Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Łukasz Madej

Chociaż rozegrał w Ekstraklasie prawie czterysta spotkań, mówi że czuje lekki niedosyt, myśląc o swojej piłkarskie karierze. O początkach w ŁKS-ie Łódź, złotym roczniku w dziejach klubu i szkoleniu w Polsce porozmawialiśmy z Łukaszem Madejem.

Ile miał pan lat, gdy poszedł na swój pierwszy trening?

– Byłem wtedy w trzeciej klasie podstawówki i poszedłem na trening do ŁKS-u. Na pierwsze zajęcia zaprowadził mnie ojciec. Moim pierwszym szkoleniowcem był Mirosław Dawidowski, który obecnie pełni funkcję dyrektora Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi.

Kim chciał pan zostać w dzieciństwie?

– Jak każdy mały chłopak – marzyłem o zostaniu piłkarzem. Dlatego też zapisałem się na treningi do ŁKS-u.

Pamięta pan swoje pierwsze korki, piłkę?

– Wtedy były trochę inne czasy. Dostęp do dobrej jakości butów był bardzo ograniczony. Grało się w tych charakterystycznych korkotrampkach. Swojej pierwszej piłki nie pamiętam, wiele ich było.

Rodzice interesowali się sportem?

– Tak, moi rodzice lubili piłkę nożną, szczególnie ojciec. Jeszcze nie potrafiłem dobrze chodzić, a już zabierał mnie na spotkania ŁKS-u. Było naturalne, że też złapię pasję do sportu.

Szkolenie w ŁKS-ie stało wówczas na wysokim poziomie?

– ŁKS miał wtedy jedną z najlepszych szkółek w Polsce. Szkolenie stało na bardzo wysokim poziomie. Z każdego rocznika zawsze ktoś trafiał do pierwszej drużyny, a nasz zespół był wyjątkowy, ponieważ aż sześciu chłopaków zagrało w Ekstraklasie. Jeśli chodzi o takie namacalne sukcesy, to największym z nich było zdobycie mistrzostwa Polski juniorów młodszych. Nasz rocznik był bardzo utalentowany. Mieliśmy przede wszystkim dobrego szkoleniowca, który umiał nas odpowiednio poprowadzić. Nie skłamię, jeśli powiem, że w dziejach ŁKS-u był to wyjątkowy rocznik.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Nie miałem problemów ze zdawaniem z klasy do klasy. Może nie byłem wybitnym uczniem, ale radziłem sobie. Wyjazdy na zgrupowania, młodzieżowe reprezentacje Polski – zajmowały jednak trochę czasu.

Mecz z dzieciństwa, który zapadł panu w pamięć?

– Pamiętam starcie w ramach Pucharu Polski pomiędzy ŁKS-em a Legią. Było to rewanżowe spotkanie, w pierwszym meczu Legia wygrała u siebie 2:0. W rewanżu ŁKS doprowadził do remisu, ale odpadł po rzutach karnych. Do domu wracaliśmy już następnego dnia. Derby ŁKS-u z Widzewem także były zawsze piłkarskim świętem.

Pańscy trenerzy uważali, że jeżeli któryś z ich podopiecznych zrobi karierę, to właśnie Łukasz Madej?

– U trenera Dawidowskiego czułem, że jestem dobry. Myślę, że gdyby nie on, nie udałoby się mi tyle osiągnąć w piłce. Zawsze we mnie wierzył, umiał ze mnie wydobyć to, co najlepsze. W naszej drużynie było wiele indywidualności. Jedni “wystrzelili” trochę wcześniej, inni później. Już od dziecka sprawiałem wrażenie zdolnego zawodnika. Trener Dawidowski dużo mi pomógł. W późniejszych latach być może zabrakło mi osoby, która by we mnie tak wierzyła.

Kto był pana piłkarskim idolem?

– Moim piłkarskim idolem był Tomek Wieszczycki. Był ikoną ŁKS-u, jego wychowankiem.

Pamięta pan swój debiut w Ekstraklasie?

– Było to spotkanie z Odrą Wodzisław. Co ciekawe, tak się fajnie złożyło, że pierwsze podanie, które wykonałem, trafiło właśnie do Tomka Wieszczyckiego.

Jako ŁKS jeździliście na turnieje młodzieżowe?

– Oczywiście. Mieliśmy zdolny rocznik i na różnych turniejach osiągaliśmy wiele sukcesów. Graliśmy w wielu rozgrywkach krajowych, ale byliśmy też we Francji, Włoszech.

Skoro jesteśmy przy turniejach, co pan sądzi o Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Uważam, że każda inicjatywa, która pozwala wyłapywać piłkarskie talenty, jest inicjatywą słuszną. Jeśli dzięki temu Turniejowi, chłopcy i dziewczynki mogą zaprezentować swoje umiejętności, to jestem jak najbardziej za. O to chodzi, żeby “wyławiać” najzdolniejszą młodzież. Mamy utalentowanych dzieciaków, ale uważam, że nie do końca potrafimy ich szkolić. Nie mamy gorszej młodzieży od Czechów, Słowaków czy Chorwatów, a jednak nie potrafimy gdzieś tego poukładać. Później przekłada się to na to, że nie mamy ani wyników w pucharach, ani sukcesów w reprezentacji, chociaż z nią nie jest tak źle. Uważam, że jest problem z tym, że nie potrafimy szkolić młodzieży. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Może trzeba zrobić inny model szkolenia, który będzie bardziej skuteczny od obecnego? To pytanie trzeba kierować do innych osób.

Uważa pan, że gdyby taki Turniej istniał, gdy pan zaczynał swoją piłkarską karierę, to większa liczba zdolnych chłopaków zrobiłaby kariery?

– Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ akurat nasz rocznik w ŁKS-ie był wyjątkowy i taki, gdzie naprawdę wielu zawodników dostało szansę w poważnej piłce. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie ukrywajmy, w dobie internetu jest trochę łatwiej się pokazać. Jest więcej skautów, menedżerów, czego kiedyś nie było. Zawsze powtarzam, gdybyśmy zostali Mistrzami Europy parę lat później, to bylibyśmy warci kilka milionów euro. Najtrudniejszym dla zawodników było przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej. Były trochę inne realia. Jeżeli chłopak miał 19 lat, był dobrze wyszkolony technicznie i próbował robić z tego użytek, to starsi zawodnicy potrafili go szybko sprowadzić na ziemię. To było problemem. Uważam, że młodzieżowa reprezentacja Polski nie powtórzy naszego sukcesu przez wiele, wiele lat.

Z perspektywy czasu jest pan zadowolony ze swojej piłkarskiej kariery czy jednak pozostaje niedosyt?

– Można było osiągnąć zdecydowanie więcej. Czuję duży niedosyt, bo jednak pięć meczów w seniorskiej reprezentacji Polski przy dziesiątkach w młodzieżówce, to mało. Mogło to wszystko inaczej wyglądać. Takie jest życie, to już minęło i nigdy nie wróci.

Po karierze piłkarza trochę się pan odciął od piłki. Skąd pomysł na otworzenie restauracji?

– Tak akurat wyszło. Trzeba było się czymś zająć po karierze, a że nie dostałem ciekawych ofert ze świata piłki, to poszedłem w inny biznes. Miałem zamysł otworzenia agencji menedżerskiej. Gdzieś w głowie kiełkuje pomysł, żeby do piłki wrócić. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Zawsze lubiłem Włochy i ich kuchnię, więc to mnie popchnęło do tego, żeby otworzyć restaurację.

O karierze trenera pan nie myślał?

– Nie, bardziej miałem na myśli przejęcie jakieś funkcji w klubie lub rola eksperta piłkarskiego. Nie dostałem takich propozycji, więc trzeba było odejść od piłki. Jednakże to, czym się aktualnie zajmuję, sprawia mi radość.

Pojawia się pan na meczach ŁKS-u Łódź w Ekstraklasie?

– Nie. Trochę się odciąłem od świata piłki. Nie chodzę na mecze ŁKS-u w Ekstraklasie, ponieważ nie chcę mieć wiele wspólnego z osobami, które są teraz w klubie. Byłem, jestem i będę “ełkaesiakiem”, ale nie widzę sensu, żeby chodzić na spotkania i identyfikować się z tymi ludźmi.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix