Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Rafał Gikiewicz

Bramkarz niechciany w Polsce, który za zachodnią granicą udowodnił swoją wartość. Człowiek, który zaczynał jako skrzydłowy, a swojej przygody z piłką nie lubi nazywać karierą. W “Piłkarskim dzieciństwie” czas na rozmowę z Rafałem Gikiewiczem!

Masz brata bliźniaka, jest napastnikiem. Od zawsze zakładałeś rękawice i stawałeś na bramce, a on cię sprawdzał?

– Obaj zaczęliśmy w polu. Moja przygoda z bramką zaczęła się przez przypadek. Przed jednym z turniejów, kiedy mieliśmy po około 11 lat, nasz bramkarz złamał rękę. Trener zapytał wtedy całą drużynę, kto chciałby go zastąpić. Zgłosiłem się. Zrobiłem to na tyle dobrze, że dostałem statuetkę najlepszego bramkarza.

Kto był lepszy do tego czasu?

– Ciężko powiedzieć. Na początku biegaliśmy obaj na skrzydle i ciężko było ocenić.

Próbowaliście z bratem w wielu olsztyńskich klubach.

– W Olsztynie tak naprawdę nie było dobrego zespołu, w którym moglibyśmy trenować. Pamiętam jak poszliśmy na testy do Naki Olszyn. Miałem wtedy rękę w gipsie, o czym nie powiedziałem trenerowi Nakielskiemu. Wypadliśmy bardzo dobrze. Dostaliśmy się, ale jak trener dowiedział się, że go oszukałem, to nas wyrzucili. Później poszliśmy do Tempo 25 Olsztyn, tam mieliśmy całkiem fajną pakę.

W Naki Olsztyn grał przecież Adrian Mierzejewski.

– On grał w starszych rocznikach. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu na Jarotach i do teraz wspominamy jak wieczorami po szkole i treningach graliśmy z nim i jego tatą do późna. Żonglerka piłką do tenisa i wbieganie pod górę za karę jak spadła na ziemię. Wtedy tylko myśleliśmy o piłce. Czasami poza piłką graliśmy w „pobite gary”, „chowanego”.

Teraz jak wracam do Olsztyna i widzę zarośnięte boisko, na którym graliśmy, to boli mnie serce. Dzisiaj wszystkie dzieci grają na konsolach i siedzą w domu.

Mieliście jakąś podwórkową drużynę?

Pamiętam zespół, który założył mój tata. Nazywaliśmy się „Delfiny znad Łyny”. Wygrywaliśmy wtedy wszystkie turnieje grane w Olsztynie. Nadal mam całą półkę pucharów za te wszystkie zwycięstwa.

Dużo było zdolniejszych chłopaków od was?

– Zdecydowanie. Było ich sporo, ale my zawsze z bratem stawialiśmy na ciężką pracę. Nie chodziliśmy na miasto imprezować. Koncentrowaliśmy się tylko na treningach i na piłce. Z tamtej grupy tylko my gramy teraz zawodowo.

Pamiętam, jak zajęliśmy 3. miejsce w Mistrzostwach Polski. Po tym dostałem powołanie do kadry młodzieżowej. Od razu potem poszedłem do DKS Dobre Miasto i tam w zasadzie uczyłem się dorosłej piłki.

Wróćmy do tematu turniejów. Byłeś niedawno na spotkaniu z najlepszymi drużynami Turnieju „Z Podwórka o Puchar na Stadion Tymbarku”, myślisz, że pomogłoby to tobie znaleźć motywację do ciągłego treningu?

– Powiem trochę inaczej. Żyję w Niemczech i mam syna, który z ogromnym zainteresowaniem ogląda turniej na YouTube. Ostatnio jak pokazałem mu zdjęcia ze spotkania, to strasznie ubolewał nad tym, że w Niemczech nie ma takiego turnieju. My żyliśmy trochę w innych czasach i ciężko nam powiedzieć jak wyglądałaby nasza przygoda z piłką, ale motywacja na pewno byłaby ogromna.

Szybko poszedłeś do seniorskiej piłki. Trenerzy nie stawiali tam na ciebie. Nie miałeś wtedy momentów zwątpienia, że może jednak nie masz papierów na większą karierę?

– Jeśli zawodowy piłkarz tak myśli, to albo ma depresje, albo się nie nadaje do zawodu. Jak grasz w piłkę, to nie możesz w siebie wątpić. Ja zostałem wychowany tak, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeżeli ktoś w siebie wątpi, to nie osiągnie nic w żadnej w dziedzinie.

Pamiętam, że my zawsze mieliśmy z bratem problemy z grą w Olsztynie. Nigdy nie graliśmy w Stomilu. Zawsze komuś coś nie pasowało. Niektórzy mają z górki i jeszcze ich pchają, u nas było zupełnie inaczej. Do wszystkiego musieliśmy dojść ciężką pracą. Ta cała moja przygoda z piłką, bo karierą bym tego nie nazwał, to tylko dzięki determinacji.

Mieszkaliście w Olsztynie, ale ciągle musieliście jeździć poza miasto: czy to do Ostródy, czy do Nowego Miasta Lubawskiego.

– To był właśnie duży problem. Na treningi wozili nas tata i starszy brat. Brat podporządkował sporą część życia dla nas. Na nasze treningi brał ze sobą materiały do nauki i czekał cierpliwie w samochodzie, aż skończymy. Trwało to około dwóch godzin, więc poświęcenie z jego strony było duże. Oczywiście nie zapominajmy o tacie, który też mocno się starał.

Kto zabrał cię na pierwszy mecz Stomilu Olsztyn?

– Byłem wtedy  noworodkiem. Tata zabrał mnie na mecz w wózku, bo pracował w klubie jako kierowca autobusu. Trenerem Stomilu był Bogusław Kaczmarek i on nawet ten wózek prowadził.

Jak byłem starszy, to przychodziłem półtorej godziny przed meczem na stadion, żeby zająć dobre miejsce. Podziwiałem wtedy Cezarego Kucharskiego, Andrzeja Biedrzyckiego. Było dla kogo przychodzić na mecze.

Pamiętam, jak w klubie dostawałem używane buty i rękawice piłkarzy od zaprzyjaźnionej pani z pralni. Teraz jak dzieci proszą mnie o takie rzeczy, to z chęcią im je oddaje, bo pamiętam ile szczęścia dawało mi to w przeszłości.

Uprawiałeś jakieś inne sporty?

– Oczywiście. Sport był zawsze obecny w moim domu. Mama była siatkarką. Oglądaliśmy każdy możliwy sport, jaki był w telewizji. Czytaliśmy telegazetę albo słuchaliśmy Radio Olsztyn, żeby być na bieżąco.

Grałem dużo w turniejach siatkówki, biegach przełajowych, koszykówki, żeby nie chodzić zbyt dużo do szkoły.

Jak wam szło z w szkole w takim razie?

– Było ciężko, ale wszystko zaliczaliśmy i maturę zdaliśmy. Nauczyciele mówili, że nie jesteśmy głupi, ale po prostu nie mieliśmy czasu, żeby się uczyć. Ciągle nas wywiewało z domu.

Aklimatyzacja w nowych miejscach była dzięki temu łatwiejsza?

– Zdecydowanie. Już w wieku 16 lat uczyłem się w prywatnym liceum i grałem poza domem. W Białymstoku, Wrocławiu, Berlinie od razu czułem się bardzo dobrze.

Chciałbyś wrócić do Olsztyna i zagrać w końcu dla Stomilu?

– Jestem z Olsztyna, więc nie mówię nie. Mam tam dom, mam znajomych. Na razie jestem trochę na innym etapie i mam inne cele przed sobą, ale zobaczymy, co życie przyniesie.

Miałeś idola, na którym się wzorowałeś?

– Pamiętam, że w „Bravo Sport” zobaczyłem Francesco Toldo i Gianlucę Pagliucę. Do tego doszedł Peter Schmeichel i  później całe ściany miałem pozaklejane w ich plakatach.

Masz jakieś wspomnienie z tamtych czasów, które utkwiło ci w pamięci?

– Pamiętam, jak pozwolili nam zagrać mecz na bocznym boisku w Stomilu. Miałem wtedy łzy w oczach. Wcześniej nie było jak zagrać na takiej murawie, bo do 15 roku życia trenowaliśmy na piachu. Na meczu rzucałem się nawet wtedy, kiedy nie było takiej potrzeby. Był to wyjątkowy mecz.

Wychowywałeś się również z legendą Stomilu Andrzejem Biedrzyckim. Jakie masz z nim wspomnienia?

– Ciągle nie dochodzi do mnie, że nie ma go z nami. Pamiętam, jak słyszało się w radiu: „Koniu dawaj!”. Andrzej biegał zawsze, bez względu na warunki na boisku. Jego determinacja była niesamowita. Przyznał nawet kiedyś w wywiadzie, że talentu nie miał dużego, ale jego ciężka praca pozwoliła mu osiągnąć wiele i zagrać w Stomilu mnóstwo meczów.

Często zajmowaliśmy się jego dziećmi i graliśmy z nimi w piłkę. On w nagrodę zabierał nas razem z żoną nad jezioro. Jego obecność na pewno przyczyniła się do wytworzenia mojego silnego charakteru.

ROZMAWIAŁ MICHAŁ GĄSIEWSKI

Fot. FotoPyK