Wywiady

CLJ-ka od Środka: “Jestem ofiarą dziury szkoleniowej”

Czy trzy porażki w Centralnej Lidze Juniorów mogą spowodować zwolnienie trenera z klubu? Cracovia trzy tygodnie temu za porozumieniem stron rozwiązała kontrakt z Kordianem Wójsem, który przy drużynie juniora starszego “Pasów” pracował przez trzy lata. CLJ ma przygotowywać młodych zawodników do przejścia z juniora do seniora. Zatem powinno rozliczać się trenera za wyniki? O całym zamieszaniu z posadą trenera w Cracovii i oczekiwaniach wobec niego, porozmawialiśmy z samym Wójsem.

Pana kontrakt z Cracovią został rozwiązany za porozumieniem stron. Co to oznacza? Trener zainicjował koniec tej współpracy czy klub?

– To była decyzja Cracovii. Aby zapobiec niepotrzebnemu zwalnianiu, rozwiązaliśmy kontrakt za porozumieniem stron.

Dlaczego? Słabe wyniki są powodem tej decyzji?

– To pytanie nie do końca do mnie. Złożyło się na to brak wyników i duże oczekiwania wobec tej drużyny. Każdy klub ma swoje problemy i my mieliśmy swoje. Decyzja zapadła odgórnie. Nie jestem w stanie do końca odpowiedzieć, co było przyczyną tego ruchu. Szukanie trenera przez następne dwa, trzy tygodnie świadczyło też o tym, że nie mieli na moje miejsce żadnego kandydata.

Czy trener nie jest zdania, że w Centralnej Lidze Juniorów nie powinno się zwalniać za złe wyniki, a rozliczać raczej za wprowadzonych zawodników do pierwszego zespołu?

– Trudno mi na ten temat się wypowiedzieć, gdy jestem stroną w tej sprawie. Jednak na pewno, jeśli byłby to długofalowy projekt, tzn. zespół jest budowany przez dwa, trzy lata pod konkretny cel – mistrzostwo Polski U-18 – po takim początku można mieć podstawy, że ten cel zaczyna uciekać. Z drugiej strony musiałby nastać jakiś kataklizm organizacyjny, żeby trenera zwalniać. Nie pracowałem w Cracovii trzy miesiące, a trzy lata. Zatem klub był w miarę zadowolony z mojej pracy. W czerwcu (tego roku – przyp. red.) podpisaliśmy umowę na kolejne dwa lata. Na pewno można było się pokusić o zmianę trenera, gdyby drużyna nie robiła progresu, a zawodnicy się nie rozwijali, wtedy jest podstawa do takiego ruchu. Praktycznie cały zespół od tej zimy został zakupiony. My spotkaliśmy się w komplecie w lipcu, a miesiąc później startowała liga. Mieliśmy o tyle trudny terminarz, że pierwsze mecze graliśmy z zespołami, które są budowane latami, czyli Zagłębie Lubin, Korona Kielce…

Lech Poznań, Legia Warszawa i Pogoń Szczecin.

– Oni trenują ze sobą dwa, trzy lata, a my byliśmy po kilku tygodniach wspólnego obcowania. Potrzeba czasu na wyniki. Ci zawodnicy przyjechali do nowego miasta, klubu. Zostało nam dwóch piłkarzy: Mateusz Pieńczak i Bartłomiej Kafel, którzy mają przetarcie w Centralnej Lidze Juniorów U-18. Do tego Michał Rakoczy, z którym było wiadomo, że po paru spotkaniach będzie wzięty do seniorskiego zespołu. Tak poza tym, to przyszli do nas zawodnicy, którzy poza Kwiatkowskim z Escoli nie grali, chociażby na poziomie CLJ U-17. To też świadczy o tym, że ci zawodnicy potrzebują czasu na dostosowanie się do poziomu. Bo różnica między ligą wojewódzką, a centralną, to jest przepaść.

W moim odczuciu Centralna Liga Juniorów jest po to, żeby przygotowywać młodego piłkarza do piłki seniorskiej, ma się on w niej rozwijać. Głównym celem nie powinno być zdobywanie trofeów. Trenerzy w CLJ nie powinni być rozliczani z wyników, a z tego, jak rozwijają się ich podopieczni. Spoglądając tylko na ten sezon, Michał Rakoczy grał w pierwszych kolejkach u pana, a teraz zbiera minuty w pierwszym zespole.

– On nie pojechał nawet z pierwszym zespołem na obóz. Cały czas się z nami przygotowywał. To był korzystny okres dla niego. Po to właśnie się pracuje w klubie, żeby wychować perełki jak Rakoczy. One ciągną następnych zawodników. Działają jak magnes na kolejnych piłkarzy i kolejne roczniki. Po zwolnieniu odbierałem telefony i czytałem SMS-y. Wszyscy są zgodni, nie rozumieją, o co chodzi, czy tu chodzi o wyniki? Czy o moje stosunki z klubem? Moje relacje z klubem od samej góry do pracowników są takie same, w ogóle się nie zmieniły. Ostatnio byłem w klubie, uraczyli mnie kawą. Nic takiego się nie stało, żeby mówić o jakichś konfliktach. Nie za dużo rozmawialiśmy na ten temat.

Pogodził się trener z decyzją klubu?

– Po trzeciej kolejce i trzeciej porażce z rzędu, z Górnikiem Zabrze (1:3), można było wyczuć, że jest coś nie tak. Za długo pracuję w piłce, żeby nie wiedzieć, co się szykuje. Atmosfera była nieciekawa. Potem zagraliśmy fajny mecz z Lechem, wygraliśmy z Escolą. Zaczęło to iść w dobrą stronę.

Kolejna porażka w lidze, tym razem z Pogonią, była pretekstem do zakończenia współpracy?

– Po porażce w Szczecinie, zostałem w poniedziałek zaproszony na rozmowę przez władze klubu. Generalnie nasza rozmowa przebiegała w ten sposób, żeby rozwiązać kontrakt. Szukaliśmy rozwiązania, żeby obie strony były zadowolone. Nie będę ukrywał, że władze bardzo w porządku do tego podeszły, bo mogli dać wypowiedzenie. Od dwóch tygodni wiedziałem, co będzie się działo, więc będąc na tej rozmowie, nie byłem zdziwiony decyzją. Nie było sensu dyskutować i dopytywać, dlaczego taka została podjęta, gdyż komunikat wyszedł z najwyższego szczebla w klubie.

Trener mówi, że nie był zdziwiony, a całe środowisko wręcz odwrotnie. Pan prowadził juniora starszego trzy lata. W czerwcu przedłużył pan kontrakt z klubem…

– Na dwa lata. W tym roku został zaproponowany wyższy kontrakt niż w latach poprzednich. Nawet wyższy od umowy po zdobyciu wicemistrzostwa Polski. To było budujące dla mnie, że trzyletnia praca została doceniona. Dobrze się w klubie czułem. Do tego paru wychowanków udało mi się wypromować wyżej. Kiedy zaczynałem swoją pracę, był u mnie przykładowo Kamil Pestka.

I tylko trzy mecze zadecydowały o tym, że pana nie ma już w Cracovii U-18?

– Po trzecim meczu zaczęła gęstnieć atmosfera. Pracuję już w piłce 20 lat. Dało się odczuć, że coś w powietrzu wisi. Remisem w Poznaniu i wygraną z Escolą odkładałem w czasie decyzję klubu. Podejrzewam, że gdybym zremisował w Szczecinie, to jeszcze byłbym w klubie. Nie wiem, w jakim kierunku to wszystko idzie w Cracovii. Jeżeli bezpośrednio po moim rozwiązaniu kontraktu byłaby zatrudniona nowa osoba na moje miejsce, sugerowałoby to, że już wcześniej były podjęte rozmowy i zapadła decyzja o zmianie na tym stanowisku. Za długo chyba siedzę w piłce seniorskiej i takie zwolnienie po kilku porażkach już mi spowszedniało. Człowiek był zwalniany kilkanaście razy w różnych konfiguracjach. Teraz nie miałem żadnych pretensji, nie płakałem ani nie szarpałem się, bo w naszym zawodzie nie ma miejsca na takie zachowania. Dynamiczne zmiany na stanowisku trenera są wliczone w jego realia. Tak do tego podszedłem.

Co teraz? Trener ma urlop czy rozgląda się za ofertami pracy?

– Cała ta sprawa nie była nagłośniona. Dopiero teraz informacja w środowisku się rozeszła. Na stronie klubowej była krótka notka i tyle. To się nie rozeszło dalej. Może to i dobrze, że od razu nie otrzymywałem multum telefonów z ofertami. Jednak podejmowanie decyzji o pracy na jakimkolwiek szczeblu powinno mieć znamiona progresu, rozwoju i celów sportowych. Jakieś zapytania otrzymuję, ale nic konkretnego. Pewnie z każdym kolejnym dniem będzie tych ofert przybywało.

Jak trener ocenia trzy lata pracy w Cracovii?

– Trudno oceniać siebie samego. Chciałbym, żeby zawodnicy, z którymi pracowałem, dalej się rozwijali. Występowali regularnie w Ekstraklasie czy w gorszym wypadku w pierwszej lidze. Jestem przekonany, że jeszcze kilku z tej grupy, która zdobyła wicemistrzostwo Polski w 2017 roku, będzie stanowić o sile polskiej ligi – Daniel Pik, Sebastian Strózik, Patryk Zaucha, Michał Zięba, Dorian Pituła, Radosław Kruppa, Michał Wiśniewski, Adrian Kajpust, Filip Majchrowicz, czy Robert Ożóg.

Z tego zespołu, który zdobył wicemistrzostwo Polski, już pięciu zawodników zadebiutowało w Ekstraklasie. Sylwester Lusiusz gra regularnie w Cracovii, Radosław Kanach teraz jest w Sandecji Nowy Sącz.

–  Spora jest grupa zawodników, która może jeszcze coś osiągnąć, tj. Radosław Kruppa, wspomniani przed chwilą Patryk Zaucha czy Michał Zięba. Drużyna rezerw rywalizuje teraz w IV lidze i z tego powodu kilku zawodników wróciło z wypożyczeń. Z tego też względu kilku zawodników zostało w klubie, bo mieli oferty z innych wyższych lig. Teraz próbowaliby zaistnieć w drugiej czy trzeciej lidze. Nie mniej jednak wymóg klubu stanął im na przeszkodzie. Bo Cracovia zdecydowała, że oni będą bardziej potrzebni w IV lidze. To też pokazuje liga, gdzie większość meczów wygrywają, a niektóre nawet bardzo wysoko. Wracając do pytania, moją ocenę zawęziłbym do zawodników, którzy grają i będą grali. Przed Cracovią praktycznie osiemnaście lat nie pracowałem z młodzieżą. Zaczynałem w Hutniku Kraków w 1997 roku. Z tej drużyny w piłce osiągnęli coś Michał Pazdan, Piotr Tomasik i Grzegorz Goncerz.

Wróćmy do tego sezonu. Trener wspomniał, że jedną z przyczyn takiego słabego początku ligi było to, że drużyna powstała na nowo.

– Nie będę zwalał winy na to. Jestem ofiarą dziury szkoleniowej. Bo z zespołu, który ledwo utrzymał się w CLJ U-17 nikt teraz nie gra. Śledząc ten skład mamy zawodników, którzy grali w CLJ U-18 – Kafel, Pieńczak i Rakoczy (teraz drużyna seniorska – przyp. red.). To jest kilku ludzi, reszta przyszła z różnych części Polski. Po miesiącu wspólnej pracy i nowych wrażeń zaczęliśmy ligę. Pech jest taki, że graliśmy z zespołami, które są budowane po trzy, cztery lata albo i dłużej. To widać po automatyzmach, pewnych zagraniach, gdzie nam na takie granie potrzeba jeszcze czasu.

Terminarz mieliście nieciekawy na samym starcie ligi. Najpierw Zagłębie Lubin, potem Korona Kielce, Górnik Zabrze, Lech Poznań, Escola, Pogoń Szczecin. To są mocni rywale.

– Teraz nowy trener ma o tyle łatwiej, że nie ma ciężkiego terminarza. Gdy prześledzimy pierwsze sześć czy osiem kolejek to Cracovia grała z samym czubem. Teraz zostaje druga część tabeli i zespoły, które podejrzewam mają podobne problemy do naszych. Bo nie są na tyle zbudowane i zgrane.

Nie graliście do tej pory z żadnym z beniaminków. Z kolei oni mieli największe problemy na samym stracie, z tych samych względów, o których trener mówi w przypadku swojego zespołu. Beniaminkowie grali innym rocznikiem w ligach makroregionalnych.

– Też zaczęli zawodnikami, którzy nie mieli styczności z CLJ. To nie jest przepaść, tylko to są kaniony bez dna, jeśli chodzi o te dwie ligi.

Waszą największą bolączką na starcie sezonu była skuteczność w ataku? Gdy spojrzymy na statystki, mieliście najmniej strzelonych bramek, wraz z Hutnikiem Kraków.

– Przez trzy wcześniejsze lata było tak, że zostawało pięciu do ośmiu zawodników, którzy byli już ograni na poziomie CLJ. Szkielet zespołu był na nich oparty. Byli nauczeni pewnych mechanizmów, dawali podporę nowym zawodnikom i dobrze to wyglądało. Teraz wiele elementów nie współgrało. Jednak my nie przegrywaliśmy meczów po pięć czy po siedem.

Straciliście 13 goli w sześciu meczach. Zestawiając te liczby z innymi defensywami, nie wypadacie najgorzej.

– Jednak mieliśmy problem z defensywą. Zespoły buduje się od linii obrony. Cztery tygodnie to za mało czasu, żeby ta obrona nie ustrzegła się błędów. Do tego dwie kontuzje podstawowych obrońców… Z drugiej strony nie było rasowego napastnika, bo Kacper Grzebieluch borykał się z kontuzją, a Piotr Kłąb wracał po rekonwalescencji. Zabrakło ligowego ogrania i cwaniactwa. Ci zawodnicy dopiero tego się uczyli.

Czy z grupy zawodników, którą trener miał kilka tygodni, jest ktoś z papierami na wyższe granie, pomijając Michała Rakoczego?

– W tym okienku transferowym przyszli do nas zawodnicy dużo lepsi od tych, których mieliśmy w klubie. W tym zespole są zawodnicy w miarę na równym poziomie. Nie ma wyróżniających się piłkarzy. Gdy grał Rakoczy z nami, brał grę na siebie, robił przewagę. Tutaj jest to bardziej bojaźliwe podejście. Nie pokazują do końca swoich umiejętności na boisku. Każdy z nich, jeśli będzie odpowiednio się rozwijał i dopisze mu szczęście, ma szansę grać na najwyższym poziomie w Polsce.

Na naszym portalu ostatnio głośnym tematem stał się poziom Centralnej Ligi Juniorów. Czy trener zgadza się z tą tezą, że ze względu na reformę CLJ ten poziom spadł?

– Patrząc z perspektywy przygotowania zawodnika do gry w pierwszym zespole w każdym klubie. Ta CLJ U-18 jest po to, żeby przygotować piłkarzy do gry na jak najwyższym poziomie. Gracze z rocznika 1999 i 2000, którzy sięgnęli po wicemistrzostwo Polski w kategorii U-19, mają do tej pory problemy, żeby zaistnieć. Radosław Kanach  potrzebował czasu, żeby być podstawowym zawodnikiem w pierwszej lidze. Tak samo Sylwester Lusiusz itd. Widać, że Daniel Pik czy Sebastian Strózik potrzebują czasu. Obniżenie wieku spowodowało, że przejście z juniora do seniora jest jeszcze trudniejsze dla zawodników. Pod względem fizycznym, obciążeń treningowych i mentalnym, bo tu przychodzą chłopcy, a nie dorośli mężczyźni, którzy potrafią udźwignąć presję. PZPN wybroni się tym, żeby kluby miały zespoły rezerw, chociażby w III lidze. Gdyby był taki model, że wszystkie zespoły, które grają w CLJ mają drugą drużynę seniorów przynajmniej w III lidze, to byłoby dobre rozwiązanie. Bo to spowoduje, że ci zawodnicy mają jeszcze rok, dwa, trzy na to, żeby podciągnąć swoje umiejętności. Podejrzewam, że gdyby zmierzyły się ze sobą drużyny U-19 z U-18, zauważylibyśmy namacalne różnice tego poziomu. Rezerwy są przedłużeniem wieku juniora. Bo taki Bartosz Kapustka czy Michał Rakoczy, którzy wchodzą od razu na poziom ekstraklasy, to są pojedyncze przypadki w ciągu paru lat.

A propos Michała Rakoczego.  Spotkałem się z tezą, że najgorszy dla zawodnika jest drugi mecz w lidze, a nie debiut. Ten pierwszy mecz to stan euforii i ekscytacji, zawodnik chce jak najlepiej się pokazać i mu to wychodzi. Jednak kolejne spotkania weryfikują czy zawodnikowi jeszcze czegoś brakuje, czy może już grać na tym poziomie.

– Pierwszy mecz Rakoczego był w jego wykonaniu rewelacyjny. W drugim został zdjęty w przerwie. Czyli sprawdza się to, co pan powiedział. Jednak nie ma innej drogi. Trenerzy muszą umiejętnie wprowadzać tych zawodników. Całe sympozja się odbywają, jak wprowadzać piłkarzy, bo zagrożeń jest naprawdę dużo. W większości klubów CLJ, nie tylko u nas, są zawodnicy z zewnątrz, przenoszą się do nowego miasta bez rodzin. Do tego dochodzi zachłyśniecie się debiutem w Ekstraklasie albo nawet samym znalezieniem się w meczowej osiemnastce. Ten zawodnik dostaje nieporównywalnie duże pieniądze do tego, co miał wcześniej. To jest jedno z podstawowych zagrożeń. Wpadają w euforię, jakby złapali Pana Boga za nogi. To jest długi proces. Piłka poszła niesamowicie do przodu. Wspomina się, że kiedyś wchodzili 16-latkowie do pierwszych składów. Teraz tempo gry i obciążenia nie pozwalają na to, żeby ten młody organizm od razu wszedł na ten poziom. Musiałby to być jakiś mega talent.

Co do Rakoczego, to gdyby przepis o młodzieżowcu pojawił się wcześniej, minut miałby na pewno więcej. Kiedyś, tak dla promocji, był wzięty przez trenera Probierza do pierwszego zespołu i zaliczył kilka minut debiutu w Ekstraklasie (19 maja 2018 roku w meczu z Pogonią – przyp. red.). Trener Probierz dba o to, żeby wprowadzać tych zawodników. Jednak w ostatnich sezonach pierwszy zespół miewał problemy z punktowaniem i nie dziwię się, że nie brał pod uwagę młodego zawodnika. Rakoczy jest na tyle ciekawym zawodnikiem, że będzie dostawał kolejne minuty. Sylwester Lusiusz w tamtym sezonie nie grał ani minuty, a teraz jest podstawowym zawodnikiem.

Można stwierdzić, że gdyby nie było przepisu o młodzieżowcu to dotąd Lusiusz nie grałby w pierwszym składzie?

– Śmiem twierdzić, że tak by było, a na pewno nie grałby w takim wymiarze czasowym.

Reasumując, trener uważa, że CLJ nie spełnia swojej misji, czyli nie przygotowuje zawodników do gry w seniorach?

– Do gry na najwyższym poziomie. Warunkiem gry w CLJ U-18 jest posiadanie zespołu rezerw minimum w III lidze. Bo to jest półzawodowa liga. Tam grają byli zawodowcy. To jest ciekawa i optymalna liga dla tych młodych zawodników. Oni wszyscy powinni przez pół roku czy rok grać na tym poziomie. Nabrać seniorskich nawyków. Gdy nie ma się drużyny na tym poziomie, powstaje dziura między przejściem z juniora do seniora. Obniżenie wieku spowodowało, że droga do pierwszych zespołów się wydłużyła o rok. To powinno być zbilansowane drugą drużyną, a jak tego nie ma, zawodnicy nie rozwijają się tak, jak powinni.

Poziom CLJ jest wyższy czy niższy w pana ocenie?

– Na pewno w tym sezonie poziom jest wyższy niż w pierwszym roku reformy. Na pewno nie jest to natomiast poziom CLJ U-19.

Czy stworzenie zespołu na krótko przed startem sezonu to było najcięższe zadanie trenera w Cracovii? Czy jednak debiutancki sezon w CLJ był trudniejszy?

– Kiedy zaczynałem pracę w Cracovii, miałem 18-letni staż pracy w seniorach. Nie ukrywam, że pierwsze miesiące były trudne. Resztki włosów, które mam, mi wypadały (śmiech). Trzeba się nauczyć piłki młodzieżowej, a ja trochę od niej odwykłem. Pracując w drużynach seniorskich widziałem, jak młodzi zawodnicy wchodzili do pierwszych zespołów. Na tej podstawie mogłem stwierdzić, czego im brakuje. Może sukces trzyletni w Cracovii był taki, że przełożyłem to, czego zawodnikom brakowało, czyli przygotowania mentalnego, fizycznego czy techniczno-taktycznego. Do każdego podchodziłem indywidualnie. Ten rok był nowością, bo nigdy nie tworzyłem drużyny od podstaw. Po czasie nie wiem czy bym teraz się podjął budowania zespołu na nowo, mając cztery, pięć tygodni na przygotowanie. To wydarzenie spowodowało, że zapaliła się u mnie czerwona lampka. Nie ma przelewek w klubach zawodowych…

Nawet w Centralnej Lidze Juniorów nie można być pewnym pozostania na posadzie.

– U nas to jest tak, że drużyna w CLJ jest traktowana przez pana Filipiaka jako drugi zespół, zaraz po drużynie seniorów. Pierwsza drużyna oraz junior starszy mają szansę grać w europejskich pucharach. Na tym zależy właścicielowi klubu, żeby wyjść poza granice kraju. Dlatego to się wiąże z dużym ciśnieniem.

Czyli w klubie są aspiracje na mistrzostwo Polski?

– Trudno zaczynać sezon i mówić, że nie. Paradoksalnie, w tym sezonie, gdy zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, w życie wchodziła reforma CLJ. Aby utrzymać się w lidze, należało zająć miejsce w pierwszej szóstce. To był jedyny sezon, kiedy patrzyło się na kreskę strefy spadkowej. W innych sytuacjach nie patrzy się do tyłu. Robiliśmy zawsze swoje i prędzej czy później przynosiło to efekty.

Pod względem punktów i miejsca w tabeli poprzedni sezon w wykonaniu Cracovii był przyzwoity, bo zajęliście piątą lokatę z czterdziestoma ośmioma oczkami na koncie.

– I on mi zaszkodził. Bo osiągnęliśmy taki wynik potencjalnie gorszym zespołem niż jest obecnie. Gdybyśmy wygrali dwa, trzy mecze, mogliśmy zakręcić się koło trzeciego miejsca. To nie pomogło, bo jakościowo słabszą drużyną zrobiłem wynik. Teraz, piłkarzami wyskautowanymi z całej Polski, powinienem walczyć o najwyższe cele… Jednak warto zaznaczyć, że nie przychodzą do nas najlepsi z Polski, a ci, którzy nie dostali się do tych klubów, do których chcieli. Są to zawodnicy, którzy przeszli przez sito większych polskich akademii.

Pan jako trener poprowadził zespół w ponad stu meczach w CLJ. Odniósł pan 48 zwycięstw, 24 remisy i 28 porażek. Jest to całkiem dobry rezultat.

– Tym bardziej szkoda, że nie dostałem w tym roku większego kredytu zaufania, żeby spróbować z tym zespołem coś pograć. Tę drużynę stać na grę o medale, nawet w tej sytuacji. Martwię się tylko o zmiany, bo przyjechali w nowe miejsce. Następnie zmiana trenera, a potem praca trzy tygodnie z tymczasowym. Dla nich to nie są pozytywne doświadczenia, bo presja rośnie. Pojawia się w tym wszystkim niepewność. Potencjalnie, ten zespół może powalczyć z najlepszymi o najwyższe cele.

Czy trener nadal chce pracować z młodzieżą, czy myśli już o powrocie do piłki seniorskiej?

– Na pewno tęsknię już za seniorami. Bo po tej trzyletniej pracy z juniorami stwierdzam, że jest to duża różnica. Interesują mnie jakieś fajne projekty na poziomie III ligi, bo nie mam jeszcze licencji UEFA PRO, więc wyżej nie mógłbym prowadzić zespołu. Chyba że miałbym trafić jako asystent do ekstraklasy lub pierwszej ligi, wtedy bym to rozważył. Jednak nie mówię nie. Bo nie mam urazu do młodzieżówki. Nasz zawód jest taki, że nigdy nie wiesz, kto zadzwoni i co zaproponuje. Kiedy byłem dwa miesiące bez pracy, bo mnie zwolnili z Sandecji Nowy Sącz, nagle zadzwoniła Cracovia i stwierdziłem: “dobra, spróbuję”. Fajnie to wyglądało, jestem zadowolony. Nie uważam tego czasu za stracony.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. 400mm.pl