Wywiady

Podręczniki licencyjne do korekty. “W jakim kierunku ma podążać nasza piłka?”

– W jakim kierunku ma podążać nasza piłka? W kierunku dalekiej powszechności czy w kierunku piramidy budowanej z wyraźnym wierzchołkiem, gdzie jakość na górze jest elementem najlepiej widocznym, w której to jakości odnajdują się kluby zawodowe? Może ich powinno być mniej? – zastanawia się Marek Śledź. Trudno w Polsce znaleźć drugiego takiego speca od piłkarskich akademii jak on. Budowniczy poznańskiej fabryki piłkarzy pod szyldem Lecha dziś funkcjonuje w Rakowie Częstochowa i stara się utrzymać w nim równie wysokie standardy pracy, co wcześniej w stolicy Wielkopolski. Z dyrektorem i trenerem głównym akademii Rakowa porozmawialiśmy o współpracy z mniejszymi klubami szkolącymi nieopodal Jasnej Góry, szkoleniowym fundamencie jego poczynań, przepisie o młodzieżowcu, programie certyfikacji PZPN dla szkółek piłkarskich i tym, jak owa certyfikacja mogłaby wyglądać.

Jak ocenia pan program certyfikacji PZPN dla szkółek piłkarskich? Jak pana znam, ma pan listę pomysłów, które mogłyby go usprawnić?

– Należałoby zacząć od tego, że trzeba uznać wysoką wartość samego pomysłu certyfikowania. Certyfikacja obowiązuje we wszystkich cywilizowanych sportowo nacjach, więc i u nas powinna doświadczyć swojego miejsca. Czy ona jest poprowadzona dziś dobrze, czy źle? Mam pewnie za mało wiedzy, by w radykalny sposób spróbować ją weryfikować i oceniać. Nie jestem bezpośrednio zaangażowany w projekt. Jako jedna z akademii wczytaliśmy się w wymogi projektu i jesteśmy w nim, ale nie mam wglądu w całą etiologię jego powstania. Zamysł – super.

A z czym najbardziej się pan nie zgadza?

– W pierwszej wersji certyfikacja dotykać miała przede wszystkim ośrodków szkoleniowych, które są ośrodkami małymi. Które mają trudny dostęp do wiedzy, dla których standaryzacja pracy mogłaby być nośnikiem podniesienia się na wyższy poziom. W momencie, gdy pojawiła się informacja, że w projekcie będą pieniądze, okazało się, że zaczęły w nim udział brać zawodowe ośrodki szkoleniowe. To trochę mi się kłóci. Model certyfikacji, który został zaproponowany, pozostawiłbym jednak dla tych małych ośrodków. Po Narodowym Modelu Gry PZPN to byłby kolejny krok, który usprawniłby funkcjonowanie, a przynajmniej ułatwiłby je tym, którzy chcieliby z tego skorzystać. Projekt proponuje pewne rozwiązania, a każdy, kto chce w nim uczestniczyć, musi pewne standardy spełniać.

Czyli podzieliłby pan certyfikację?

– Gdyby to ode mnie zależało, tak. Podzieliłbym na część, która dotyka klubów niezawodowych oraz klubów zawodowych. Wzorce obu standaryzacji byłyby znamienicie inne.

Ale jak oddzielić kluby zawodowe od niezawodowych?

– Ten podział jest prosty, bo dotyka współzawodnictwa. Jeżeli mówimy o współzawodnictwie pod agendą federacji, można uznać je za zawodowe. Jeżeli dziś II liga jest uznana za zawodową, kluby ekstraklasowe, pierwszoligowe i drugoligowe objęte powinny być zupełnie innymi wymogami certyfikacyjnymi niż kluby, które są poniżej. Które wielokrotnie nie posiadają drużyn seniorskich, które są wyłącznie klubami młodzieżowymi, np. UKS-ami.

Zdaje pan sobie sprawę, że nawet w I lidze większość klubowych akademii nie tylko nie wygląda profesjonalnie, ale jest wręcz żartem z jakiejkolwiek standaryzacji pracy z młodzieżą… Z drugiej strony Escola, FASE czy AP Reissa – chyba są przed wieloma podmiotami, które na szczeblu centralnym posiadają swoich przedstawicieli.

– Nie mam patentu na mądrość. Projekty komercyjne nacechowane są zupełnie innymi wymaganiami, które same produkują. Znów nie mam na tyle wiedzy o wskazanych akademiach, by je oceniać. Nie wiem jakie cele, idee przyświecają ich twórcom. Czy idea ekonomiczna jest ważniejsza od tej szkoleniowej? Czy mimo wszystko szkoleniowa jest ponad ekonomiczną? Nie mnie to dzielić i oceniać. Ale z pewnością jest tak, że w wielu komercyjnych projektach organizacja szkolenia stoi na zdecydowanie wyższym poziomie aniżeli w klubach, które zwą się zawodowymi. Może zmienione powinny w takim przypadku zostać podręczniki licencyjne pozwalające klubom NIBY zawodowym brać udział w centralnym współzawodnictwie? W jakim kierunku ma podążać nasza piłka? W kierunku dalekiej powszechności, która w ogóle nie wyklucza wyjątkowo wysokiej jakości, czy w kierunku piramidy budowanej z wyraźnym wierzchołkiem, gdzie jakość na górze jest elementem najlepiej widocznym, w której to jakości odnajdują się kluby zawodowe? Może ich powinno być mniej? Może mówiąc o klubach zawodowych na poziomie II ligi zrobiłem błąd, bo tak nazywać należy tylko, i to niektóre, kluby w Ekstraklasie?

Obostrzenia nigdy nie spotykają się z pozytywną reakcją tych, którzy muszą się do nich dostosować.

– Działania licencyjne byłyby dla Federacji i samej Ekstraklasy niepopularne. Ale powiem tak: kto ma o tym zadecydować? Ci sami ludzie, którzy zarządzają klubami, są w tych samych strukturach decyzyjnych. Oni sami w kolano strzelać sobie nie będą. I nie wprowadzą standardów, które będą w nich samych uderzały. Tak więc standardy powinny wynikać z merytoryki, a nie z polityki i być radykalne. W klubach zawodowych przede wszystkim powinny dotykać strony organizacyjnej, a nie dotykać wartości szkoleniowej.

Football fiction: trener Śledź zostaje zaproszony do poprawienia podręczników licencyjnych o obszar akademii. Jakie punkty dopisuje pan do realizacji klubom Ekstraklasy?

– Wróciłbym do porównania, którego używam wielokrotnie, we wszystkich wystąpieniach i publikacjach, które przyświeca mi też w mojej pracy. Mój stół ma cztery nogi i te nogi znalazłyby się w podręcznikach. Zacząłbym ewidentnie od wymagań infrastrukturalnych. Postawiłbym niesłychanie wysokie wymagania infrastrukturalne, bez możliwości omijania ich. Bez podpisywania jakiś umów, bez własności miejskiej. Nie! Klub ma mieć swój obiekt. Akademia ma mieć swój obiekt, a na nim pięć, osiem czy dziesięć boisk, utrzymywanych w należytym stanie. Ma mieć X boisk sztucznych, X boisk naturalnych, X natrysków, X toalet. Jasno sprecyzowany system, w który trzeba zainwestować. Mówiąc X nie myślę o jednym czy dwóch, a takiej liczbie, by dawała ona pełną możliwość realizacji procesu szkolenia i prawidłowego funkcjonowania socjalnego. Np. szatnia z zapleczem sanitarnym dla jednej grupy szkoleniowej, a nie kontener bez wody dla pięciu.

Narzekania byłyby podobne do tych, które dotyczyły stadionów. Dziś jednak mamy jedne z piękniejszych obiektów w skali Europy.

– Jeżeli ktoś chce grać, musi to zrobić. Co wiąże się z kolejnymi przepisami, które można by wprowadzić. „Ratunkiem” dla młodzieży dziś miał być przepis o młodzieżowcu. To jest przepis nie dla szkolenia. To przepis dla agentów. Gdyby ten sam przepis sprowokowano do jednej tylko zmiany – owszem, młodzieżowiec, ale wychowanek, który w klubie jest co najmniej trzy lata – okazałoby się, że by jeden grał, trzeba mieć w zespole pięciu. Czyli – trzeba szkolić. Nie kupujemy Słowaka, Serba, Holendra czy Portugalczyka, tylko kładziemy olbrzymie pieniądze na szkolenie, każdego roku. Na warunki szkoleniowe, na kolejną nogę, pod tytułem „kadra szkoleniowa”. By w klubie funkcjonowała kadra szkoleniowa, optymalna, z trenerami szkolenia specjalistycznego, fizjoterapeutami, dietetykami i innymi niezbędnymi do pracy w jakości.

Jakiś czas temu w swoim felietonie napisałem, że w podręczniku licencyjnym zaznaczyłbym minimalne pensje trenerów w akademii. Niektórzy komentujący uznali, że „odpłynąłem”. To realne pana zdaniem czy faktycznie odpłynąłem?

– Dlaczego? Walczy pan w swojej wypowiedzi o ukonstytuowanie zawodu trenera, który jest zawodem będącym podstawą piramidy szkoleniowej. Jak mamy lepiej szkolić, jeżeli trener nie jest obudowany stabilnością swojej pracy? Nie chodzi o parasol ochronny do nieróbstwa, ale stabilność związaną z uszanowaniem zawodu, który popełnia. Zawód ten mówi o wyjątkowej odpowiedzialności. Nosi w sobie konieczność posiadania wiedzy wielopłaszczyznowej, wielodziedzinowej. Nie jest się tylko trenerem – jest się pedagogiem, wychowawcą, substytutem rodzica. Często czyni się wiele innych działań, które towarzyszą procesowi rozwoju dziecka. Nie jest tak, że można być trenerem, który przyjdzie 15 minut przed treningiem na półtorej godziny zajęć treningowych poprowadzi je i 15 minut po już jest w samochodzie do domu lub innej pracy. To oszustwo wobec tych dzieci, które przychodzą na trening, by spełnić swoje marzenia.

Taki przepis spowodowałby też, że powstaną miejsca pracy, które są gratyfikowane na należytym poziomie.

– Ludzie mają tragiczne wyobrażenie. Tragicznie niesprawiedliwe. Wydaje im się, że trener otrzymuje wynagrodzenie za trening, który poprowadził. Był pan u nas w akademii. Trener pod moją jurysdykcją półtorej godziny to w ciągu dnia ma może wolne. Bo ma tyle obowiązków! Jeżeli ja unifikuję tak mocno wartości szkoleniowe i staram się je podnieść do najwyższego wymiaru szkoleniowego w tej oto technologii, to by przygotować jeden środek treningowy do zajęć (a w jednej jednostce treningowej tych środków jest nie mniej niż 7-8), należy rozpatrzyć go w iluś aspektach. A konkretnie w dziesięciu. Przygotowanie jednostki treningowej dla dobrego trenera to nie jest pół godziny, tylko czasem dwie i pół. Zebranie wiadomości, dopasowanie ilości zawodników, przestrzeni, zastosowanie wskazań motorycznych, wskazań techniczno-taktycznych. To nie jest rzecz prosta. Trener ma co robić. A jeśli pracuje jeszcze w zawodowym ośrodku, w którym trenuje dwufazowo – rano i wieczorem? A jeśli musi poświęcić jeszcze czas zawodnikowi? Sprawdzić czy odrobił lekcje na następny dzień? Podejść do bursy? Sprawdzić oceny? A jeżeli ma w zespole kogoś chorego, którego rodzic mieszka 300 kilometrów od klubu? On jest odpowiedzialny za swoją pracę w zdecydowanie większym zakresie niż wyłącznie treningowym. Łączenie takiej pracy z innymi nie jest po prostu możliwe.

Trzecią nogą w pana stole jest organizacja.

– Zdecydowanie.

Jakich norm oczekiwałby pan w takiej certyfikacji dla klubów zawodowych?

– Myślę, że wszystkie normy związane z organizacją szkolenia: systemy planowania pracy szkoleniowej, systemy wspomagające: transport, żywienie, suplementacja, opieka medyczna, magazyn sprzętu, pralnia i inne. Systemy związane z elementami finansowymi, planowanie i kontrola budżetu, korelacja działań szkoleniowych z działaniami socjalnymi czy szkolnymi. Wszystkie te parametry można by spróbować wystandaryzować. Spróbować, bo ja nie twierdzę, że mam patent na mądrość i moje wzorce są jedyne i niepowtarzalne. Nie, pewnie wiele osób spojrzałoby na problem inaczej i budowało swoje ośrodki inaczej. Taka „inność” jednak byłaby dużym zwycięstwem. Ale inność przemyślana, wprowadzona w konkretne obszary, dające gwarancje długofalowości projektu. Szkolenie dzieci i młodzieży nie trwa rok. Stabilność projektu to podstawa, właściciel klubu piłkarskiego musi wiedzieć, że w akademię będzie inwestował przez dziesiątki lat.

Mówi pan o czterech nogach, ale wcześniej zaznaczył, by w procesie certyfikacji klubów zawodowych nie ruszać ich wartości szkoleniowej, czyli nogi czwartej.

– Dlaczego? Bo większość klubów ma charakter prywatny. To spółki, a wartość intelektualna obowiązująca w spółce powinna być wartością intymną. To jak my szkolimy to nasz pomysł na szkolenie. To właściciel klubu wykłada pieniądze na to, by szkolić według koncepcji, która jemu przynieść ma konkretny efekt. Na tym poziomie unifikować warto byłoby niektóre elementy organizacji szkolenia, ale wartości programowej nie dotykałbym. Pozwoliłbym każdemu klubowi pracować według koncepcji, która jest dla niego odpowiednia. Każdy powinien mieć prawo budowania własnego modelu gry. Dzięki temu powstałaby pewna różnorodność, która dopiero wtedy doprowadzałaby do fenomenu piłkarskiego.

Pokrótce opowiedział pan, jak widziałby certyfikację najlepszych polskich akademię, a co z pozostałymi? Program Związku zostawiłby pan do tych szkółek z poziomu grassroots?

– Bezwzględnie.

Co usprawniłby pan w tym programie?

– To, co jest przygotowane na dziś, jest dobrze przygotowanym materiałem. To materiał przemyślany, ale moim zdaniem nietrafiony jest w kontekście klubów wysokokwalifikowanych. Wszystko mogę odnosić do swojej pracy i osoby. Ja nie mam wątpliwości co do wartości pracy, którą realizuję. Mam jednak potężną uciążliwość przez warunki, w których muszę ją realizować. Jest wiele osób, które na moim miejscu doświadcza tego samego problemu. Oni mają pomysł na szkolenie, są zaangażowani, przekonani o wartości szkoleniowej, ale stają za chwilę pod ścianą bo nie mają boiska. Ktoś go nie odśnieżył, nie oświetlił, ktoś inny na nie wszedł, np. I zespół . Tu brakuje pieniędzy i nie zapłacone są faktury, tam trener pracuje na czterech etatach i na zajęcia wpada na ostatnie 15 minut… Tam rodzice zrzucili się na piłki, by było czym trenować. Trzeba mieć siłę i charakter by powiedzieć temu „NIE”. Dlatego w takim programie potrzebne są bezwarunkowe standardy określające warunki pracy szkoleniowej. Nie mówię o rozpasaniu ekonomicznym, ale o godnym popełnianiu szkoleniowych wyzwań. Tak jak każdy inny pracownik, który do swego zawodu przygotowywał się latami i posiada duże wyposażenie intelektualne. Musiał skończyć wiele etapów edukacji, by zostać trenerem i wcale nie najważniejszym jest jego pensja, ale warunki w jakich realizuje szkolenie.

Pan ustandaryzował swój program – klubów partnerskich. Wziął pan przykład z brytyjskiego programu certyfikacji „Standard”. Skąd ta inspiracja?

– Źle by się stało, gdybyśmy porównywali program Standard obowiązujący w strukturach futbolu angielskiego z tym, co obowiązuje kluby partnerskie Rakowa. Inspiracją dla mnie była sama standaryzacja. Stworzenie norm i zasad, które będą transparentnie obowiązywały wszystkich odbiorców. W Anglii, choć wczytywałem się w to dobrych kilka lat temu, niezawodowe kluby podlegają finansowaniu przez trzy instytucje, których zadaniem jest dbać o upowszechnianie piłki nożnej. Były to angielska federacja, ministerstwo sportu i bodajże liga zawodowa. To one „składały się” i przekazywały co roku niemałe środki finansowe, by wystandaryzować pracę w tych klubach. Byłem w takim rodzinnym klubie, gdzie na środku dużego areału był parterowy budynek socjalny połączony z mieszkaniem. A w nim żyło małżeństwo z dwójką, prawie dorosłych, dzieci. I oni pracowali przy pięciu grupach dziecięcych, a seniorzy rywalizowali na poziomie amatorskim. Przychodzili z tej małej mieścinki pograć sobie w piłkę, bo lubili. Wszystko było tam jednak przejrzyste. Wszystko było tam oceniane: ilość i jakość boisk, szatni, grup szkoleniowych, stabilność finansowa, regularność zobowiązań. Ale komisje, które weryfikowały takie kluby, składały się z ludzi często niezwiązanych z piłką nożną. Na polskie warunki mogli by to być np. przedstawiciel ZUS-u czy Urzędu Skarbowego, albo Urzędu Marszałkowskiego. Urzędnicy przychodzili, sprawdzali dokumenty. Zapłacone? Zapłacone. Zrobione? Zrobione. Boiska? Tyle. Wymiar szatni? Taki. Pomierzone, sprawdzone – ok, dostajecie pieniądze. Z tego co pamiętam, ta rodzina utrzymywała się z programu Standard. Ten klubik był jednak dopieszczony pod każdym względem. Tam nie było gdzie znaleźć papierka. Trochę się na tej wymierności i transparentności wzorowałem.

Jakie różnice widzi pan względem naszej certyfikacji?

– Myślę, że choćby ocena, która musiała być bardzo wymierna. Taka, która nie pozostawiała złudzeń. Jeżeli ktoś określi, że szatnia musi mieć 20 metrów kwadratowych, to nie da się nagle powiedzieć, gdy ona ma 18 metrów, że też jest dobrze… Musi mieć 20 i trzeba zbudować tak, by miała 20. I to jest zamknięty temat. Ktoś, kto przyjeżdża i mierzy, nie przykłada innej linijki, która ma inny centymetr. Tyle ma mieć, tyle jest. Nie ma? To nie dostajecie pieniędzy. W tę ideologię bardziej bym uderzył. Ona wymusiłaby na wszystkich potężne inwestycje i pieniądze nagle musiałyby zostać przeniesione z korytarza, który dotyka seniorów, na korytarz młodzieżowy. Możliwe, że przez ileś lat nasza klubowa piłka seniorska nie byłaby nośnikiem taki wielkich wartości, ale i tak dzisiaj nie jest. Może udałoby się sprowokować sytuację, gdy doczekalibyśmy się tego, co zrobiono przed laty w Belgii, Szwajcarii. Te projekty też kiedyś zostały tam zapoczątkowane. Ktoś wpadł na pomysł – zróbmy to i od dzisiaj róbmy to bardzo dobrze. Poczekajmy na efekty 10-12 lat.

Uczestnicy waszego programu klubów filialnych też mogą na nim zarobić.

– Zarabiają wciąż. Wartość intelektualna, którą przekazujemy jest wartością najwyższą. Zbieramy bardzo pozytywny oddźwięk od klubów, które z nami współpracują.

Ile jest tych klubów?

– Dziewięć, ale dziesiąty z Mazowsza aplikuje.

Na czym polega zatem ten program?

– Program klubów filialnych Akademii Rakowa zawiera wymogi, które muszą spełnić kluby i zobowiązania, które spełnić musi klub wiodący. Czyli my. Jeżeli dany klub spełnia odpowiednią ilość wymagań, a one opisane są z podziałem na etapy, otrzymuje gwiazdki. Gwiazdek jest pięć i przypisywane są one na sezon. Przynoszą one konkretną korzyść ekonomiczną. Jeżeli w kolejnym sezonie klub nie spełnia standardów – traci gwiazdkę. Pieniądze, o których pan wspomniał, rozpoczynają się od trzeciej gwiazdki. Grant finansowy wynika z umowy, którą podpisaliśmy i z tego, że wymogi, na których nam zależy, zostały spełnione.

Jakie to są kwoty?

– Dziś to nie są wielkie kwoty. Trzecia gwiazdka to 5 tysięcy złotych, piąta – 20 tysięcy złotych.

I przelewy wychodzą z klubowego konta Rakowa?

– Tak, ja ująłem to budżecie, na który zgodził się właściciel klubu. Projekt klubów filialnych jest dla nas projektem kosztownym, bo by dobrze funkcjonował zatrudniona jest osoba koordynująca go. Pan trener Dawid Krzętowski to ważna we współczesnej historii Rakowa i merytorycznie dobrze przygotowana osoba, która jeździ do klubów, hospituje zajęcia, wspiera działania szkoleniowe trenerów i działania organizacyjne władz danego klubu.

Jak często się tam pojawia?

– Regularnie i zgodnie z przyjętym planem. Pracuje cały miesiąc jeżdżąc po tych klubach, uczestniczy też i organizuje warsztaty szkoleniowe, które my organizujemy dla tych klubów. W pierwszym okresie spotykaliśmy się dwa razy w miesiącu, w drugim półroczu raz w miesiącu. Po dość istotnej teorii, teraz większość działań przenosimy na warsztaty praktyczne.

Czyli regularnie trzeba przyjeżdżać na szkolenia do Częstochowy?

– Tak, ale częściej to my jeździmy do klubów filialnych, ale raz w miesiącu one też przyjeżdżają do nas.

Kto może zostać waszym klubem filialnym?

– Każdy. Nie mamy sita, to często małe kluby. Dla nich wartość podpisania umowy jest na tyle duża, że nagle pojawia się w nich ileś dzieci więcej. Mamy kluby z województwa śląskiego, ale też kluby z województwa podkarpackiego, wielkopolskiego czy łódzkiego. Teraz aplikuje nawet klub z Mazowsza.

Co one muszą zrealizować?

– Ten dokument, podręcznik projektu klubów filialnych, zawiera nasze wytyczne, które każdy, kto chce być naszym partnerem otrzymuje. Klub analizuje program, zastanawia się czy jest w stanie spełnić jakiekolwiek wymagania (bo jeśli nie jest w stanie spełnić nawet jednej gwiazdki, to nasze partnerstwo będzie znikomym darem). Wymagamy odpowiedniej ilości grup szkoleniowych, odpowiedniej ilości trenerów, trenerów z konkretnymi kwalifikacjami, w konsekwencji odpowiedniej ilości zawodników, które klub przekaże nam, jako klubowi wiodącemu – odpłatnie lub nieodpłatnie – w zależności od wartości, jakie zapiszemy sobie w umowach. Klub ma także obowiązek stworzenia warunków, by zawodnicy wyróżniający się przyjechali do nas na testy. Oczywiście my też mamy swoje zobowiązania. Pomagamy im w działalności szkoleniowej, dajemy know-how szkoleniowe, wspieramy działania organizacyjne. Jeżeli istnieje kontakt z Urzędem Gminy czy Urzędem Miasta, to jesteśmy na tych spotkaniach. Dajemy gwarant odpowiedzialności szkoleniowej, uczestniczymy w imprezach integracyjnych, promujących dany klub w środowisku. Piłkarze i władze tych klubów są gośćmi na meczach ekstraklasy, dzieci stanowią często piłkarską eskortę. Po prostu są z nami.

Technologię szkoleniową i pracę w oparciu o periodyzację taktyczną kluby filialne Rakowa też muszą zaakceptować?

– Nie. Mogą pracować w swoich technologiach, ale my dajemy im możliwość, by przygotowali się do pracy w naszej technologii. Jeżeli chcą skorzystać – proszę bardzo. Jeżeli chcą wyjąć jej fragmenty – też jest taka możliwość. Natomiast jeśli chcą otrzymać gwiazdkę piątką, muszą pracować w naszej technologii.

Kiedy program wystartował?

– Półtora roku temu.

Rozdaliście już jakieś gwiazdki, dotacje?

– Tak, RAP Radomsko otrzymał trzecią gwiazdkę, więc otrzymał też pierwsze środki, na które zapracował i zasłużył. Znicz Kłobuck otrzymał także pierwszą gwiazdkę.

Nie boi się pan udostępniać szczegółów programu, nad którym pan tyle pracował i który jest pańskim autorskim pomysłem?

– To mój autorski pomysł, ale chciałem tym projektem powalczyć trochę z przypadłością, która towarzyszy wielu ośrodkom szkoleniowym. Kiedy pracowałem w zawodowych klubach, zderzałem się z tym. Każdy chciałby być klubem wiodącym i mieć wokół siebie kluby filialne czy patronackie. Ale najczęściej opierało się to na tym, że wiodący mówił „ja jestem duży, oddajcie mi wszystkich najlepszych”. A co my za to dostaniemy? A nic! Parafrazując swoje nazwisko, działając w ten sposób czułbym się jak rekin, który, mówiąc wulgarnie, wpieprza cały plankton i za chwilę umrze z głodu. To niemoralne i nieetyczne. Każdy silny powinien zadbać o tych wokół niego. O tych słabszych. Tworząc projekt miałem też na celu poprawę postrzegania Akademii Rakowa, byśmy nie byli postrzegani jako złoczyńca, który zabiera wszystkich, tylko jest transparentnym partnerem. To nie jest proceder grabieżczy, tylko partnerski. Próbuję budować partnerstwo i poszanowanie. Moim ideałem jest, by w tych klubach panowała taka myśl, że oddać zawodnika do Akademii Rakowa to honor.

A co, jeśli co rok będziecie wydawać środki klubu i postrzegać was będą może i inaczej, ale spore inwestycje zostaną poniesione bez wymiernych efektów?

– Nie obawiam się tego. Jeżeli osiągniemy poziom, do którego dążę, wartość jednego zawodnika, który z takiego projektu do nas trafi i zostanie piłkarzem wysokokwalifikowanym, zwróci wszystkie koszty poniesione na wszystkie kluby filialne przez kilka lat.

ROZMAWIAŁ PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Fot. FotoPyK, Raków Częstochowa