Wywiady

“Nie obawiamy się gry w Centralnej Lidze Juniorów”

Biała Podlaska jest najmniejszym miastem w Polsce pod względem liczby mieszkańców, które ma dwie drużyny w Centralnych Ligach Juniorów. W tym tygodniu drużyna AP TOP 54 do lat 17 pokonała Orlęta Kielce i pierwszy raz w historii zagra na poziomie centralnym. O sukcesach drużyny porozmawialiśmy z prezesem, a zarazem trener drużyny U-17 Tomaszem Buraczewskim.

Od kiedy jest pan trenerem tej grupy?

– Zacząłem trenować ich w 2012 roku, a później miałem krótką przerwę w 2014 roku, gdy byli w czwartej klasie podstawówki. Łącznie ponad sześć lat.

Szmat czasu.

– W zeszłym roku utrzymaliśmy się w rozgrywkach do lat 15, a później wygraliśmy duży międzynarodowy turniej Gothia Cup, jako trzecia drużyna w historii z naszego kraju.

Z kim mogliście się tam zmierzyć?

– W finale graliśmy z drużyną z Islandii, ale to nie był nasz najtrudniejszy przeciwnik. W półfinale zmierzyliśmy się z zespołem z Zambii. Było to nasze zdecydowanie najtrudniejsze spotkanie, a jeszcze wcześniej mogliśmy zagrać z brazylijską drużyną, aczkolwiek chłopcy z Zambii byli znacznie lepsi. Poza tym na turnieju zagraliśmy jeszcze z zespołami z Kosowa, Szwecji i Hongkongu.

Widać wielkie różnice w porównaniu do nas w takich egzotycznych zespołach?

– Ten turniej jest specyficzny. Trwa tydzień i co roku odbywa się w Szwecji, w Goteborgu. Jest uznawany za nieoficjalne międzynarodowe Mistrzostwa Świata, ale jest to zbyt górnolotne, żeby powiedzieć, że grają tam najlepsze drużyny na świecie. Głównie wygrywają drużyny z Ghany czy Wybrzeża Kości Słoniowej, bo oni są naprawdę mocni. Na naszym finale było aż 6 tysięcy osób, a graliśmy na tym samym stadionie, na którym Legia walczyła o Ligę Mistrzów. Było to dla nas niesamowite przeżycie. Po wygranym turnieju jechaliśmy otwartym autokarem przez centrum Goteborga, bo taka jest tradycja tej imprezy. Aczkolwiek wielkich gratyfikacji finansowych za tym nie ma (śmiech).

Wspomnienia zostaną do końca życia.

Zdecydowanie. Wiele pomogło nam utrzymanie się w CLJ U-15. W rundzie jesiennej przez trzynaście kolejek byliśmy na miejscu spadkowym. W czternastym meczu zremisowaliśmy z Sandecją Nowy Sącz i to pozwoliło nam się utrzymać. Na pewno wzmocniło nas to mentalnie. Na wiosnę w czternastu spotkaniach wygraliśmy pięć razy, trzy razy zremisowaliśmy i odnieśliśmy sześć porażek. We wszystkich naszych sześciu przegranych meczach ulegliśmy jedną bramką. Cztery razy 2:1 i dwa razy 1:0. To chłopców uczyło pokory i pewności, że potrafimy grać w piłkę i to dało efekty w Szwecji. Wszystkie spotkania graliśmy rocznikiem 2003, a w barażach w drużynie z Kielc większość zawodników była z rocznika 2002.

Jak przygotowywaliście się do pierwszego meczu z Orlętami?

– Pierwsze spotkanie było wielką niewiadomą. Nie widzieliśmy przeciwnika na żywo i posiłkowaliśmy się tylko opiniami trenerów z innych meczów. Wiedzieliśmy, że jest to drużyna ambitna, ale zdawaliśmy sobie także sprawę, że najlepsi chłopcy w Kielcach grają w Koronie. Na początku spotkania to my prowadziliśmy grę i szybko zdobyliśmy otwierającą bramkę. Wiele się w tym meczu nie działo, a wysoka temperatura nie pomagała. W 20. minucie nasz bramkarz popełnił błąd i gospodarze mieli okazję 1 na 1, ale na szczęście zdążył się zrehabilitować. W końcówce pierwszej części spotkania zdobyliśmy bramkę na 2:0 z rzutu karnego. W drugiej połowie nadal mieliśmy mecz pod swoją kontrolą, stwarzaliśmy sobie sytuacje, ale nasz obrońca popełnił błąd, napastnik Orląt nie zmarnował okazji i zrobiło się 2:1. W miarę szybko zdobyliśmy bramkę z dystansu na 3:1 i wygraliśmy na wyjeździe dwoma bramkami. Myślę, że wynik tego meczu oddawał przebieg gry,

Byliście spokojni przed rewanżem?

– Tak, ale wiedzieliśmy, że w Kielcach kilku chłopaków nie grało, a inni mogli być zmęczeni, bo dzień wcześniej grali w lidze makroregionalnej. W pierwszej połowie powinniśmy prowadzić 5:0, a skończyło się 2:1. Dominowaliśmy ich, tworzyliśmy sobie dużo sytuacji. Druga część spotkania przebiegała jednak pod dyktando Orląt. Nyli od nas lepsi, mieli przewagę optyczną, ale nie wynikały z tego żadne korzyści bramkowe. Próbowali szukać swoich szans przez strzały z dystansu, ale nasz bramkarz nie musiał zbyt wiele razy interweniować. Było trochę nerwów w końcówce, ale, żeby nas wyeliminować, potrzebowali trzech bramek, więc byliśmy przez to spokojniejsi. W pierwszym składzie mieliśmy wszystkich zawodników z rocznika młodszego, a na ławce rezerwowej siedział tylko jeden chłopak urodzony w 2002 roku i czterech z rocznika 2004. Ostatecznie możemy cieszyć się z awansu.

Co było waszą największą siłą w perspektywie całego sezonu?

– Na pewno stabilny skład i dobra gra na wyjazdach. Na wiosnę w lidze wojewódzkiej wygraliśmy wszystkie spotkania wyjazdowe. Górnik Łęczna w pewnym momencie sezonu próbował nas gonić, ale skutecznie odparliśmy atak.

Których zawodników wyróżniłby pan indywidualnie?

– Nie chciałbym wyróżniać konkretnych zawodników. Z pewnością słowa uznania należą się na naszej defensywie, bo łącznie w 16 spotkaniach, które rozegraliśmy na wiosnę, licząc z meczami barażowymi, straciliśmy dokładnie siedem bramek. Podkreśliłbym też umiejętną grę w ofensywie, bo strzelaliśmy całkiem sporo bramek i w wielu spotkaniach tworzyliśmy sobie liczne sytuacje.

Obawiacie się przyszłego sezonu?

– Podchodzimy do niego z pokorą, ale na pewno się nie obawiamy.

Jaki jest wasz cel?

– Naszym celem, jako beniaminka jest utrzymanie się, ale będziemy się starać zdobyć liczbę punktów, która będzie miała dwójkę z przodu.

Jako jedyni macie aktualnie dwie drużyny w Centralnych Ligach Juniorów. Oznacza to, że w Białej Podlaskiej jest obecnie najlepsze szkolenie w województwie?

– W piłce młodzieżowej na pewno jesteśmy przewodnią siłą w województwie. Tak, jak śledziłem te centralne ligi, to jesteśmy najmniejszym klubem i miastem, który posiada dwie drużyny na tym poziomie. W Białej Podlaskiej mieszka ok. 60 tys. osób. Chorzów i Zabrze również mają po dwie drużyny, ale oba miasta są ponad stutysięczne. Większych szans na CLJ U-18 nie mamy, ale myślę, że wykonujemy dobrą pracę, a przykładami niech będą Sebastian Szymański, Mateusz Hołownia czy Ariel Borysiuk. Chłopcy od nas mają szansę trafić do wielkich drużyn.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

fot. Podlasiak