Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Marek Kusto

Był uczestnikiem trzech mundiali, zdobył Puchar Polski, Mistrzostwo Belgii, Puchar Belgii, Superpuchar Belgii, a pytany o najszczęśliwszy moment w swojej karierze, wspomina… wchodzenie jako nastolatek do III-ligowych rezerw. Marek Kusto, 19-krotny reprezentant kraju, opowiedział nam o swoich piłkarskich początkach.

Urodził się pan w Bochni i tam też wychowywał?

– Nie, w Bochni się tylko urodziłem. Mieszkaliśmy we Wrocławiu. Do Bochni przyjeżdżałem jako dziecko na wakacje.

Rozumiem, że dzieciństwo spędził pan na podwórku, grając z innymi dzieciakami w piłkę?

– Tak. Mieszkaliśmy we Wrocławiu w dwóch miejscach, więc grałem na obu podwórkach. To były lata 60. Właśnie, strasznie odległe czasy.

A w którym klubie zaczął pan trenować piłkę nożną?

– Właściwie w Wawelu Kraków. We Wrocławiu mieszkałem do 14. roku życia i tam były takie rozgrywki, jak w Krakowie – turnieje dzikich drużyn. Pierwsze zetknięcie z tymi rozgrywkami miałem na Polach Marsowych. To było jakoś w 1964-1965 roku, gdy zostałem wytypowany do Śląska Wrocław. Byłem jeden raz na zajęciach, niestety, miałem za daleko, żeby regularnie trenować. W Wawelu zacząłem się szkolić w 1967 roku.

Dlaczego akurat w Wawelu?

– Do tego klubu miałem najbliżej. Człowiek nie był wtedy zorientowany, a jakoś tak poszliśmy z kolegami na trening na Wawel i już na drugi dzień umówiliśmy się z trenerem Peterkiem.

Jak wyglądał Wawel na tle innych krakowskich klubów?

– Zaczynało się od trampkarzy. Chłopcy trafiali do klubów później niż dzisiaj. Byli trampkarze, juniorzy i pierwsza drużyna. Cały ten cykl był podporządkowany temu, żeby jak najwięcej utalentowanych zawodników trafiało do pierwszego zespołu. W Wawelu trenowałem do 1971 roku, a potem przeszedłem do Wisły Kraków. Graliśmy z Wawelem w lidze okręgowej i weszliśmy na szczebel wojewódzki. To był zespół. Mieliśmy w składzie chłopaków, którzy zaistnieli w I lidze, m.in. Leszek Brzeziński grał przez długie lata w Górniku Zabrze.

Od początku występował pan w ataku?

– Z reguły tak. Zawsze lubiłem grać z boku. Pewnie dlatego, że na tej pozycji najłatwiej można było wykorzystać szybkość.

Chodził pan w dzieciństwie na mecze krakowskich drużyn?

– Oczywiście. We Wrocławiu na początku mieszkaliśmy dosyć blisko Stadionu Olimpijskiego, także chodziłem na mecze Śląska Wrocław. Pamiętam czasy Pawła Śpiewoka, Pawła Brzozy, Walentego Czarneckiego. Bardzo dobrzy zawodnicy. Utkwiło mi to w pamięci, bo to było takie pierwsze zetknięcie z piłką, o której człowiek zaczął potem marzyć. Od małego byłem związany z piłką, ona przyciągała i zawsze chłopaki chcieli w nią grać. Czy to to na podwórku, czy w klubie. Nawet może bardziej na podwórku…

Właśnie, podwórko było wtedy chyba ważniejsze dla dzieci niż treningi w klubach?

– Tak. Były nawet mecze podwórko na podwórko. Piłka nożna była naszym życiem poza domem.

Kto był w tamtych czasach pana idolem?

– Dla wszystkich chłopaków w tym czasie idolami byli Włodek Lubański i Lucjan Brychczy. Wzorowaliśmy się na tych zawodnikach, którzy grali w kraju, chodziliśmy na mecze, oglądaliśmy ich. Były przecież znakomite drużyny i reprezentacja w tych czasach.

Pan też był częścią znakomitej reprezentacji.

– Akurat tak się człowiek urodził, że jeszcze się załapał na bycie z tymi zawodnikami na treningu, na boisku. Sprawiało to dużą frajdę i przyjemność, że można było uczestniczyć w tak fantastycznych wydarzeniach jak mistrzostwa świata czy nawet granie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Przeciwko piłkarzom, którzy byli idolami. Bardzo szybko się to działo. Jak to w młodości, lata lecą, a różnica wieku nie była znów aż tak duża, żeby nie pamiętać. Nawet człowiek był potem sam zszokowany, że mógł grać z tymi wszystkimi piłkarzami, którzy pięć-sześć lat wcześniej byli idolami i wydawali się nieosiągalni. A nagle stawało się przeciwko nim na boisku.

Lub zostawało kolegami z drużyny.

– Dokładnie. W Wiśle też grali znakomici zawodnicy. Może nie byłem nigdy wielkim kibicem, ale lubiłem podpatrywać konkretnych piłkarzy. Sprawiało mi to dużą przyjemność. W Wiśle trener Franczak dawał dużo swobody. Umiał wyszukać zawodnikowi pozycję, przygotować go. Wkładał dużo pracy w wyszkolenie techniczne. Był wymagającym szkoleniowcem, na treningach nie było odpuszczania.

W pana rodzinie ktoś był związany ze sportem?

– Raczej nie. Mama w gimnazjum uprawiała lekkoatletykę, grała w siatkówkę, ale to raczej były tylko szkolne rozgrywki.

Pan także uprawiał inne dyscypliny sportowe?

– Jak chce się zostać piłkarzem, to trzeba i trochę w kosza grać, w siatkówkę, w hokeja. Od małego łebka człowiek łapał koordynację poprzez gry zespołowe. Graliśmy też w ping-ponga. Nawet jak się jeździło na poważne mecze, a gdzieś był stół, to czasem trener musiał gonić, żeby się za dużo przed meczem nie naskakać. Była duża ochota i rywalizacja, a chłopaki umieli grać. Zwłaszcza Kaziu Deyna.

Jak wtedy było z dostępnością obuwia sportowego dla dzieciaków?

– Były trampki. Jak już się grało w klubie, to jakieś już tam obuwie było. Nie były to może nowe buty, ale zawsze coś. Oczywiście były też czeskie korko-trampki. Zresztą, bardzo fajne, bo i na suchym można było w nich grać i na mokrym. Nazwa „trampkarz” to się chyba od tych trampek wzięła, w których wszyscy grali (śmiech). Nie każdego było też wtedy stać na buty piłkarskie. Te trampki miały też swoją dobrą stronę, bo wzmacniał się cały organizm: kostki, kolana, biodra, stawy. Trzymać się na jakieś mokrej nawierzchni w tych trampkach wcale nie było tak prosto, a jeszcze posługiwać się piłką – to już w ogóle!

Pamięta pan swoją pierwszą piłkę?

– Miałem taką czerwoną gumiankę. Byłem wtedy chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, gdy ją dostałem. Zawsze sobie znajdowałem jakieś miejsce, żeby pokopać. Jak nie u babci na podwórku w Bochni, to w parku we Wrocławiu. Zawsze się też znalazło ze dwóch-trzech kolegów i tak sobie graliśmy. Mieliśmy nawet we Wrocławiu swoją drużynę, mimo że mieliśmy po 10-12 lat. Nazywała się „Delta”. Rodzice uszyli nam bawełniane koszulki i ponaszywali numery.

Z jakim pan grał?

– „Dziesiątka” wtedy była najważniejsza numerem, a ja sobie zawsze radziłem na boisku, więc nikt nie protestował.

Nauka i oceny były dla pana ważne?

– Rożnie bywało. Rodzice interesowali się raczej ocenami w szkole i sumiennością. Wtedy szkoła była do południa, a treningi były po południu. Jeżeli ktoś się źle uczył, to miał problemy w klubie. Dzienniczek trzeba było mieć i trener jednak zawsze raz na miesiąc czy dwa kazał go przynieść. Jak były uwagi, to może tak nie atakował, ale jak były kiepskie oceny, to dawał parę dni na to, żeby je poprawić.

Wspomniał pan wcześniej o turniejach dzikich drużyn, a były w tamtych czasach np. turnieje klubowe?

– Myślę, że w każdym rejonie byli trenerzy, którzy chodzili po podwórkach i obserwowali chłopców, gdy ci grali w piłkę. Wtedy naprawdę życie toczyło się na podwórku. Nie brakowało utalentowanej młodzieży. Wtedy każdy grał w piłkę. Z turnieju dzikich drużyn wywodzi się wielu zawodników, którzy grali potem w Ruchu Chorzów czy Górniku Zabrze. Kluby dbały o to, żeby ściągać z mniejszych klubów jak najwięcej zdolnych chłopaków. Wisła czy Cracovia na pewno miały swoje tereny, z których wyławiali najlepszych młodych zawodników. Nie było w tamtych czasach zakusów, żeby ściągać piłkarzy spoza swojego okręgu. Były takie lata, że do pierwszego zespołu wchodziło dwóch, trzech, czterech juniorów. Kaziu Kmiecik, Zdzisek Kapka, Andrzej Garlej czy Jurek Płonka – masa młodych zawodników wchodziła do seniorów i sobie radzili. Oczywiście, przy wsparciu starszych piłkarzy. Grając w juniorach, marzyło się o tym, żeby trafić do pierwszego zespołu.

Czuło się, że już jest blisko tej pierwszej drużyny.

– Tak, tak. Już w juniorach chodziliśmy na ich treningi. Może nie na każdy, ale człowiek zaczynał powoli wchodzić do pierwszego zespołu. Kluby wtedy przez lata grały w tych samych składach. Trzeba było być naprawdę zdolnym juniorem, żeby do tej elity wejść.

Zostańmy jeszcze przy temacie turniejów. Miał pan może kiedyś okazję oglądać rozgrywki Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Oczywiście, co roku pojawiam się na finałach w Krakowie. Zawsze wręczam nagrody, obserwuję chłopców i dziewczynki. Bardzo dużo zdolnej młodzieży bierze w tym Turnieju udział. Takie turnieje są bardzo pożyteczne. Pamiętam, że jedna z edycji odbywała się na stadionie Wisły Kraków. Najważniejszą kwestią jest, żeby wyławiać te talenty. Obserwuje się wiele zdolnych dzieciaków, każdy mówi, że ma wielki talent, ale czy później da mu się szansę zaistnienia w klubie, który rozwinie jego umiejętności? Ktoś, kto prezentuje się bardzo dobrze w wieku 10 lat, niekoniecznie będzie prezentował ten sam poziom, gdy tych lat będzie miał 15-16.

Można nawet mieć 20 lat i prezentować się bardzo dobrze, a to wcale nie oznacza, że zaistnieje się w poważnej piłce.

– Tak. Na pewno trzeba mieć upór i nieprawdopodobną chęć realizowania swoich marzeń. Marzenia wyznaczają cel i chęć osiągnięcia pewnych rzeczy. Teraz są świetne warunki do treningów, można wyjechać, grać w lepszym zespole. Nie ma czegoś takiego, że jak się zacznie w jednym klubie, to potem jest problem z odejściem. Widzimy w kraju, że można być jeszcze nastolatkiem i już wyruszyć w świat.

Trenerzy stawiali na pana, że to właśnie pan zrobi w przyszłości wielką karierę?

– Coś tam człowiek musiał mieć w sobie. Ś.P. trener Franczak musiał coś we mnie zauważyć, skoro mnie do Wisły przyjęli. Był mecz – Wawel mierzył się z Wisłą. Ja grałem wtedy w Wawelu. To była chyba jesień, 1970 rok. Dobrze się zaprezentowałem i potem Wisła się mną zainteresowała. Mocno się szykowaliśmy do tego meczu, ale wysoko polegliśmy.

Mówił pan o tym, że piłkarze pierwszej drużyny pomagali juniorom wejść do seniorskiej piłki. Jak to wyglądało w pana przypadku?

– Wszystko się strasznie szybko działo. Każdy zespół chce wygrywać. Gdy to składu wchodził chłopak, który miał 18 lat i była z tego korzyść na boisku, to na pewno taki zawodnik jest dobrze przyjmowany i nie ma żadnego problemu. Musisz dać jakieś argumenty, żeby drużyna chciała z tobą współpracować i dać ci szansę. Jak w drużynie jest 20 chłopaków, którzy się rozumieją, to jest duża przyjemności z gry.

Gdyby miał pan wybrać najszczęśliwszy okres w pana karierze, to co by to było?

– Myślę, że wejście do piłki seniorów czy już gra w juniorach, dawały dużo frajdy i przyjemności. Człowiek grał w juniorach i nie raz pojechał z rezerwą na mecz, żeby pograć też z seniorami, nie od razu z pierwszą drużyną. Miałem 15 czy 16 lat, musiałem mieć zgodę rodziców i lekarza. Gra w III lidze też wtedy była dużą satysfakcją.

To jest ciekawe, że uczestnik trzech mundiali, reprezentant Polski i utytułowany piłkarz w jednym, jako swój najszczęśliwszy okres w karierze wybiera grę w III-ligowych rezerwach.

– Takie były początki. Gra ze starszymi zawodnikami dawała dużo satysfakcji. Mundiale, Puchary Polski, sukcesy w Belgii – to też były bardzo fajne czasy. Cieszę się z tego, że po prostu to trwało. Nie było tak, że zacząłem w wieku 18 lat i skończyłem, gdy tych lat miałem 22. Występowałem do 37. roku życia. I cały czas piąłem się w górę. Zawsze grałem w zespołach, które chciały wygrywać, występowali w nich reprezentanci kraju, liczyły się w Europie. To człowieka nakręcało. Miałem szczęście, że trafiałem do drużyn, które to gwarantowały.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix