Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Łukasz Trałka

Łukasz Trałka do wielkiej piłki trafił z niewielkiego miasteczka w województwie podkarpackim. Przez Ropczyce do Dębicy, następnie Piotrków Trybunalski ostatecznie trafił do Pogoni Szczecin, gdzie zaliczył swój debiut na najwyższym poziomie. Wspominamy piłkarskie początki 7-krotnego reprezentanta Polski.

Urodził się pan w Rzeszowie, ale wychowywał w Ropczycach?

– Tak. Ropczyce to małe miasteczko oddalone o 30 kilometrów od Rzeszowa. Na pierwszy trening poszedłem, gdy byłem w pierwszej klasie podstawówki. Powstał u nas Uczniowski Klub Sportowy i tam zacząłem trenować. Wcześniej graliśmy na boisku od rana do wieczora.

Były warunki do tego?

– W Ropczycach były dwa znane boiska na osiedlach i jak tylko mogliśmy, to graliśmy przez całe dnie.

Betonowe czy trawiaste?

– Kiedyś była trawa, ale jak my graliśmy, to już raczej ziemia.

Pamięta pan swoje pierwsze obuwie piłkarskie?

– Moje pierwsze korki były bodajże firmy “Kronos”, miały taki gumowy szpic, a po bokach było trochę materiału.

Uprawiał pan także inne sporty poza piłką nożną?

– Nie, liczyła się tylko piłka.

Rodzice byli pasjonatami sportu?

– Mój tata grał kiedyś w piłkę, ale bardziej hobbystycznie. W mojej rodzinie nikt zawodowo nie grał w piłkę, ale wszyscy się nią interesowali, oglądali mecze.

W Rzeszowie kibicował pan Resovii czy Stali?

– Ani nie byłem za Resovią, ani za Stalą. Z tego względu, że gdy byłem mniejszy, to jeździłem z tatą na mecze Stali Mielec, która wtedy grała na najwyższym poziomie.

Zapadło panu w pamięć jakieś konkretne spotkanie?

– Pamiętam, że była tam taka pionowa trybuna, a na stadion przychodziło po czterdzieści tysięcy osób. Kojarzy mi się mecz na śniegu z Widzewem Łódź, który wygrali 2:1. W bramce Stali na pewno stał Bogusław Wyparło. Resovia i Stal były wtedy chyba w III lidze i nikt z rodziny nie jeździł na mecze do Rzeszowa. Chodziliśmy na pojedynki Błękitnych Ropczyce, którzy grali w IV lidze, tak jak teraz.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Szczerze? Tak średnio. Podchodziłem do szkoły w ten sposób, żeby nie mieć problemów i przechodzić sobie spokojnie z klasy do klasy, a później zdać maturę. Marzyłem, żeby zawodowo grać w piłkę i moje marzenie się spełniło.

Był jeszcze czas na imprezy, dziewczyny?

– Nie ciągnęło mnie zupełnie w tę stronę, byłem sfokusowany na grę w piłkę.

Ile lat spędził pan w Ropczycach?

– Skończyłem szkołę podstawową i poszedłem do juniorów Igloopolu Dębica. Tam spędziłem trzy lata i później trafiłem już do seniorskiej piłki w Piotrkowie Trybunalskim.

Zanim trafił pan do poważnej piłki, który trener najbardziej ukształtował pana jako piłkarza?

– W Ropczycach takim trenerem był Antoni Hajnas. Był ostrym szkoleniowcem, wymagającym, ale bardzo mile go wspominam – dużo mnie nauczył.

Od początku był pan piłkarzem bardziej ofensywnym?

– Ogólnie do siódmej, ósmej klasy podstawówki byłem jednym z najmniejszych chłopaków w zespole i grałem zazwyczaj w ataku, albo na dziesiątce. To dziwnie zabrzmi, ale byłem technicznym zawodnikiem (śmiech). W Lublinie organizowano taki turniej “Najlepszy technik”, który wygrałem. Później, gdy trochę urosłem, zmienił się trochę mój styl gry, ale wtedy technika była moim atutem.

Kto był pana piłkarskim idolem?

– Wtedy byli nimi Rivaldo i Juan Sebastian Veron.

Na pytanie pana byłych szkoleniowców, który z ich podopiecznych zrobi największą karierę, odpowiadali – Łukasz Trałka?

– Najpierw w UKS-ie, a później w Igloopolu zawsze była grupka czterech, pięciu zdolnych zawodników. Myślę, że kilku z nich miało potencjał do tego, żeby zrobić większą karierę niż ja. Byłem uparty i miałem nieustępliwy charakter, nigdy się nie poddawałem. Zawsze im powtarzałem, że będę kiedyś zawodowo grał w piłkę, trochę się ze mnie śmiali, bo gdzie ktoś z takiej miejscowości może trafić do Ekstraklasy? Pokazało mi to, że dążenie do celu i trochę samozaparcia może naprawdę wiele zdziałać.

Wspominał pan wcześniej o turniejach młodzieżowych. Często braliście w nich udział?

– Jeździliśmy na różne turnieje, na pewno był “Super Goal Cup” i turniej Coca-Coli. Raz, z zespołem z Ropczyc, byliśmy na czwartym miejscu w Polsce w zawodach Coca-Coli, co już było dużym wydarzeniem.

Miał pan może kiedyś okazję oglądać z bliska poczynania dzieciaków na Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Tak. Mój synek rozpoczyna dopiero swoją przygodę z piłką, więc zaczynają się turnieje i staram się podpatrywać, jak sobie radzi. Oby jak najwięcej takich inicjatyw, żeby wyciągać chłopaków z domów na boiska. Rywalizacja uczy charakteru, więc jestem absolutnie za.

Pamięta pan swój debiut w Ekstraklasie?

– Pamiętam. Grałem wtedy w Pogoni Szczecin i mierzyliśmy się z Legią Warszawa. Przegraliśmy u siebie 1:2. Z tego meczu zapamiętałem na pewno Jacka Magierę. Trener wpuścił mnie na ostatnie 20 minut spotkania i gdy pierwszy raz miałem piłkę przy nodze, to miałem kontakt właśnie z Jackiem.

Jest pan nadal czynnym piłkarzem, ale czy jest pan usatysfakcjonowany z tego, co do tej pory udało się osiągnąć?

– Nie lubię jakiś takich podsumowań, oceniania całej kariery, samego siebie. Po prostu żyję tym, co jest dzisiaj, jutro. Myślałem kiedyś, że będę jakoś bardziej to wspominał, ale nie podchodzę w ten sposób, żeby coś oceniać itd. Cieszę się z tego, co jest.

Chciałby pan, żeby pański syn także został piłkarzem?

– Nie, też do tego tak nie podchodzę, wydawało mi się wcześniej, że będę go mocno zachęcał do tego pomysłu, ale wszystko na spokojnie. Starszy syn ma 8 lat, gra w Lechu Poznań, ale trenuje także inne sporty. Młodszy ma dopiero roczek.

Nie boi się pan, że w derbach Poznania będzie kibicował przeciwko tacie?

– Nie, bo nie gramy w tej samej lidze (śmiech).

Za rok – zobaczymy.

– Na razie jest nawet lepiej, niż sobie wcześniej planowaliśmy. Cieszymy się z tego mocno, ale gramy spokojnie. Nie będziemy tak do tego podchodzić. Liczy się to, co teraz, nie wybiegamy tak daleko. Fajna historia by była, gdyby się tak udało.

Chciałem zadać pytanie, jakie ma pan plany na siebie po karierze, ale żyje pan tym, co jest dziś, jutro…

– Nie wybiegam, co będzie za rok, jeśli chodzi o karierę, ale plany oczywiście są. Jestem bliżej końca niż początku swojej przygody z piłką i coś tam planuję. Na razie nie widzę siebie w roli szkoleniowca drużyny. Na pewno jednak zostanę przy piłce.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix