Reportaże

W Nowej Zelandii też jest szkolenie. I to jakie!

“Nie uwierzę, że w Nowej Zelandii jest jakieś super szkolenie” – pojawiało się wiele takich opinii podczas mundialu do lat 20. “All whites” grali naprawdę dobrze, co dla sporego grona obserwatorów było swoistą niespodzianką. Wymieniało się ich w kontekście egzotycznej drużyny, a nie zespołu, który pokazał, że wie jak się gra w piłkę. Gdy przypatrzymy się bliżej największej akademii w kraju, dowiemy się, że ich dobry występ nie był dziełem przypadkiem.

Des Buckingham na Mistrzostwa Świata U-20 powołał aż 7 piłkarzy Wellington Phoenix. Zdecydowana większość z nich mogła liczyć na miejsce w pierwszym składzie. Akademia ze stolicy znana jest z wysokiego poziomu szkolenia i europejskich standardów. To, że Nowa Zelandia oddalona od Polski jest o 17 tys. kilometrów, nie oznacza, że w kraju słynącym z kiwi nie potrafią dobrze szkolić młodzieży.

Rewolucja nastąpiła w 2013 roku, gdy otworzono Wellington Phoenix Football Academy. Nad całością czuwa obecnie Paul Temple, który jest także trenerem drużyny do lat 20. Do Nowej Zelandii trafił z Anglii w wieku 18 lat, żeby grać w piłkę. Jako piłkarz mu nie poszło najlepiej, ale zdecydowanie lepiej radził sobie w roli trenera. Funkcję dyrektora Akademii pełni od czterech lat, a w przeszłości pracował z młodzieżowymi reprezentacjami Nowej Zelandii. Jest najmłodszym trenerem w historii, który pojechał na Mistrzostwa Świata. W 2008 roku miał zaledwie 26 lat.

Szkolenie jest tylko dla zawodników od 14 do 19 roku życia, gdy trafiają do pierwszej drużyny. Koszt to aż 4 tysiące dolarów rocznie, jeżeli zawodnik mieszka w swoim domu, ale jeżeli mieszka w internacie cena wzrasta aż do 12 tysięcy. Na szczęście można liczyć na wiele stypendiów, które w znaczącym stopniu pomagają mniej zamożnym piłkarzom.

Ich obiekty treningowe znajdują się w dwóch dzielnicach Wellington, Berhampore i Kelburn. W pierwszym ośrodku Martin Luckie Park znajduje się cały kompleks boisk, z którego korzystają przedstawiciele różnych sportów. Drugie centrum treningowe znajduje się przy Uniwersytecie Victorii. Poza piłkarzami trenują tam również rugbyści.

Akademia cieszy się dużym uznaniem w kraju (chyba słusznie), a rodzice uważają, że jeśli zapiszą tam swoje dziecko, to już na 100% zostanie profesjonalnym piłkarzem i zaraz będą go mogli podziwiać na boiskach A-League. – Musimy studzić zapał rodziców. Pierwszą rzecz, jaką mówimy im, gdy przyjdą do nas, to “jeżeli wasz syn nie będzie piłkarzem, to co zamierza robić?” – mówi Andy Hedge, ówczesny trener drużyny rezerw dla stuff.co.nz

Rodzice są wtedy często sprowadzeni z powrotem na ziemię, jednak nie powstrzymuje to ich zapału, żeby zapisać swoje pociechy do szkółki. Statystyki są brutalne – na 100 dzieciaków tylko kilka z nich zrobi w przyszłości karierę.

W Wellington dbają o każdego. Na oficjalnej stronie klubowej poza typowymi rzeczami można nawet znaleźć informację, jak nazywa się główny kierowca autobusu, który wozi wszystkie drużyny na spotkania ligowe.

Trenerzy mają pełną swobodę, jeżeli chodzi o edukację futbolu. Nie ma narzuconej jednej taktyki czy systemu, którym muszą grać. Poszerza to wiedzę piłkarzy, a zarazem pomaga w dostosowaniu się do różnych stylów gry.

Akademia ściśle współpracuje z Wellington Phoenix Soccer School, która ma swoją siedzibę w Auckland, największym mieście tego kraju. Wellington pod względem liczby mieszkańców jest dopiero szóstym najliczniejszym miastem Nowej Zelandii, a wspomniane wcześniej Auckland liczy aż 8 razy więcej mieszkańców.

Chociaż z praktycznego punku widzenia nie są tą samą organizacją, to WPSS stanowi podstawową szkołę dla Akademii, do której uczęszczają uczniowie w wieku od ósmego do osiemnastego roku życia. Ich mottem jest “Aggressive, Intelligent, attacking football”. Akademie często dzielą się wiedzą z zakresu skautingu i treningu.

– Sądzę, że jesteśmy obecnie w o wiele lepszej pozycji niż gdy przyjechałem do kraju 17 lat temu, kiedy tak naprawdę nie było struktur rozwoju. Teraz nadszedł czas, aby wskoczyć na jak najwyższy poziom – tłumaczył przed dwoma laty Andy Hedge.

Największym problemem jest odwieczny konflikt pomiędzy szkołami a klubami. Dzieci chcą jednocześnie reprezentować swoje szkoły, ale chcą też rozwijać się w swoich klubach. W głowach ludzi pozostaje myślenie, że do klubu idzie się tylko po to, żeby grać w piłkę, a teraz jest inaczej.

Obecnie mają trzy drużyny, które występują w swoich ligach. W każdym zespole jest trzech trenerów, którzy pracują w pełnym wymiarze czasu. W Wellington dbają także o rozwój mentalny i samoświadomość. Poza trenerami od piłki nożnej są liczni psycholodzy, masażyści, fizjoterapeuci i analitycy.

Nowa Zelandia w ostatnich latach regularnie kwalifikuje się na wszelkie młodzieżowe mistrzostwa. W Oceanii nie mają obecnie sobie równych, ale nawet na Mistrzostwach Świata prezentują się całkiem korzystnie. Przykładem niech będzie, chociaż ostatni mundial w Polsce. Można powiedzieć, że osiągnęli na tym turnieju tyle, co my – odpadli w 1/8 finału. Z tą różnicą, że oni prezentowali się całkiem nieźle i zostawili po sobie dobre wrażenie, a my nie.

Ich dobra gra niesie także za sobą wymierne korzyści. Zdaniem niemieckiego dziennika “Bild” Sarpeet Singh, jeden z piłkarzy Welligton, który był na Mistrzostwach Świata do lat 20,  znalazł się w kręgu zainteresowań samego Bayernu Monachium.

Głównym celem jest wyszkolenie jak najlepszych jednostek, które w przyszłości będą trzonem pierwszej kadry narodowej. Dotyczy to wszystkich akademii w kraju, nie tylko Wellington Phoenix. “Dlaczego nie możemy być jak Islandia?” – zastanawiają się ludzie związani z piłką w Nowej Zelandii.

Oba narody łączy to, że są wyspami i mają stosunkowo niewielką liczbę mieszkańców, choć Nowa Zelandia ma ich prawie dwanaście razy więcej, czyli teoretycznie powinna mieć zdecydowanie łatwiej. Różnicą było zachłyśnięcie się jednorazowym sukcesem, gdy awansowali na Mistrzostwa Świata w 2010 roku, podczas gdy Islandia była już wtedy w trakcie kilkuletniej budowy tego, co jest obecnie.

Zmiany na wyspie słynącej z gejzerów odnośnie do piłki nożnej pojawiły się na początku tego tysiąclecia. Związek przeznaczył spore pieniądze na dwie kwestie: ośrodki i transport. Futbolowa rewolucja doprowadziła ich do ćwierćfinału Mistrzostw Europy i pierwszego w historii awansu na Mistrzostwa Świata. W 2017 roku było tam zarejestrowanych 848 trenerów z licencją UEFA PRO, A lub B. Dla porównania w Nowej Zelandii jest ich tylko 72.

W Islandii trenuje ogromna liczba dzieciaków i od małego są szkoleni przed wykwalifikowanych i dobrze opłacanych szkoleniowców, co też ma duże znaczenie. Przez cały rok trenują na sztucznych murawach pod licznymi balonami. W momencie, gdy rewolucja wchodziła w życie, piłkarze, którzy obecnie stanowią o sile kadry, mieli po 4, 5 lat. Lata dobrego szkolenia zaprowadziły w ich miejsce, w którym są obecnie.

Nowa Zelandia chciałaby im dorównać, a planem jest otworzenie większej ilości akademii. Poza tym, że będą otwarte, muszą mieć również dobre szkolenie, a takie oferuje obecnie dwie, może trzy kluby. Zdecydowana większość młodych zawodników w kadrach młodzieżowych jest z Wellington Phoenix i Ole Football Academy. Tam do spraw szkolenia nie można mieć zastrzeżeń, teraz trzeba to jeszcze wprowadzić w innych szkółkach, a gra Nowej Zelandii na wielkich turniejach już nie będzie niespodzianką.

BARTOSZ LODKO

Źródło: stuff.co.nz

fot. stuff.co.nz, Wellington Phoenix Academy, NewsPix