Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Adrian Błąd

Nie jest to typowe dla piłkarzy, ale Adrian Błąd po zakończeniu swojej przygody z piłką chciałby pracować w roli… skauta. Z zawodnikiem GKS-u Katowice powspominaliśmy jego piłkarskie dzieciństwo. 

W jakim wieku rozpoczął pan swoją przygodę z piłką?

– Gdy byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej. W Zagłębiu Lubin była klasa o profilu piłka nożna, rodzice mnie do niej zapisali i tak się to wszystko zaczęło.

Wcześniej nie trenował pan w żadnym innym klubie?

– Nie, całą swoją karierę juniorską spędziłem w Zagłębiu.

Teraz w Lubinie mogą się pochwalić infrastrukturą na najwyższym poziomie. Jak to wyglądało, gdy był pan dzieckiem?

– Kiedyś nie było całej bazy, boisk, więc wyglądało to troszkę inaczej niż ma to miejsce dzisiaj. Miałem “okazję” trenować na krzywych i nawet betonowych boiskach albo żwirze, który znajdował się wokół stadionu. Gdzieś to na pewno ukształtowało człowieka, teraz wszystko jest ładnie podane na tacy.

Od początku trenerzy ustawiali pan w ataku?

– Raczej tak. Przez chwilę występowałem też na boku obrony, ale to już w piłce seniorskiej.

Warunki fizyczne (Adrian Błąd ma 165 cm wzrostu – dop. red.) przeszkadzały panu w dzieciństwie?

– Szczerze? Nie. Nie było z tym źle.

Chodził pan na mecze Zagłębie jako kibic?

– Jasne, że tak. Na pewno miłym wspomnieniem było zdobycie mistrzostwa Polski przez “Miedziowych” w sezonie 2006/2007. Byliśmy wtedy z kolegami na Łazienkowskiej w ostatniej kolejce.

Kto był pana idolem z boiska?

– Wayne Rooney.

Czyli był pan kibicem Manchesteru United?

– Tak.

Miał pan szczęście trafić na dobre czasy. Teraz nie jest łatwo być fanem “Czerwonych Diabłów”.

– No teraz średnio. Co zrobić, nie zawsze jest dobrze (śmiech).

Jakie miał pan marzenie związane z piłką nożną?

– W dzieciństwie jak każdy lubinianin, chciałem reprezentować barwy Zagłębia. To marzenie się spełniło. Następnym była gra w kadrze, ale to się już nie udało.

Uprawiał pan także inne dyscypliny sportowe?

– Raczej nie. Wszystko wiązało się z piłką nożną.

Rodzice byli pasjonatami sportu?

– Tak. Ojciec grał w piłkę w niższych ligach. Gdzieś tam zaszczepił to wszystko we mnie.

Pamięta pan swoje pierwsze korki, piłkę?

– Ojej, to było tak dawno. Zawsze babcia mi wspomina, że na mój roczek cała rodzica kupowała jakieś rzeczy dla dzieci, a mój tata od razu dał mi skórzaną piłkę. Chyba coś przeczuwał (śmiech).

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Powiem, że nie.

Z pewnością grając w Zagłębiu, braliście udział w różnych turniejach młodzieżowych, ale zdarzało się już wam wtedy wyjeżdżać za granicę?

– Tak. Jako klasa sportowa braliśmy udział w wielu turniejach. Jeździliśmy do Austrii czy Czech. Osiągaliśmy dobre rezultaty, wielokrotnie zwyciężaliśmy czy stawaliśmy na podium, więc myślę, że ten poziom nie był tak odczuwalny, jak jest dzisiaj.

Miał pan kiedyś okazję osobiście oglądać rozgrywki Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Oczywiście, finały ogólnopolskie rozgrywane są na Stadionie Narodowym, więc obserwowałem te rozgrywki przed finałami Pucharu Polski. Miałem możliwość oglądać poczynania tych małych zawodników i zawodniczek. Kiedyś takich turniejów nie było, dzieci mają dzisiaj więcej okazji, żeby zaprezentować swoje umiejętności. Jest to duże przedsięwzięcie. Sam niestety nie miałem okazji zagrać w tym Turnieju.

Wyróżniał się pan na tle swoich rówieśników?

– Tak naprawdę, to ciężko mi powiedzieć. Było wielu chłopaków, którzy mieli większe możliwości, perspektywy, ale nie udało im się później spełnić pokładanych w nich nadziei.

Któremu trenerowi z okresu piłki młodzieżowej zawdzięcza pan najwięcej?

– Od czwartej klasy podstawówki aż do juniorów starszych prowadził mnie praktycznie jeden trener – Janusz Stańczyk. Myślę, że od niego się najwięcej nauczyłem. Nie tylko jako piłkarz, ale też człowiek.

Ciężko było panu wejść do seniorskiej piłki?

– Każdemu młodemu chłopakowi nie jest łatwo. Na szczęście w Zagłębiu trafiłem na fajnych ludzi, którzy pomagali młodszym zawodnikom np. Aleksander Ptak czy Michał Stasiak, ówczesny kapitan drużyny.

Pamięta pan swój debiut w Ekstraklasie?

– Tak, przegraliśmy wówczas u siebie 1:2 z Ruchem Chorzów. Było to za trenera Andrzeja Lesiaka.

Jakie rady przekazałby pan młodym zawodnikom, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z piłką? Co z perspektywy czasu było kluczowe, że udało się panu wskoczyć na najwyższy poziom ligowy w Polsce?

– Na pewno upartość w dążeniu do swoich celów. Ważne jest, żeby się nie poddawać, gdy coś nie wychodzi. Wiele osób się poddaje i w tym momencie sami siebie skreślają. W piłce pół roku jest jak kilka lat w normalnym życiu, więc wszystko może się diametralnie zmienić. Dopóki ma się dwie zdrowe nogi, to nie warto się poddawać.

Nie zadebiutował pan nigdy w pierwszej reprezentacji Polski, ale ma pan epizod w młodzieżówce.

– Zgadza się. Kilka razy udało się dostać powołanie do reprezentacji U-20 i U-21. Zawsze mogę powiedzieć, że z orzełkiem na piersi zagrałem.

Ma pan już plany, czym się będzie zajmował po karierze?

– Gdzieś tam pomalutku o tym myślę. Nie jest to dzisiaj bardzo modne, ale chciałbym pracować jako skaut piłkarski.

Dlaczego akurat jako skaut?

– Nie wiem czy mogę to tak określić, bo dopiero zaczynam się w to wszystko wdrażać, ale myślę, że mam smykałkę do tego, że potrafię przekazać celne uwagi chłopakom, którzy dopiero wchodzą do seniorskiej piłki. Mam nadzieję, że w tym aspekcie będę się dalej rozwijał.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix