Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

Cykl moich felietonów spowodował, że otrzymuję od was sporo maili odnoszących się do nich. I super! To znaczy, że ktoś te teksty czyta. To znaczy też, że są potrzebne. A dla autora – nie ma chyba niczego lepszego.

Pytacie mnie często o to, w jaką stronę pójść. Co zrobić w danej sytuacji? Opisujecie to, co dzieje się w waszej szkółce czy akademii. I pytacie, czy zgodziłbym się na to, czy może lepiej wybrać inną drogę? Bo spotykam ludzi, dzięki którym mam doświadczenie i wiedzę, jak to szkolenie wygląda.

Ale ja tak naprawdę nie mam pojęcia, co powinniście zrobić.

Nie mam na celu zniechęcić was do pisania tych wiadomości, bo oczywiście, jeśli mogę komuś pomóc, kogoś naprowadzić – chętnie to zrobię.

Ale jednej recepty naprawdę nie ma. Sytuacje każdego z was są skrajnie różne. Każda ma dodatkowo swój kontekst. A ja sam jako trener pracowałem zdecydowanie za krótko i w niezbyt wielu miejscach, by radzić często wam, bardziej doświadczonym w tej materii.

Jednak co się w moich odpowiedziach powtarza i powiela, a do czego mam stuprocentowe przekonanie, to fakt, że żeby być dobrym trenerem, nie można być na czyjejś “smyczy”. Nie znam trenera, który byłby dobry, a który z tej smyczy uprzednio się nie zerwał.

Zawsze w swoim życiu dążyłem do tego, by “stać na kilku nogach”. W tej tematyce w internecie znaleźć można wiele książek i porad (najczęściej dotyczących biznesu).

A kilka nóg, to brak smyczy. Kilka nóg powoduje, że nie jesteście w pełni zależni od jednej firmy czy osoby. Od jednej szkółki czy akademii. Od jednego koordynatora czy dyrektora.

Ale w dzisiejszym świecie tylko procent ludzi stoi na kilku nogach. Bo tak jest wygodniej. Bo kilka nóg to model niestandardowy i niecodzienny. Bo kilka źródeł uzyskiwania dochodu, w teorii zamyka wiele furtek. Bo wielu pracodawców chce was mieć na wyłączność. Na pełen etat. A przecież dodatkowe źródło dochodu, to dodatkowa praca. A dodatkowa praca? To już przegięcie. Z tym się już nie wyrobicie.

Zawsze sam dozowałem sobie, ile czasu poświęcam na pracę. Pewnie, pomaga to, że jestem aktywny i zazwyczaj robię więcej niż przeciętny pracownik firmy, dla której pracuję. To pomaga nawet zdecydowanie. Ale przecież lenistwo jest nudne i szkoda na nie czasu…

Nie chodzi mi o to, że trzeba zarywać nocki. Że z jednej pracy powinniście pędzić do innej. Bardziej uwagę pragnę zwrócić na to, że próbować można inaczej niż większość wokół. Tym bardziej, jeżeli chcecie realizować się w swojej pasji.

Piłka nożna na początku zawsze jest niewdzięczna. By wyciągnąć zawsze trzeba w nią sporo włożyć. Bo inspiruje miliony. A te miliony są w stanie spędzać przy niej czas za darmo, ot tak. Z miłości.

Do tej pory, szybko licząc, pracowałem w jedenastu miejscach. Zawsze w kilku naraz. Nigdy z żadnego nie zostałem wyrzucony. Albo współpracę skończyłem po projekcie, który realizowaliśmy, albo były to długofalowe działania. Gdy projekt się kończył, często pracodawca proponował coś nowego. I albo w to wchodziłem, albo grzecznie dziękowałem, bo za propozycją stało zbyt mało argumentów (tych finansowych i tych poza). Zazwyczaj też dużo było przekonywania, żebym jednak nie odchodził. Czyli można?

Przez ostatnie 11 lat utwierdziłem się dzięki takim działaniom w przekonaniu, że nic nie jest niemożliwe. Że o naszej wartości decyduje wyłącznie nasza codzienna praca. I że nawet jeśli coś wydaje się nierealne, można to osiągnąć. Że rozwiązanie, które wydaje się na początku niemożliwe, nagle pojawia się i wyrasta nie wiadomo skąd. Nie proponuję wam tutaj motywacyjnej gadki – czasami po prostu… trzy etaty da się powiązać. Niekoniecznie zarywając nocki i przypłacając to zdrowiem.

Ile z czterdziestu godzin na etacie jest zwyczajnie trwonionych na #nicnierobienie? Ile czasu zajmują przerwy “na fajkę”? Ile dziennie pracownicy korporacji scrollują social media? Są rozwiązania, które mogą satysfakcjonować pracodawców, a wam dać sporo przestrzeni na inne aktywności. Sztuką tylko jest je znaleźć.

A kilku pracodawców w jednym momencie zapewnia nam niesamowity spokój.

Każdy z nas ma jakieś zobowiązania. Kredyt, dzieci, żonę. I plany, które chce realizować. Jedno źródło finansowania to zawsze ryzyko. Ryzyko zależności od kaprysu szefa, od tego, co narzuci, no i czego będzie wymagał.

Oczywiście, nie można w pełni realizować własnej wizji pracując u kogoś, ale warto mieć granicę. Taką nieprzekraczalną. Warto mieć możliwość, by wycofać się, jeśli ktoś w swoich żądaniach wobec nas pójdzie za daleko. I tę granicę przekroczy.

Praca trenera, szczególnie na amatorskim poziomie lub z dziećmi dziś nie przynosi nam jeszcze takich profitów, jakie będzie przynosiła za kilka lat. Tego jestem pewien.

Ale przez to, że system nas, trenerów, nie chroni, mamy też sporo możliwości.

Bo zanim udamy się na popołudniowy trening, a nawet zanim go przygotujemy, mamy cały poranek. Mamy też cały wieczór. I w tym czasie możemy zarabiać. W innej branży. Oczywiście, idealnie dla nas będzie, jak kiedyś branżę będziemy w stanie zmienić i będziemy mogli żyć tylko piłką. Rozwijać swój warsztat trenerski przez 24 godziny na dobę. Ale do tego dojdzie każdy, kto będzie próbował. Każdy, kto będzie tego chciał.

Wcześniej nie warto narzekać. A warto zapewnić sobie komfort. Życia i pracy bez presji.

Bo dobry trener musi być kreatywny. Nie tylko na boisku, ale i w życiu.

A jeśli jesteś kreatywny i chcesz zawojować europejskie boiska, to jestem przekonany, że poradzisz sobie z kreatywnym znalezieniem dodatkowej pracy. Takiej, która zapewni ci stabilność i funkcjonowanie na jakiś przynajmniej czas. A i pozostawi tyle miejsca, byś mógł się rozwijać jako trener i w pełni skupiony współpracować ze swoim zespołem.

Prowadząc go profesjonalnie, bez względu na to, na ile profesjonalny jest on w rzeczywistości.

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].