałem, że w większości przypadków te badania to fikcja. Wiedziałem, że walczę o słuszną sprawę dla dobra sportu. Martwi mnie jedynie, że inne sporty się w to nie zaangażowały. Dzisiaj dostałem parę telefonów z Wojewódzkich Ośrodków Sportu z pochwałami, bo w szachach czy pływaniu też mieli te problemy. Kłopot polegał też na tym, że ministerstwo nie potrafiło oddzielić sportu profesjonalnego od amatorskiego. My pokazaliśmy to, że już bardzo dawno to zrobiliśmy i sobie z tym poradziliśmy. Inne sporty też mogą sobie z tym poradzić. Wyłączyliśmy z tego szkoły mistrzostwa sportowego, reprezentacje, bo tutaj musi być pełen profesjonalizm. Ale na wioskach, gdzie chłopaki idą sobie pograć 90 minut w weekend, my mamy zmuszać ich do badań i czołgać po klinikach? Przecież to była jakaś paranoja. A maratończycy? Oni oświadczają, że są zdrowi i to starczy.

Nie martwi się pan, że lekarze specjaliści mogą mieć jakiś problem z tym Rozporządzeniem? 

– Patrzę trochę inaczej. Oni są bardzo potrzebni. Trzeba wykluczać wszystkie możliwości utraty życia czy zdrowia w sporcie, ale jak będzie ich parę tysięcy i będzie w Polsce system doskonale przygotowany do tego, by wszyscy mogli się badać bezpłatnie, to wtedy proszę bardzo. Ale na pewno nie uprawiajmy fikcji, że to jest znakomity pomysł, że jest ich 300 na tylu sportowców. Jeśli w małych miejscowościach będzie dostęp do takich specjalistów, to my chętnie wrócimy do tego tematu.

Dawid Dobrasz

fot. 400mm.pl