Wywiady

“Nie ma turnieju, który tak bardzo utkwił by w mojej w pamięci”

Kilka tygodni temu rozmawialiśmy z Krzysztofem Szczepańskim, ojcem Miłosza, zawodnika Rakowa Częstochowa, i wspominaliśmy VIII edycję Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”. Dziś wracamy do tamtych rozgrywek, ale tym razem widzianych innymi oczami. Turniej wspominamy z Piotrem Łęczyńskim, aktualnym szkoleniowcem Pogoni Szczecin U-18, który edycję sprzed dwunastu lat wygrał.

VIII edycja Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” nie była jedyną, w której brał pan udział?

– Tak, brałem udział trzy lub cztery razy w tej inicjatywie. VIII edycja, w której udało mi się zwyciężyć, była moim drugim podejściem do Turnieju. Za pierwszym razem, gdy główny turniej odbywał się w Szczecinie, nie udało nam się wyjść z grupy.

Pamięta pan powód, dla którego zgłosił pan swój zespół?

– Ojej, to było wieki temu, ciężko sobie teraz przypomnieć (śmiech). Co nas skłoniło do wzięcia udziału? Jak w każdym miesiącu szukaliśmy rozgrywek na wysokim poziomie, gdzie chłopcy mogą zmierzyć się z rówieśnikami. Jeździliśmy na zawody w całej Polsce, Turniej „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” z roku na rok się rozwijał. Nie zakładaliśmy sobie żadnych celów, że musimy awansować do dalszej fazy czy wygrać cały turniej. Po prostu chcieliśmy się sprawdzić na tle innych, wiedzieliśmy, że mamy silny zespół. Wówczas byłem trenerem Salosu Szczecin, a nasza drużyna była połączeniem chłopaków z tego klubu i Pogoni Szczecin. Występowaliśmy jako jedność, reprezentacja województwa zachodniopomorskiego, chociaż na co dzień ze sobą rywalizowaliśmy. W połączeniu jeszcze z zawodnikami Chemika Police, stworzyliśmy fajną grupę.

Finał VIII edycji Turnieju odbywał się w Krakowie. Liczyliście, że możecie zajść tak daleko?

– Wiedzieliśmy, że mamy mocny zespół, ale jednocześnie zdawaliśmy sobie sprawę, że inne reprezentacje także dysponują silnymi zespołami. Ciężko oczekiwać od 10-latków przed startem turnieju jakichś wyników, wręcz przeciwnie, trener podchodzący zdroworozsądkowo raczej nie zakłada tego, że trzeba ten turniej wygrać, różne rzeczy mogą się wydarzyć. To są spotkania z pięcioma zawodnikami na boisku i bramkarzem, na niedużym polu gry. Mecze są też krótsze. Podchodziliśmy do tego turnieju na zasadzie zdrowej rywalizacji, sprawdzenia chłopaków na tle innych zdolnych dzieciaków w kraju.

Co zapamiętał pan przed dwunastoma laty?

– Z tego, co zostało mi w głowie, można powiedzieć o perfekcyjnej organizacji i bardzo dobrej atmosferze. Byłem naprawdę na wielu turniejach i nie przypominam sobie, w tamtych czasach, by na innych zawodach były tak zaawansowane eliminacje. Same finały wspominam bardzo miło i nie przypominam sobie, żeby jakiś inny turniej tak bardzo utkwił mi w pamięci.

Wasza droga do samego finału była usłana różami czy musieliście jednak rozegrać kilka wymagających pojedynków?

– Bardzo dokładnie tej drogi już nie pamiętam, ale były trzy spotkania grupowe, a potem ćwierćfinał, półfinał oraz finał. Nie kojarzę, żebyśmy mieli jakieś większe problemy. Nie zapomniałem jednak o samym starciu finałowym, w którym pokonaliśmy 4:1 reprezentację województwa wielkopolskiego. Spotkanie było zdecydowanie na naszą korzyść.

W waszym zespole występował m.in. Sebastian Kowalczyk, obecnie piłkarz pierwszej drużyny Pogoni Szczecin. Wyróżniał się na tle innych zawodników?

– Tak. Nie był jedynym zawodnikiem, który wystąpił w tej edycji Turnieju, a dzisiaj gra na wysokim poziomie, bo poza Krystianem Bielikiem z drużyny z Wielkopolski, w zespole z Małopolski występował Miłosz Szczepański. Razem z Sebastianem spotykaliśmy się na wielu turniejach, gdzie rywalizowaliśmy z ówczesnym klubem Szczepańskiego – Dunajcem Nowy Sącz. Poza rywalizacją drużynową często między tą dwójką rozgrywała się walka o statuetki króla strzelców turnieju czy dla najlepszego zawodnika.

Czyli znali się praktycznie od dzieciństwa?

– Tak. Tamtą grupę prowadził wtedy ojciec Miłosza. Była to bardzo silna grupa chłopców. Fajnie, że mogli się spotkać po tylu latach w bezpośrednim meczu w Ekstraklasie.

Bielik, Dziczek, Kowalczyk i on. Najlepszy piłkarz ósmego Turnieju strzela w Ekstraklasie >>

Sebastian Kowalczyk był jedynym zawodnikiem spośród pana podopiecznych, któremu udało się zajść gdzieś wyżej?

– Nie tylko on. Damian Pawłowski, na Turnieju grał w podstawowej piątce, przez wiele lat szkolił się w Pogoni Szczecin, ale na najwyższym szczeblu ligowym zadebiutował w Wiśle Kraków. Rafał Maćkowski, obecnie piłkarz rezerw „Portowców”, poprzedni sezon spędził w I-ligowym Chrobry Głogów, gdzie mógł liczyć na regularną grę.

Rzadko się zdarza, żeby w jednym zespole było aż tylu zawodników, którzy zadebiutowaliby w najwyższych ligach rozgrywkowych w Polsce.

– W wyjściowym składzie grał jeszcze Mateusz Bartolewski, obecnie reprezentujący barwy Ruchu Chorzów. Rok wcześniej wystąpili Adrian Klimczak i Krystian Peda. Oni również zadebiutowali w Ekstraklasie, kolejno w ŁKS-ie Łódź i Termalice Bruk-Bet Nieciecza. To pokazuje, że to był dobry rocznik, ale też trafiliśmy z selekcją. Mam nadzieję, że nie osiągnęli jeszcze swojego „sufitu”.

12 lat temu sam pan miał okazję triumfować w Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”, ale czy śledzi pan rozgrywki do dziś?

– Tak, staram się śledzić przynajmniej finały ogólnopolskie. Szczególnie gdy występuje drużyna z naszego województwa. Rozmawiam wtedy z trenerem Marcinem Łazowskim, z którym wspólnie prowadziliśmy ten zwycięski zespół i zawsze gdzieś to w sercu zostaje. Mogę w łatwy sposób śledzić rozgrywki poprzez transmisje, których za naszych czasów nie było, ale to pokazuje, jak Turniej się rozwija. Jest to ogromne przedsięwzięcie, w które zaangażowane jest mnóstwo ludzi. My też przeżyliśmy fantastyczną wyprawę, co bardzo miło wspominam. W nagrodę pojechaliśmy do Londynu, gdzie rozegraliśmy mecz z jedną ze szkółek Chelsea oraz mogliśmy zobaczyć spotkanie na stadionie Wembley. Mimo wielu lat, wspomnienia z tego Turnieju cały czas pozostają żywe.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. FotoPyk