Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Damian Dąbrowski

Damian Dąbrowski wspominając o najprzyjemniejszych rzeczach z dzieciństwa, mówi o… podawaniu piłek na meczach Zagłębia Lubin oraz turniejach młodzieżowych, które dla każdego dzieciaka były wielką frajdą – szczególnie te zagraniczne! 27-latek to kolejny bohater naszego cyklu “Piłkarskie dzieciństwo”. 

Urodził się pan w Kamiennej Górze, ale nie mieszkał pan tam?

– Tak. To była taka historia, że najbliższy szpital od miejscowości, w której mieszkali moi rodzice, był w Kamiennej Górze. Tam się urodziłem. To był jedyny raz, gdy byłem w tej miejscowości.

Rodzice interesowali się sportem?

– Tak, szczególnie rodzina od strony taty. Tata i jego brat są kibicami piłki nożnej, śledzą moje losy i ogólnie sport.

Jak się zaczęła pana przygoda z treningami w klubie?

– Na pierwsze zajęcia zaprowadził mnie tata. Pocztą pantoflową, bo jego znajomy miał znajomego, który prowadził zajęcia w Salezjańskim Klubie Sportowym – Amico Lubin. Byłem w tym klubie przez dwa lata, z tym że nie mogłem grać w oficjalnych meczach, bo byłem na tyle młody, że nie mogłem mieć wyrobionej karty zawodniczej. Dlatego w papierach jestem zapisany jako wychowanek Zagłębia Lubin. Do „Miedziowych” trafiłem dlatego, że trener, który prowadził nas w Amico, sam przeszedł do Zagłębia i pociągnął za sobą większość chłopaków z naszej grupy.

Rozumiem, że przeskok między Amico a Zagłębiem był całkiem spory.

– Lubin jest dosyć małym miastem, bardzo uporządkowanym, dlatego nie było też jakiegoś niesamowicie wielkiego przeskoku. Nie wiem do końca, bo nigdy się w to nie zagłębiałem, dlaczego tak było i jakie tam były podziały grupowe, ale wyglądało to tak, że w naszym roczniku były dwie drużyny. My byliśmy w tej jednej, myślę, że z perspektywy czasu – gorszej, ale nie chodzi tu o wyniki sportowe, a to, jakie mieliśmy warunki. Ciężko to tak opowiedzieć, musiałby pan przyjechać i to zobaczyć, ale obok stadionu jest buda zabita dechami i ta buda była naszą szatnią. Tam trener miał jakiś swój pokoik i nie powiedziałbym, że prysznic, bo był to wąż podciągnięty pod wodę. Trenowaliśmy tak naprawdę obok obiektów Zagłębia Lubin. Była połać trawy, którą czasem mój ojciec lub tato jakiegoś innego dzieciaka, kosili, gdy mieli czas. My tam normalnie mieliśmy treningi. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego tak było. Zawodnicy z tej drugiej grupy trenowali na innych obiektach. Może te warunki trochę nas wzmocniły, ukształtowały? Teraz przejeżdżając obok stadionu Zagłębia, często pokazuję znajomym tę budę. Wspominam, że jest to miejsce, które będę do końca życia pamiętał.

Nietypowa sytuacja…

– Mam bardzo dobry kontakt z kierownikiem pierwszej drużyny Zagłębia, Karolem Sitarskim. Gdy zaczynamy teraz o tym rozmawiać, dziwię się, dlaczego nigdy z nim o tym nie porozmawiałem. Muszę go spytać przy najbliższej okazji o tę sytuację. Byliśmy młodymi chłopcami, nam to nie przeszkadzało. Fakt, warunki były dramatyczne, ale tak naprawdę w tym wszystkim było ważne, że się spotykaliśmy pograć w piłkę, mieliśmy trenera, który prowadził trening i to nam zupełnie wystarczało. Gdy przychodził mecz ligowy, to wchodziliśmy na boisko, gdzie trenowały też inne grupy. Tak to wyglądało.

Chodził pan w dzieciństwie na mecze Zagłębia?

– Oczywiście, że tak. Przed moją grą w Zagłębiu, byłem na kilku spotkaniach z tatą, ale nie chodziliśmy jakoś regularnie. Potem wyglądało to w ten sposób, że 45 minut przed meczem mieliśmy zbiórkę i tam zawsze stał jakiś trener grup młodzieżowych i szedł na stadion z tymi, którzy przyszli. Musiałeś być trzy kwadranse przed rozpoczęciem spotkania, bo jak przyszedłeś później, to trener nie czekał. Była wtedy samowolka i wpuszczali nas na trybunę, która była tak naprawdę po drugiej stronie sektora, gdzie był prowadzony doping. Przeskakiwaliśmy przez kilka trybun, ogrodzenia i wskakiwaliśmy do „młyna”. To było najwspanialsze, że mogliśmy śpiewać wraz z fanami. Była też odpalana jakaś pirotechnika, która nam, młodym chłopakom, bardzo się podobała. Potem był kolejny etap, w którym podawaliśmy piłki na meczach. Oprócz turniejów halowych to była chyba druga najprzyjemniejsza rzecz z dzieciństwa. Gdy przychodził mecz u siebie, z naszej grupy zgłaszali się chłopcy do podawania piłek i godzinę czy nawet dłużej przed meczem przychodziliśmy pod stadion, przebieraliśmy się w dresy klubowe, które dostawaliśmy już w środku. Na każdą dwójkę chłopaków była jedna piłka i po prostu je w trakcie meczu podawaliśmy. W przerwie mogliśmy wbiec na boisko, więc każdy odliczał sekundy, gdy sędzia zagwiżdże i mieliśmy przez 15 minut boisko dla siebie. Od bramki do bramki, strzały i jazda! Później przychodziły czasy, że gospodarze, którzy zarządzali boiskiem, mówili, że możemy sobie kopać, ale mamy zakaz wchodzenia do 16-tki. Dla nas to była największa kara. Nam i tak wystarczało, że mogliśmy sobie pokopać na takiej murawie w porównaniu do tego, co mieliśmy na co dzień. W Lubinie był taki słynny „Robson” – każdy go kojarzy, on się wtedy zajmował murawą i nas wtedy wszystkich gonił, ale gdy tylko „Robson” się odwrócił czy stał tyłem, to od razu strzelaliśmy na bramkę. Piękne wspomnienia.

Kto był pana piłkarskim idolem?

– Moim pierwszym idolem był Maciek Iwański, który grał w Zagłębiu Lubin. Gdy potem horyzonty były coraz większe, oglądało się mecze w telewizji i brat mojego taty zaraził mnie Liverpoolem, któremu kibicuję po dziś dzień. Drugim, a zarazem właściwie moim ostatnim idolem był Steven Gerrard, bo później już na tyle dorosłem, że uświadomiłem sobie, że nie potrzebuję idola, tylko trzeba pracować na własne nazwisko.

Czym się pan wyróżniał na boisku w dzieciństwie? Warunki fizyczne, szybkość, technika?

– To trzeba by było pytać tych, którzy mnie prowadzili lub moich kolegów z tamtego okresu. Ale gdy ktoś mnie o to pyta, to uważam, że to była taka skuteczna prostota. Nie będę kłamał, robiłem różnicę na boisku. Nie było piłkarskiego elementu, w którym bardzo bym odstawał i uważam, że to w całości dawało całkiem niezłe rezultaty. Jestem ciekawy, co by powiedzieli inni na ten temat, ale jeśli miałbym się sam opisać, to szedłbym właśnie w tę stronę.

Piłka nożna była jedynym sportem, który pan trenował?

– Nie. W klasach 4-6 szkoły podstawowej chodziłem do klasy sportowej o profilu siatkarskim, więc przez trzy lata trenowałem siatkówkę. Udało się zdobyć nawet jakieś medale w swoim regionie. Kiedyś miałem jeszcze styczność z piłką ręczną, ale nie, że grałem w jakieś drużynie, tylko głównie na zawodach szkolnych. Na tyle dobrze wyglądałem, że poszedłem z kolegą na testy do klasy o profilu piłki ręcznej. Namówił mnie do tego, że gdy pójdziemy razem, to będzie raźniej. Odpowiedziałem, że nie ma problemu i poszliśmy. Na tych testach byli chłopcy, którzy trafili potem do tej klasy, a ja się wśród nich wyróżniałem. Ciekawa sytuacja, że trenerzy piłki ręcznej dzwonili do sekcji piłki nożnej Zagłębia Lubin czy byłaby możliwość, żebym przeszedł do nich. Nie było takiej opcji, więc spytali, czy mógłbym przychodzić np. na dwa treningi w tygodniu, czy nie dałoby się tego jakoś połączyć, ale ja sam nie brałem tego zupełnie pod uwagę.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Gdyby rodzice nie mieli na mnie wpływu, to z tymi stopniami byłoby zdecydowanie gorzej, bo dla mnie same oceny były średnio ważne. Dziękuję im za to, na jakiego człowieka mnie wychowali. Dzięki nim nie zaniedbałem tego, mam maturę, a szkołę ukończyłem z całkiem niezłą średnią. Później próbowałem studiować zaocznie, ale ciężko było mi to połączyć z piłką nożną.

Gdy grał pan w Zagłębiu Lubin zdarzało wam się wyjeżdżać na zagraniczne turnieje?

– Tak, zdarzało się, ale więcej tych turniejów było jednak w Polsce.

Czy miał pan kiedyś okazję oglądać rozgrywki Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Oglądałem, oczywiście. Co prawda nie na żywo, ale oglądałem finały ogólnopolskie w telewizji. Sam nie miałem możliwości uczestniczenia w tym Turnieju. Na pewno dzisiaj inicjatywy sportowe dla dzieci i młodzieży są większe, bardziej medialne, grają w nich coraz lepsze drużyny. Niech mi pan uwierzy, że dla mnie, moich kolegów z młodości i teraz wszystkich chłopców, takie turnieje, to są najlepsze przeżycia z młodości. One zapadają w pamięć. Nieraz jechaliśmy autobusem przez kilkanaście godzin, braliśmy udział we dwudniowych zawodach i wracaliśmy do domu. To są piękne przeżycia.

Który trener miał największy wpływ na pana rozwój piłkarski?

– Nie ma takiego trenera, może dlatego, że nigdy nie było tak, żebym przez dłuższy czas miał jednego szkoleniowca. Oczywiście pamiętam tych, którzy mnie prowadzili i uważam, że każdy z nich miał na mnie jakiś większy lub mniejszy wpływ i byłoby to trochę nie fair, gdybym wskazał tylko jednego trenera. Uważam, że każdy trener dołożył swoją cegiełkę do tego, że jestem dzisiaj profesjonalnym piłkarzem.

Jak pan wspomina swoje wejście w piłkę seniorską?

– Nie powiedziałbym, że było ciężkie. Uważam, że potoczyło się tak, jak powinno się potoczyć. Byłem pracowitym chłopakiem, któremu woda sodowa nie uderzała do głowy i przez to starsi zawodnicy zdecydowanie łatwiej mnie zaakceptowali.

Pamięta pan swój debiut w Ekstraklasie?

– Tak. Było to w meczu z Piastem Gliwice. Zameldowałem się na boisku w samej końcówce i bodajże miałem jeden kontakt z piłką…

Jest pan zadowolony z miejsca, w którym się pan obecnie znajduje?

– Jestem zadowolony. Mam jeszcze połowę kariery przed sobą, także uważam, że mogę się jeszcze rozwinąć, a sama kariera może pójść do przodu. Można patrzeć na to z dwóch stron, bo już do końca mojej przygody z piłką będą szły za mną te moje kontuzje. Tak naprawdę oddzieliłem już ten etap swojego życia grupą linią i do tego nie wracam, bo czuję się dzisiaj na tyle dobrze, że na całe szczęście nie muszę. Gdyby nie czas, który zabrały mi urazy, to gdzieś pewnie mógłbym być w innym miejscu, ale takie jest życie. Nie załamałem się tym, wręcz przeciwnie. Ciężko pracowałem, choć nie było łatwo. Gdy wracałem po jednej ciężkiej kontuzji, to od razu był gong i kolejny, tak samo ciężki uraz. Ciężka praca pozwoliła mi na to, że obecnie czuję się znakomicie fizycznie i kontynuuję tę swoją przygodę z piłką. Trzeba po prostu robić swoje.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix