Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Marcin Adamski

Na boisku mierzył się z Bastianem Schweinsteigerem, Gianluigim Buffonem czy Pavlem Nedvedem, a Zlatan Ibrahimović wymieniał się z nim koszulką i gratulował dobrego meczu. Grał w Lidze Mistrzów, za kadencji Pawła Janasa zadebiutował w reprezentacji Polski, a przy okazji wystąpił ok. 300 razy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce i Austrii. W najnowszej odsłonie naszego cyklu “Piłkarskie dzieciństwo” rozmawiamy z Marcinem Adamskim.

W jakim klubie rozpoczął pan swoją przygodę z piłką?

– Swoją przygodę z piłką rozpocząłem we Flocie Świnoujście. Regularne treningi zacząłem dosyć późno, miałem je dopiero od 13. roku życia. Piłka była moją fascynacją od momentu, gdy mając 7 lat, oglądałem mistrzostwa świata w Hiszpanii. W 1982 roku zajęliśmy trzecie miejsce, a w tej drużynie błyszczał Zbigniew Boniek, który od dziecka był moim idolem. Wracaliśmy ze szkoły i na podwórku całe dnie się grało w piłkę.

Jakie warunki były we Flocie? Można było mówić o jakimś szkoleniu?

– Kiedyś to troszeczkę inaczej wyglądało. Nie było usystematyzowanego szkolenia. Nie tylko w Świnoujściu, ale nigdzie w Polsce. Oczywiście, zdarzali się trenerzy-pasjonaci, którzy próbowali czegoś nauczyć dzieciaków, tak samo było u nas. Był problem z regularnymi treningami. Raz się trenowało, a raz nie. Różnie to bywało. Dopiero po przejściu do juniorów zaczęła się w tym wszystkim jakaś regularność.

Jak wyglądała Flota na tle innych zespołów z województwa?

– Akurat mój rocznik 75’ może się poszczycić jednym z większych sukcesów, bo kiedyś rozgrywana była międzywojewódzka liga juniorów i graliśmy w niej aż do Poznania. Istniały jeszcze wtedy województwa gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. Graliśmy z Lechem, Wartą, Pogonią. W samym Poznaniu było chyba pięć drużyn. Wspominam to bardzo dobrze, ponieważ mieliśmy naprawdę super rocznik – chyba najlepszy w historii Floty. Zajęliśmy w tej lidze trzecie miejsce, ale z tego co pamiętam, przegraliśmy nieznacznie.

Od początku grał pan w obronie?

– Nie, grałem na różnych pozycjach. Zawsze ciągnęło mnie do przodu, strzelałem sporo bramek, a nawet zostałem królem strzelców regionalnej ligi trampkarzy. Z wiekiem zaczęło brakować szybkości, więc występowałem na lewej pomocy, ale zawsze najlepiej czułem się na środku, w juniorach występowałem już jako defensywny pomocnik. Z czasem, gdy dorosłem, trafiłem do seniorskiej piłki i byłem lewym obrońcą. Z czasem trenerzy przesuwali mnie do środka, aż zostałem środkowym obrońcą.

Czym się pan wyróżniał na boisku?

– Ciężko mi powiedzieć, nie miałem wrodzonej szybkości. Chyba taką solidnością, wydolność też była moją mocną stroną. Mogłem przez cały mecz biegać w tym samym tempie. Można powiedzieć, że jak na obrońcę, byłem dosyć dobry technicznie. Moim największym atutem była wiara we własne umiejętności. Charakter także odgrywał bardzo dużą rolę. Trenerzy często podkreślali, że lepiej się prezentowałem w meczach, aniżeli na treningach.

Wspomniał pan, że pana idolem był Zbigniew Boniek i rozumiem, że miał pan okazję swojego idola z dzieciństwa poznać osobiście?

– Od zawsze był moim idolem. Miałem okazję spotkań i poznać Zbyszka Bońka na mistrzostwach Europy w Austrii, które wspólnie komentowaliśmy. Było to dla mnie niezapomniane przeżycie i do tej pory mam z nim kontakt.

O idolu pan wspomniał, więc jaka była pana ulubiona drużyna?

– Od dziecka jestem kibicem Realu Madryt. Zacząłem być fanem „Królewskich” przez osobę Hugo Sancheza, który seryjnie strzelał bramki, a charakteryzowały go gole zdobyte przewrotką. Kolejnymi idolami byli Fernando Hierro czy Fernando Redondo.

Zbierał pan za dzieciaka koszulki piłkarskie?

– Nie byłem typem kolekcjonera, ale taką koszulkę, którą mam do dziś i kiedyś pewnie ją oddam na jakiś szczytny cel, jest koszulka Zlatana Ibrahimovicia, który wręczył mi ją osobiście po meczu Ligi Mistrzów z Juventusem. Mam też koszulkę Hasana Salihamidzica, dzisiaj dyrektora sportowego Bayernu Monachium, bo z nim też się mierzyłem na boisku. Nie byłem zbieraczem koszulek, ale „Ibra” widząc, ile trudu włożyłem w to, żeby nie strzelił bramki, sam do mnie podszedł po spotkaniu, pogratulował mi dobrego meczu i podarował mi swoją koszulkę.

Z jakimi wielkimi gwiazdami mierzył się pan jeszcze na boisku?

– W Lidze Mistrzów graliśmy przeciwko Juventusowi, gdzie grali Gianluigi Buffon, Pavel Nedved czy Alessandro Del Piero. W Bayernie byli Lucio, Roy Makaay lub Bastian Schweinsteiger. Można wymieniać i wymieniać, trenowałem też w klubie ze znanymi piłkarzami jak Andreas Herzog, ikona Werderu Brema i reprezentacji Austrii czy Radek Bejbl, z którym do dzisiaj mam dobry kontakt. Jeśli mówimy o znanych piłkarzach, to w ŁKS-ie Łódź grałem jeszcze z Paulinho. Miał wtedy 18 lat.

Nikt pewnie nawet nie śnił, że ten chłopak zagra kiedyś w Barcelonie.

– Może nie przypuszczaliśmy, że trafi tak wysoko, ale było u niego widać bardzo duży potencjał. Miał 18 lat, był najmłodszym z trójki Brazylijczyków w ŁKS-ie, a wyróżniał się taką smykałką, lekkością grania, szybkością. Był wesoły i cieszył się tym, co robi – tak go zapamiętałem.

Uprawiał pan w dzieciństwie także inne dyscypliny sportowe?

– Tak, mój tata grał w siatkówkę i byłem namawiany przez mojego wuefistę, żeby zostać w siatkówce. Bardzo dobrze szło mi w pingponga, wygrywałem różne mistrzostwa w Świnoujściu. Mam też mnóstwo dyplomów z biegów przełajowych, ale zwyciężyła miłość do piłki nożnej.

W jakim wieku uświadomił pan sobie, że chce pan w przyszłości zostać piłkarzem?

– Zawsze lubiłem piłkę i wiedziałem, że jeśli będę uprawiał jakiś sport zawodowo, to będzie to piłka.

Miał pan na siebie plan B, żeby zająć się inna dziedziną życia, niezwiązaną ze sportem?

– Oczywiście, od małego miałem smykałkę biznesową, cały czas kombinowaliśmy z kolegami, jak trochę zarobić. Gdybym nie poszedł w piłkę, to pewnie zająłbym się biznesem.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Szkoła nigdy nie była dla mnie problemem, rodzice nie musieli mnie pilnować. Nie uczyłem się zbyt dużo, ale w domu leży spora liczba świadectw z czerwonym paskiem, maturę też dobrze zdałem.

Jako Flota Świnoujście braliście udział w różnych turniejach młodzieżowych?

– Mógłbym policzyć je na palcach jednej ręki, ale te turnieje wywarły na mnie takie wrażenie, że do dzisiaj je pamiętam. Mieliśmy wyjazdy do Holandii oraz Niemiec. Wspominam czasem, że po jednym z tych turniejów spotkaliśmy się na parkingu z zespołem Rakowa Częstochowa, który też wracał z jakiegoś turnieju. Wtedy też poznałem Grześka Skwarę, wówczas mieliśmy po 15 lat, a dziś obaj jesteśmy trenerami we Flocie Świnoujście.

Miał pan kiedyś okazję śledzić rozgrywki Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Szkolone przez nas zespoły Akademii Piłkarskiej Baltica mają bardzo dużą szansę, żeby powalczyć w Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” o awans na finały ogólnopolskie i będą walczyły o grę na Stadionie Narodowym. Nasz rocznik 2012 jest bardzo mocny. Myślę, że taki Turniej jest świetną przygodą dla dzieci, oby jak najwięcej takich inicjatyw. Mieszkając w Poznaniu, śledziłem ten Turniej. Mój syn Filip otrzymał nawet nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów wojewódzkich w Wielkopolsce.

Powiedział pan wcześniej, że pana rocznik był jednym z najlepszych w historii Floty Świnoujście. A czy komuś jeszcze z niego udało się zrobić karierę?

– Szkolenie we Flocie nie stało nigdy na najwyższym poziomie, dlatego może spora liczba zawodników, nie zaistniała w piłce seniorskiej. Nie było takiego nacisku na szkolenie dzieci młodzieży, jakie jest w tej chwili. Naszym głównym priorytetem jest ustabilizowanie systemu szkolenia w Świnoujściu. Przez 3,5 roku zbudowaliśmy fundament, kiedyś tego zupełnie nie było. Tak naprawdę, tylko mi udało się wypłynąć na szersze wody.

Któremu trenerowi z okresu piłki młodzieżowej zawdzięcza pan najwięcej?

– Ciężko powiedzieć, byłem takim chłopakiem, któremu nikt nie wróżył, że mogę zagrać kiedyś w pierwszej reprezentacji Polski czy w Lidze Mistrzów. Wiara we własne umiejętności i wiara moich rodziców sprawiły, że mi się udało. W wieku 16 lat nigdy bym nie pomyślał, że będę mógł kiedyś zadebiutować w reprezentacji Polski czy zagrać w Lidze Mistrzów.

Jak pan wspomina swój debiut w Ekstraklasie?

– Było to w zwycięskim meczu Zagłębia Lubin, już nie pamiętam, z kim wtedy graliśmy. Wygraliśmy 2:1, zagrałem ok. 30 minut. Wtedy w „Miedziowych” grał jeszcze Jacek Cyzio, za krótko mu odegrałem i dostałem pierwszy ochrzan, ale wspominam to z uśmiechem na twarzy.

Czas spędzony w Rapidzie Wiedeń jest najlepszym okresem w pana piłkarskiej karierze?

– Zdecydowanie. Grając w Rapidzie otrzymałem powołanie do reprezentacji Polski, zakwalifikowaliśmy się też do Ligi Mistrzów oraz graliśmy kilka razy w europejskich pucharach. Niektóre spotkania doskonale pamiętam po dziś dzień, gdy graliśmy z Rubinem Kazań i przegraliśmy u siebie 0:2, a na wyjeździe wygraliśmy 3:0  i awansowaliśmy do następnej rundy, gdzie mierzyliśmy się ze Sportingiem Lizbona. Dla mnie są to niezapomniane mecze.

Dzisiaj, wracając do Wiednia, kibice cały czas pana rozpoznają?

– Tak. Kilka lat temu zostałem zaproszony przez klub na spotkanie gwiazd. To było bardzo miłe dostać takie zaproszenie. Zagrałem w jednym meczu z Antonim Panenką.

Z perspektywy czasu jest pan zadowolony ze swoich piłkarskich dokonań?

– Zawsze pozostaje niedosyt, ale zważywszy na moje możliwości, to myślę, że trochę się udało osiągnąć. Gra w pierwszej reprezentacji Polski oraz Lidze Mistrzów, to jest to, o czym marzy każdy chłopak, nie wspominając już o ok. 300 występach na najwyższych szczeblach rozgrywkowych w Austrii i Polsce.

Po skończonej karierze pozostał pan przy piłce…

– Owszem, jestem prezesem i trenerem w naszej akademii oraz szkoleniowcem juniorów we Flocie. Dzisiaj wraz z moimi dwoma kolegami zarządzamy Akademią Baltica oraz Flotą Świnoujście, a dodatkowo we Flocie zajmuje się szkoleniem juniorów.

Już w czasie kariery myślał pan nad tym, żeby w przyszłości zająć się szkoleniem młodzieży i dzieciaków?

– Obserwowałem szkolenie we wszystkich klubach, w których byłem, interesowało mnie szkolenie.

Domniemam, że wcześniej prowadził pan także inne kategorie wiekowe?

– Tak, zacząłem od młodzików, później trenowałem trampkarzy i poznałem poszczególne wymagania dla każdej kategorii. Lepiej się czuję w tych starszych grupach. Szkoleni przeze mnie zawodnicy powoli wchodzą w seniorską piłkę, co jest dla mnie o wiele ciekawsza sprawa. Bardzo miłym uczuciem jest, gdy chłopak, którego prowadziłeś, zadebiutował w pierwszej drużynie. Praca z młodzieżą daje mi dużo satysfakcji.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix