Wywiady

Chcemy zachęcić dziewczynki, by zostały przy piłce na dłużej

Turniej “Z podwórka na stadion o Puchar Tymbarku” to zawsze gwarancja fantastycznych emocji. Świetnie bawią się zresztą nie tylko uczestnicy, czyli najmłodsi. Wielką frajdę z możliwości współtworzenia całej imprezy czerpią także ci, którzy tytułową drogę mają już za sobą. Na przykład Radosław Michalski, prezes Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, z którym mieliśmy okazję zamienić kilka słów podczas Finałów Wojewódzkich w Gdańsku, gdy obserwował rywalizację rocznika u-8, który na tym etapie zakończył swoja przygodę z turniejem.

*

Skoro “Z podwórka na stadion o Puchar Tymbarku”, to proszę opowiedzieć o swoim podwórku.

Swoją przygodę z piłką zaczynałem tak jak wszyscy wtedy – na podwórku, a przede wszystkim na przyszkolnym boisku. Miałem takie szczęście, że na boisku przy mojej szkole na gdańskim Przymorzu organizowany był jeden turniej za drugim. Do dziś pamiętam pana Tałaja, dzisiaj chyba już dyrektora szkoły, który nam te atrakcje zapewniał. Na tamtejszym asfalcie spędzałem większość wolnego czasu.

Piłka była numerem jeden od zawsze?

Muszę powiedzieć, że dla mnie piłka numerem jeden była odkąd pamiętam. Uczyłem się co prawda w szkole o profilu siatkarskim, ale to mi nie przeszkadzało ganiać za piłką i w tym kierunku się rozwijać. Grało się oczywiście także w inne rzeczy, ale jednak piłka to było coś więcej, sprawiał mi zdecydowanie najwięcej uciechy.

Na dzisiejszym Turnieju możemy już mówić o realnej rywalizacji, czy sądzi pan, że na tym etapie futbol jest wciąż tylko zabawą?

Myślę, że to jeszcze zwykła zabawa, ale nie doszukiwałbym się tutaj zbyt wielu elementów realnej rywalizacji. Szczególnie jak patrzę na ośmiolatków. Na tym etapie nie ma żadnej presji, bo w rozgrywkach u-10 i u-12 dochodzi jeszcze perspektywa wyjazdu do Warszawy i wystąpienia na Stadionie Narodowym, co trochę te emocje jednak podsyca. Jest o co walczyć. Wiadomo – kiedy zaczyna się już mecz to widać, że każdy gra na sto procent i chce wygrać. Ale generalnie to nie jest podczas turnieju najważniejsze. Chociaż widzę, że czasem trenerzy strasznie to wszystko przeżywają. Żyją tą Warszawą. Tymczasem wśród ośmiolatków mamy typową zabawę, kultywowanie piłki nożnej.

“Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” to wasze oczko w głowie?

To jest naprawdę jeden z największych turniejów tego typu w Europie. Nie wiem, czy ktokolwiek prowadzi aż tak dalece rozbudowane rozgrywki. Bo to jest przecież gra od powiatów aż po wielki finał w Warszawie. Tysiące uczestników. Nie chcę strzelać dokładnej sumy, ale rozmach całego przedsięwzięcia jest imponujący. Bardzo fajnie to wygląda i strasznie nas cieszy, że w tym roku wszystko przebiega praktycznie w całości zgodnie z planem. Mieliśmy olbrzymie obawy w związku ze strajkiem nauczycieli. Wiem z różnych źródeł, że wielu trenerów-nauczycieli miało problemy, żeby się w Gdańsku na Finałach Wojewódzkich pojawić. Ale koniec końców dzisiaj tylko jedna drużyna nie dojechała.

Zatem strajk nie wpłynął w sposób istotny na całość rozgrywek?

Można powiedzieć, że u nas sport stanął ponad strajkiem. W ogóle nie odbiło się to na przebiegu Turnieju. Nie dojechała tylko jedna drużyna dziewczęca z Kwidzyna, poza tym komplet. Problemów nauczyciele mieli sporo, dochodzą do mnie takie głosy, niektórzy się trochę skarżą. Ale na szczęście są z nami.

Wiadomo, że nie będziemy mówić podczas takiego turnieju o żadnych poziomach, o takich rzeczach. Jednak generalnie całość, przebieg, organizację oceniam w stu procentach pozytywnie. Zawsze mamy trochę pecha z tą pogodą. Rano odczuwalna temperatura była minusowa, wczoraj spadł śnieg, ale nawet i to nam nie przeszkodziło. Chociaż pracownicy mocno dostali w kość, bo od rana do szesnastej musieli w takich warunkach wytrwać. Więc jeżeli czegoś nam zabrakło, to trochę więcej promieni słoneczka. Generalnie na Traugutta robienie takiego turnieju jest podwójnie wygodne, bo mamy dwa boiska obok siebie i wszystko przebiega sprawnie, praktycznie bez dłuższych przerw. Jak ktoś się uprze, to z balkonu może obserwować oba boiska jednocześnie. W środku catering, więc nic, tylko oglądać.

Dzisiaj te piłkarskie początki są trochę inne niż dawniej, zgodzi się pan? Mniej spontanicznie to przebiega.

Jak patrzę na tych ośmiolatków czy dziesięciolatków, to ci, którzy nie szkolą się w klubach są jednak trochę słabsi od nas. Kiedyś od rana do wieczora grało się w tę piłkę i w efekcie lepiej ją kontrolowaliśmy. Tutaj od razu rzuca się w oczy, że ten, kto już trochę profesjonalniej trenuje, ten lepiej sobie radzi na boisku. Nie lata na winogrono, tylko wie o co chodzi. Ci chłopcy, którzy jeszcze profesjonalnie nie trenują zaczynają nawet na tak wczesnym etapie odstawać od rówieśników. Więc można powiedzieć, że dzisiaj klub daje tę początkową szkołę futbolu, jaką nam dawały podwórka i szkolne boiska, gdzie spędzaliśmy całe dnie i nabywaliśmy umiejętności piłkarskie. Taka alternatywa już praktycznie nie istnieje.

Dziewczyny na razie grają typowo na winogrono, wiadomo, zabawa. Ale też chodzi nam o to, żeby takim jednym fajnym turniejem jakoś zachęcić te małe dziewczynki, by na dłużej zostały przy futbolu. Bo liczba trenujących w Polsce dziewczynek nadal nie jest dla nas satysfakcjonująca.

Czyli liczycie na kolejne Pauliny Dudek?

Pewnie. Jeżeli chodzi o futbol kobiecy, w tej chwili wypadamy blado w porównaniu do innych federacji. Oczywiście te liczby cały czas wzrastają, w ostatnich latach o ponad sto procent, ale nadal nie możemy się równać z Niemcami czy państwami skandynawskimi. To jest przepaść i chcemy to zmienić. Jest z tym problem, bo… gdyby to tak trochę zgłębić, to działacze w piłce kobiecej to często nie do końca spełnieni działacze piłki męskiej. Ta współpraca jest – nie wiem czemu – dosyć trudna. Niby przeznaczamy na to dużo pieniędzy, są finanse z UEFA, a jak pojawia się konkretna inicjatywa, to nie ma chętnych, by wziąć w niej udział. Dlatego taki turniej jak ten jest bardzo ważny, żeby te dziewczynki zarażać pasją do futbolu. Musimy je promować na wszelkie możliwe sposoby.

To jest akurat taka inicjatywa, w której właściwie każdy chętnie bierze udział.

Powiem panu, że mamy takie boisko plażowe, staramy się tam robić dziewczęce turnieje. Ciężko niektórych ludzi namówić. A tutaj mamy fajną imprezę, z oprawą telewizyjną, ze wszystkim. Więc może chociaż tym sposobem uda się te dziewczynki zachęcić. To oczywiście nie wszystkie działania promocyjne z naszej strony, jest tego bardzo dużo. Tym bardziej, że UEFA mocno ten temat ciśnie, w naszym związku także jest na to nacisk. W efekcie jest dużo lepiej niż kilka lat temu, ale mamy świadomość, że do doskonałości daleko.

Ta cała oprawa turnieju to spore przeżycie dla dzieciaków.

Głęboko w to wierzymy, że dzieciaki dzięki emocjom, które tutaj przeżywają dadzą się zachęcić, by przy tej piłce na dłużej zostać. Mogę tu znów nawiązać do starych czasów – nas nikt nie musiał do gry zachęcać. Ale teraz zmieniły się czasy, pojawiły się nowe formy spędzania wolnego czasu. Dzieci nie chcą już trenować na kiepskich boiskach, pojawiają się wymagania, musi być sprzęt. Dlatego tak dbamy o całą tę otoczkę. Pamiętam, że gdy pracowałem w Lechii jako dyrektor, to rodzice bardziej chcieli dzieci zaciągnąć na zajęcia niż one same chciały w tę piłkę grać. Kiedyś rodzice nawet nie wiedzieli, że my trenujemy.

Pana ekipa z podwórka pozamiatałaby konkurencję na takim turnieju?

Pamiętam, że my na Przymorzu mieliśmy naprawdę fajną ekipę do piłki, więc wierzę, że gdybyśmy się na takim turnieju pojawili to w swojej kategorii wiekowej byśmy wygrali, chociaż generalnie nie lubię takich porównań. Ale sporo turniejów wtedy wygrywaliśmy, to jest fakt. Jest szansa, że i tutaj byśmy dali radę.

Niektórzy trenerzy mówią, że dzieciaki są jednak lekko przytłoczone presją turnieju i nie pokazują stu procent na boisku.

Ciężko mówić o presji w takich okolicznościach, czasem nawet bardziej tym wszystkim przejmują się sami trenerzy niż dzieciaki. Czy bandy reklamowe, maskotka i trochę telewizji robi aż taką presję? Chyba nie. Te dzieciaki są wyluzowane, cieszą się, bawią. Wiadomo, że czasem pojawiają się łzy. Szczególnie w przypadku porażek w półfinale czy finale, wtedy to rozczarowanie jest największe, bo przechodzi koło nosa wyjazd na wielki finał do Warszawy. Ale drużyny, które odpadają w fazie grupowej? Pójdą, zjedzą kiełbaskę, posiedzą i już zaczynają się z powrotem śmiać. Na dokładkę dostaną jakieś gadżety i jest fajnie.

Potrafił pan – jako dziecko – przegrywać?

Nikt nie lubi sytuacji, gdy przegrywa decydujący mecz, finał. Każdy z nas to ma, nie tylko dzieci. Nie byłem może typem małego furiata, jednak nie ukrywam, że parę razy po porażkach zdarzało mi się płakać. Zresztą nawet teraz zdarza mi się trochę kopać. Już o nic, jeszcze płacimy z kolegami za boisko, a i tak przegrywać nie lubię. Jednak najważniejsze, by po wszystkim o złych emocjach zapomnieć i po prostu czerpać z piłki radochę.

fot. 400mm.pl