Reportaże

Co zobaczyliśmy w Bielsku-Białej?

To był czarny dzień dla polskiej piłki młodzieżowej. Po porażce reprezentacji do lat 21 oraz remisach kadr U-19 i U-17 swoje spotkanie przegrała również reprezentacja U-20. Podopieczni Jacka Magiery polegli w ostatnim ze sprawdzianów przed Mistrzostwami Świata, które już w maju odbędą się w naszym kraju. Silniejsza okazała się niemiecka młodzieżówka, która wygrała 2:0. 

Jak wszyscy wiemy, Bielsko-Biała jest jednym z sześciu miast gospodarzy MŚ U-20. Na stadionie przy ul. Tadeusza Rychlińskiego liczono na dużą frekwencję, wszak dotychczasowy rekord ludzi na meczu w byłym mieście wojewódzkim został pobity podczas ostatniego spotkania młodzieżówki, gdzie na mecz Polska – Anglia przyszło ponad 13000 osób. Tym razem nie było już tak dobrze. Było wręcz zaskakująco mało ludzi, bo zaledwie ponad 5000. Zdecydowana większość sektorów była pusta, ale na majowym czempionacie ma być już lepiej pod tym względem. Na niektóre spotkania już teraz ciężko o bilety, a te pozostałe również powinny jeszcze znaleźć swoich właścicieli.

W porównaniu do ostatniego spotkania Jacek Magiera dokonał kilku zmian w wyjściowym ustawieniu. Szansę dostało paru zawodników, którzy nie są pierwszoplanowymi postaciami tej kadry. Po gładkim pokonaniu Japonii apetyty były spore. Nasi dzisiejsi rywale nie mieli w swoim składzie wielkich indywidualności, a przeciętny kibic może kojarzyć np. Niklasa Dorscha, który grał przez pewien czas w Bayernie Monachium, ale zdecydował się przenieść do drugiej Bundesligi, żeby regularnie zbierać minuty w Heidenheim.

Zapytaliśmy przed meczem kibiców, jakiego wyniku oczekują. Większość odpowiedzi mówiła, że zwyciężą Biało-Czerwoni, ale byli też tacy, którzy wiedzieli, że mecz z Niemcami nie będzie dla nas łatwy i postawili na naszych zachodnich sąsiadów. Jak się później okazało – słusznie.

Z początku meczu kompletnie oddaliśmy inicjatywę, co szybko się na nas zemściło. W siedemnastej minucie na listę strzelców zapisał się David Otto, który uderzył obok Karola Niemczyckiego. Polski goalkeeper rozegrał całkiem dobre spotkanie. W skrócie – co miał wpuścić, to wpuścił, co miał obronić, to obronił. Koledzy nie mogli mieć do niego większych zastrzeżeń w sprawie straconych bramek. Wydaje się jednak, że na mundialu będzie musiał się pogodzić z rolą bramkarza nr 3, ponieważ znacznie pewniejszymi kandydatami do gry w pierwszym składzie, jest ktoś z dwójki Mleczko/Bułka.

Pierwszą połowę trzeba było spisać na straty. Gospodarze mieli wyraźny problem ze stwarzaniem sobie sytuacji podbramkowych, a ich gra w defensywnie również nie zachwycała. Zaskakująco słabo radził sobie Sebastian Walukiewicz, który zdążył już przyzwyczaić kibiców do tego, że jest pewnym punktem w obronie Pogoni Szczecin. U Niemców w pierwszej połowie szczególnie wyróżniał się jeden zawodnik. Mowa o Matsie Kohlercie. Niziutki pomocnik (zaledwie 168 cm wzrostu) brylował szybkością, dryblingiem oraz pewnym prowadzeniem piłki przy nodze. Nieźle, jak na zawodnika, który na co dzień występuje tylko w rezerwach Hamburgu.

Po przerwie doszło do wielu zmian w obozie niemieckim. Trener Thomas Norenberg wymienił na placu gry aż pięciu zawodników, a Jacek Magiera zaledwie jednego. Boisko opuścił Jan Sobociński, a w jego miejsce wszedł Adrian Benedyczak.

Drugie 45 minut było trochę żywsze niż pierwsze, ale nadal bez fajerwerków. Krótko po wznowieniu gry groźnym strzałem z ok. 25 metra popisał się Adrian Łyszczarz, ale jego uderzenie minęło nieznacznie bramkę gości. Polacy próbowali atakować coraz odważniej, ale bez większych efektów. Znacznie lepiej wyglądało to po stronie naszych zachodnich sąsiadów, którzy nie byli usatysfakcjonowani jednobramkowym prowadzeniem i stale szukali okazji do podwyższenia wyniku. A ta nadarzyła się w 78. minucie, gdy Sidney Friere zdobył drugą bramkę. Cała akcja jednak była wręcz upokarzająca dla naszych zawodników.

W obronie Niemcy postanowili zabawić się w “kotka i myszkę” i wymienili kilkanaście podań, a Polacy bezskutecznie próbowali odebrać futbolówkę. Akcja ta wywołała salwę śmiechu na sektorach, jednak już po kilkunastu sekundach do śmiechu nikomu nie było. Szybki przerzut piłki do przodu, tam bezradnie próbowali zainterweniować jeszcze obrońcy, ale na nic okazały się ich starania, ponieważ zrobiło się 0:2.

W końcówce meczu na placu gry zameldowali się jeszcze Bartosz Slisz, Mikołaj Kwietniewski, czy Mateusz Bogusz, ale nie zdołali oni odmienić losów tego spotkania. Podopieczni selekcjonera Magiery nie spisali się najlepiej w swoim ostatnim teście, a mistrzostwa tuż tuż. Trzeba będzie popracować jeszcze nad paroma aspektami, żeby w maju, wszystko było na najwyższym poziomie.

O wrażenia z tego spotkania zapytaliśmy kilku kibiców i ich odczucia, co do meczu były podobne – słabo, bez szału, spodziewałem się czegoś lepszego. I nie ma się co dziwić kibicom, bo faktycznie spotkanie nie było najwyższych lotów. Nie zmienia to jednak faktu, że frekwencja była dosyć dołująca. Na stadionie głośno było tylko raz – przy odśpiewaniu hymnów państwowych. Później pojawiał się już zazwyczaj cichy szmer jednego sektora zamiast głośnego dopingu 5000 gardeł.

Polacy zbliżające się Mistrzostwa Świata zainaugurują 23 maja o godz. 18:00 meczem z Kolumbią. Następnie przyjdzie się im zmierzyć z Tahiti, a na koniec z Senegalem. Wszystkie spotkania fazy grupowej rozegrają w Łodzi.

Słowem zakończenia, stadion w Bielsku pod względem organizacji wypadł bardzo dobrze. Sprzedaż biletów na stadionie szła sprawnie, wejścia przez bramki również. Do cateringu również nie można mieć zastrzeżeń, a kolejka szybko się kurczyła. Stadion w Bielsku spokojnie jest w stanie pomieścić nawet 15 tys. kibiców, co jest liczbą, myślę zadowalającą. Troszkę więcej musimy wymagać za to od naszych reprezentantów. Wierzę, że w porównaniu do tego spotkania, ich gra zmieni się o 180 stopni i na mecz z drużyną z Ameryki Południowej, wyjdą pewni swego. Skład na mecz z Niemcami miał być jeszcze formą ostatnich testów, ale wydaje się, że trenerowi Magierze formalizuje się już wyjściowa jedenastka. Oby była trafiona i przyniosła nam wiele radości, zdecydowanie więcej niż to spotkanie.

BARTOSZ LODKO