Wywiady

“Płaciłem trenerom za treningi. Wydałem na to sporo pieniędzy”. Wywiad z Tomaszem Kuczem

Czy trenerzy bramkarzy w Polsce reprezentują poziom europejski? Czym różni się nasz trening bramkarski od tego w Niemczech czy w Portugalii? Jak do młodych golkiperów podchodzą tacy zawodnicy jak Bernd Leno czy Lukas Hradecky? Czyje strzały na treningu najtrudniej wybronić – Hakana Calhanoglu, Kaia Havertza czy Karima Bellarabiego? Na te i wiele innych pytań odpowiedział nam Tomasz Kucz, bramkarz Vitorii Guimaraes, który wcześniej kilka lat szkolił się w akademii Bayeru Leverkusen.

Kucz to niespełna 21-letni golkiper, który w 2015 roku postanowił opuścić MKS Polonię Warszawa i rozwijać się dalej w akademii “Aptekarzy”. Stopniowo piął się ku górze w hierarchii klubowej, raz zasiadł na ławce rezerwowych w meczu Bundesligi, ale w pierwszym zespole zadebiutować mu się nie udało. Rundę zimową sezonu 2019/20 spędził w słowackim zespole DAC Dunajska Streda, a dzisiaj jest zawodnikiem portugalskiej Vitorii Guimaraes.

***

Rozgrywki Ligi NOS zostały wznowione 3 czerwca, a ty jesteś w Polsce – dlaczego?

– W tym sezonie byłem przypisany do drugiej drużyny Vitorii Guimaraes. Rezerwy nie wznowią już swoich rozgrywek, a w pierwszej drużynie, jak na razie, nie potrzebują bramkarzy. Dlatego mogłem wrócić do Polski.

Cały czas trenujesz? Czy zrobiłeś sobie wolne od treningów?

– Codziennie rano ćwiczę. Nawet nie ze względu na piłkę, ale na siebie samego. Gdybym nie trenował i miał leżeć na plecach z brzuchem do góry, to prędzej czy później, dostałbym depresji. Ciało jest moim wehikułem, dlatego muszę o nie dbać. Tak, jak dba się o samochód – mycie, dolewanie paliwa itd. Analogicznie trzeba robić to ze swoim ciałem. Nie potrafię sobie wyobrazić dnia bez treningu. Nie mówię już tylko o piłce, ale żeby trenować swoje ciało. Na boisku od momentu wstrzymania treningów na świeżym powietrzu jeszcze nie byłem.

Jak wygląda u ciebie sprawa kontraktowa z Vitorią Guimaraes?

– Podpisałem kontrakt na trzy lata, więc mam pewien psychiczny luz. W takim sensie, że po roku nie muszę się spinać o to, żeby szukać nowego klubu. Pierwszy rok był dla mnie zapoznaniem się z nowym miejscem, sposobem pracy, to był czas na nauczenie się języka. W drugim roku będę się nastawiał, żeby grać jak najwięcej. Z kolei w trzecim roku cel jest jasny – pierwsza drużyna i regularne występy.

Do tej pory występowałeś w drugiej drużynie Vitorii?

– Tak, z pierwszą drużyną trenowałem od czasu do czasu. Najwięcej czasu spędziłem w drugiej drużynie i w zespole U-23. Na zmianę – raz tu, a drugi raz tam. Vitoria ma trzy seniorskie ekipy.

Ale grałeś? Bo ciężko znaleźć informacje na ten temat.

– Grałem głównie w sparingach. Był problem z tym, że mają w swoich drużynach wielu obcokrajowców i ze względu na limity w lidze, nie mogli za często korzystać z moich usług. Ten pierwszy rok był takim na zapoznanie się, był czasem trening. A w następnym roku atacke! (niem. atak, atakować), jak mówią w Niemczech .

Trenowałeś z pierwszym zespołem Vitorii, a w kadrze są dwaj brazylijscy bramkarze – Jhonatan, Douglas Jesus, do tego jeden Portugalczyk, Miguel Silva. W twoim odczuciu są od ciebie lepsi?

– Oni mają coś, czego ja nie mam. I ja mam coś, czego oni nie mają. Każdy ma swój styl. Nie ma czegoś takiego, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy, bo to jest profesjonalny poziom. To nie jest tak, jak w juniorach, gdzie jeden bramkarz odstaje od drugiego. Tutaj jest tak wyrównany poziom, że detale decydują o tym, kto gra. Powody mogą być różne: jednego bramkarza trener lubi bardziej, albo gra ten, kto lepiej rozumie grę. Lub ten, kto akurat zagrał dobry mecz i wykorzystał swoją szansę.

W takim razie co ma Tomasz Kucz, czego nie ma wspomniana trójka bramkarzy?

– Oni nie mają doświadczenia, które ja nabyłem w Niemczech. Mam na myśli przez to technikę bramkarską. Wykonuję od nich lepiej tzw. kołyskę, a oni mają lepszy ode mnie obrót. To są małe szczegóły. Jeden z bramkarzy jest bardziej wyluzowany, można nazwać go typowym Brazylijczykiem z luźnym podejściem do pracy. Z kolei ja do tego podchodzę bardziej profesjonalnie. Lubię przyjść dużo wcześniej na trening, porozciągać się. Ktoś inny przyjdzie do klubu, przywita się i siedzi wpatrzony w telefon. Jedno i drugie podejście jest dobre, bo on lepiej się czuje, gdy chilluje. Z kolei ja się lepiej czuję, gdy się odpowiednio przygotuję do treningu w inny sposób.

A jakby odwrócić to pytanie: co mają ci golkiperzy, czego nie ma Tomasz Kucz?

–  Może tego luzu? Aby po prostu odpuścić, gdy ma się gorszy dzień. Powiedzieć trenerowi: “potrzebuję przerwy”. Ja czasami po prostu cisnę na siłę, gdy boli albo jak mi się nie chce. “Nie chce mi się” to też pojęcie względne, bo może się nie chcieć z lenistwa, ale może też chodzić o gorszy dzień. Moment, gdy masz świadomość, że pozostanie dłużej na treningu nie wpłynie na ciebie korzystnie, a wręcz przeciwnie. A ja cisnę na maksa.

A pod względem umiejętności?

– Oni są bardziej dynamiczni w niektórych pozycjach. Jednak są to szczegóły. Bardziej skupiam się na sobie niż na innych. Patrzę na innych pod takim względem, żeby coś wziąć do siebie i polepszyć, ale nie porównuję się z innymi. Bo to jest strasznie toksyczne.

Po pierwszym roku pobytu w Portugalii uważasz, że decyzja o tym, aby przenieść się do Vitorii, była dobra?

– Nie mam pojęcia czy to była dobra decyzja, czy nie. Na pewno to jest coś nowego, a ja lubię poznawać nowe rzeczy i ludzi. Dlatego Portugalia jest zupełnie czymś innym, czego jeszcze nie doświadczyłem w moim życiu. Tutaj jest zupełnie inny klimat, ludzie, mentalność i treningi. To jest coś mega ciekawego. Czy to jest dobra decyzja? Nie wiem, jak nie pójdzie po mojej myśli, to po prostu będzie to kolejna życiowa lekcja. A jak wyjdzie, to tylko można będzie się cieszyć.

Wiesz, złośliwi mogą ci powiedzieć, że masz niespełna 21 lat, a w ogóle nie grałeś i nie grasz na poziomie seniorskim…

– Nie obchodzi mnie to, niech sobie mówią, co chcą. To jest moje życie, jeśli oni siedzą i spekulują, kiedy ja zagram, i wciągają się w moje życie, zamiast się zająć swoim, to jest już ich problem. Robię swoją robotę i tyle.

Twoim zdaniem, dlaczego jeszcze nie grasz na poziomie seniorskim? Na swoim koncie masz tylko jeden mecz w barwach słowackiej drużyny DAC Dunajska Streda.

– Na Słowacji było tak, że pierwszy mecz zagrał Martin Jedlicka, przeciwko Slovanowi Bratysława. Na treningach szliśmy łeb w łeb. Trener postawił właśnie na niego, a on zagrał tzw. mecz życia. Później wypadał bardzo dobrze w każdym kolejnym spotkaniu. Został zawodnikiem miesiąca, potem otrzymał nagrodę dla najlepszego bramkarza całej ligi. Po prostu pech… a może szczęście? Że miałem okazję trenować z tak dobrym bramkarzem. Mogłem się też nauczyć od niego paru rzeczy. Jeżeli chodzi o Portugalię, to powiedzieli mi, że mają za dużo obcokrajowców i wolą stawiać na zawodnika z pola niż na bramkarza. Tutaj też można powiedzieć, że to pech. Bo czym ja zawiniłem? Że się Polakiem urodziłem, a nie Portugalczykiem? Może trochę szczęścia zabrakło, albo umiejętności. Ciężko powiedzieć, ale nie skupiam się na tym. Patrzę do przodu i robię swoje.

Jak wygląda infrastruktura Vitorii Guimaraes? Do jakich boisk mają dostęp drużyny rezerw i U-23?

– Mamy trzy boiska ze sztuczną nawierzchnią oraz cztery trawiaste. Jeżeli chodzi o boiska, to naprawdę nie ma na co narzekać. Przy klubie jest siłownia, więc jest gdzie potrenować. Stadion jest piękny, zbudowany w ciekawy sposób. Do tej pory nie widziałem takiej infrastruktury.

Jak twój język portugalski?

– Wygląda to u mnie tak, że pójdę na targowisko, zapytam się, co i ile kosztuje, i to wszystko. Po niemiecku szprecham bardzo dobrze, ale po portugalsku nie mówię najlepiej.

To jak sobie radzisz z komunikacją w klubie?

– Zasuwam po angielsku i ze wszystkimi rozmawiam w tym języku.

A jak wygląda kontakt z trenerami? Mówią po angielsku?

– Tak, gdy zdarzył się jakiś trener, który nie mówił, to bramkarze mi tłumaczyli. Nie było z tym problemu. Jak chcesz, to się z każdym dogadasz. Nie mamy problemu z komunikacją.

Jakbyś scharakteryzował treningi bramkarskie w Vitorii Guimaraes, bo wspomniałeś o tym, że są inne? 

– Po pierwsze – wszystko jest zależne od trenera, bo każdy może mieć inną wizję. Jeśli chodzi o grę w Niemczech i w Portugalii, to Niemcy zwracali uwagę na technikę, grę nogami, wybicia i ich siłę. Z kolei w Portugalii bazują na dynamice – szybkich, małych blokach, gdy wyrzucisz piłkę, musisz wykonać obrót przez tyłek. Wszystko robisz dynamicznie. Jednak pewne aspekty też się ze sobą zacierają, bo Portugalczycy zerkają na Niemców, a Niemcy na Portugalczyków. W skrócie Niemcy – technika, a Portugalia – dynamika. Natomiast na Słowacji był miks wszystkiego.

A jakbyś to zestawił z treningami w Polonii Warszawa?

– Tam miałem dwóch trenerów – Marka Chańskiego i Bartłomieja Gołaszewskiego. Z trenerem Chańskim bardzo dużo czasu pracowaliśmy nad techniką bramkarską. Jednak mówimy tutaj o starej szkole, czyli np. tak zwane “koszyczki”. Z trenerem Gołaszewskim było tak, że lubił ciężką pracę, np. musiałeś rzucić się dwanaście razy w jego stronę, a potem w drugą. Po takim treningu mogłeś czuć się wypompowany. Później razem pojechaliśmy do Niemiec, zobaczył, jak tam wyglądają treningi i zmienił swój styl, skupiając się na technice, aby zrobić z młodych bramkarzy jak największych profesjonalistów.

Arkadiusz Onyszko, czyli były bramkarz reprezentacji Polski, srebrny medalista olimpijski z Barcelony, często powtarza, że polscy trenerzy bramkarzy są na światowym poziomie. Czy możesz potwierdzić te słowa albo im zaprzeczyć? Masz już na to swój pogląd, bo trenowałeś w Bayerze, Vitorii, a także w Polsce.

– Pewnie, że mogę potwierdzić. W Polsce trenowałem jeszcze latem ubiegłego roku, gdy byłem przez moment bez klubu, po rozwiązaniu kontraktu z Bayerem. Trenowałem pod okiem Macieja Kowala, Piotra Kruszewskiego i Tomasza Grudzińskiego. Oni mieli swój styl trenowania. Obaj się różnili od siebie, ale muszę przyznać, że świetnie mnie trenowali, na wysokim poziomie. Gdy jechałem na testy do jakiegoś klubu, to czułem, że jestem w życiowej formie. To potwierdza, jakimi są profesjonalistami i że znają się na rzeczy. Mówimy tutaj o sytuacji z zeszłego roku, a nie o zamierzchłych czasach.

Do Bayeru Leverkusen trafiłeś w 2015 roku i spędziłeś tam niespełna cztery lata. Czego nauczyłeś się przez ten czas?

– Żeby wrzucić czasem na luz. Bo każdy jest tylko człowiekiem. Ci wielcy piłkarze, którzy tam są, to też tylko ludzie. Oni nie myślą tylko i wyłącznie o piłce, odpoczywają. Wiadomo, że jest taki Cristiano Ronaldo, który jest “świrem” pod tym względem. Widzimy, gdzie zaszedł. Jednak nie wszyscy tak mogą. Niektórzy zniszczyli by się psychicznie, gdyby w ich życiu był tylko trening. Jest czas na zabawę, rodzinę i inne rzeczy. Nie można cisnąć cały czas gazu do dechy. Czasem trzeba wrzucić trzeci bieg lub nawet jedynkę. To była dla mnie najważniejsza lekcja.

A jeśli chodzi o techniczne aspekty szkoleniowe? Czy właśnie w Polsce aż tyle nauczyli cię polscy trenerzy, że nie trzeba było wiele poprawiać w Niemczech?

– Spędziłem tam trzy i pół roku, więc wiele się nauczyłem. W Bayerze zmienili moją technikę. Podam jeden przykład: w Polsce uczyli mnie, że gdy piłka toczy się po ziemi, to bramkarz przyklęka na jedno kolano i ją łapię. Z kolei Niemcy tłumaczą, żeby rozstawić nogi szeroko i złapać piłkę, bo tak jest wygodniej. Tłumaczyli to tak, że gdy dziecko schyla się po piłkę, to nie robi tzw. kolanka, tylko ją łapię. Wiadomo, że pojawia się niebezpieczeństwo, że ta piłka przełamie ręce i odbije się między nogami, ale po to trenujesz, żeby tak się nie działo.

W Bayerze zdarzało ci się trenować z pierwsza drużyną. Kto robił największe wrażenie na treningach? Czyje strzały najtrudniej się broniło?

– Każdy miał swoje unikalne umiejętności. Np. Kai Havertz: nigdy nie widziałem żadnego zawodnika z takim luzem, który by z taką łatwością operował piłką. I to jeszcze w tym wieku (rocznik 1999 – przyp. red.). Karim Bellarabi jest bardzo szybki, a jak uderzył piłkę z całej siły, to ręce łamało. U Hakana Calhanoglu to samo, co u Bellarabiego, jeśli chodzi o strzał. Bracia Bender (Lars i Sven – przyp. red.) to prawdziwi kapitanowie. Za nimi można iść nawet w ogień. Na boisku potrafią cię zwyzywać od najgorszych, poza nim są najlepszymi przyjaciółmi. Gdy masz jakiś problem, to możesz się do nich zgłosić. Podobnie jest z Julianem Baumgartlingerem. Jonathan Tah to jest taki “dzik”, że go nie przejdziesz. Nie ma na to szans, a jak wejdziesz z nim bark w bark, to odlatujesz na pięć metrów.

Jak wyglądał kontakt młodego bramkarza, jak ty, z tymi, którzy byli kluczowymi postaciami w pierwszym zespole Bayeru? Mogłeś z nimi swobodnie porozmawiać? Doradzali ci?

– Oni byli świetni. Każdy po kolei – Bernd Leno to przemiły gość. Do tej pory mam z nim kontakt i czasem sobie popiszemy chwilę. Ramazan Özcan też ma bardzo ciekawy charakter. Potrafi cię zwyzywać, ale może też być dla ciebie jak ojciec. Bo jeśli chodzi o wiek, to jest trochę starszy ode mnie (Özcan ma 36 lat – przyp. red.). Lukas Hradecky jest strasznym wariatem, ale to także mega gość. Można z nim pogadać o wszystkim i się pośmiać. Z kolei Thorsten Kirschbaum to był taki śmieszek. Czasem nawet próbował sprowokować jakimś żartem, ale też był bardzo w porządku wobec mnie. W Bayerze panowała świetna atmosfera wśród bramkarzy. Każdemu takiej życzę.

Atmosfera, atmosferą, ale jeżeli chodzi o rady stricte bramkarskie – nie było z tym problemu?

– Jasne, nawet nie musiałeś o to pytać. Sami do ciebie podchodzili i mówili: “ja bym to zrobił tak”, “a może spróbuj to tak zrobić”. Nawet potrafili mi powiedzieć: “Tomek, zrób sobie dzień przerwy”. Mówili i robili to dla mojego dobra. Naprawdę to świetni ludzie. Jestem mega wdzięczny, że mogłem tam taką przygodę przeżyć.

Z jakiego powodu został rozwiązany twój kontrakt z Bayerem?

– Doznawałem wielu urazów. Był taki czas, gdzie przez pół roku byłem w klubie, ale tylko trenowałem. Grałem w drużynie U-19, gdzie spotykały mnie różne kontuzje. Gdy wróciłem z wypożyczenia z DAC Dunajska Streda, to miałem być czwartym bramkarzem w Bayerze. Trzeba było coś z tym zrobić. Wraz z klubem doszliśmy do porozumienia i rozwiązaliśmy kontrakt.

Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się na wypożyczenie do klubu DAC Dunajska Streda? To było podyktowane twoim aspiracjami, żeby znaleźć się w kadrze na mistrzostwa Świata U-20 w Polsce?

– Nie, wiadomo, że to przeszło mi przez myśl, ale to nie była moja główna motywacja. Po prostu chciałem grać i wejść w piłkę seniorską. W tym klubie był wtedy trener Peter Hyballa, z którym pracowałem w drużynach juniorskich Bayeru. Zadzwonił do mnie i powiedział, że chciałby mnie u siebie w klubie. Mnie nie trzeba było długo prosić. Trenera bardzo miło wspominam i od razu zadzwoniłem do menadżera, że chcę tam iść. Rozmowa była krótka. Tylko kluby musiały się ze sobą dogadać.

Jakbyś podsumował swoją przygodę na Słowacji?

– Wspaniała atmosfera. Będąc w tej drużynie, myślałem, że to U-19 (śmiech), bo wszyscy wyglądali bardzo młodo. Fajny okres, bo przyszedł też wielki sukces – drugie miejsce w lidze, eliminacje do Ligi Europy. Mam same pozytywne wspomnienia. Pracowali tam naprawdę świetni ludzie. Ciężko coś więcej powiedzieć, bo nie chcę wchodzić w szczegóły. Co było w szatni, zostaje w szatni. Jednak mam tutaj na myśli same pozytywne rzeczy, a nie kłótnie. Panowała tam atmosfera nie z tej ziemi. Na stadion przychodziło po 12 tysięcy osób. Kibice to wariaci!

Zagrałeś tylko jeden oficjalny mecz w tym klubie i przegraliście wtedy 3:4 z SKF Sered. Ten mecz długo siedział ci w głowie?

– Nie, ten mecz był tylko bodźcem do jeszcze cięższych treningów. Niesamowicie mnie to spotkanie zmotywowało. Później, gdy miałem wakacje, to trenowałem dwa razy dziennie. Płaciłem trenerom za treningi. Wydałem naprawdę sporo pieniędzy na dodatkowe jednostki. Pojechałem z rodzicami na wczasy all inclusive i zamiast się wylegiwać na plaży, to trenowałem, a później czytałem książki o samorozwoju. To był bodziec do cięższej pracy. Mecz poszedł w zapomnienie, w takim sensie, że nie przejmowałem się nim, ale zacząłem robić wszystko, co jest możliwe, żeby być jeszcze lepszym. Zasuwałem na treningach.

Jak wspominasz swoją przygodę w reprezentacji Polski U-19 u trenera Dariusza Dźwigały?

– Bardzo pozytywnie. Fajna atmosfera, świetni ludzie. Trener też świetny i z tego miejsca chciałbym go pozdrowić. Gdy zagraliśmy mecz towarzyski z Anglią i przegraliśmy 1:7, to już fajnie nie było, trochę zabolało. Mimo wszystko mam dobre wspomnienia. Wynik poszedł w świat…

Była długa rozmowa i analiza po tym meczu? 

– Była, ale takie bramki wpadały, że ciężko było coś powiedzieć. Bardziej decydowały detale o tym, że mogłem coś lepiej zrobić. Nikt mi za złe nie miał straconych goli. Siedem bramek boli niesamowicie, ale no cóż? Jedziemy dalej. Jeżeli do tej pory nadal gram w piłkę, to oznacza, że nie ma co się załamywać. Dawno o tym zapomniałem, a po czasie bardziej się z tego śmieję, aniżeli płaczę i narzekam.

Kilkukrotnie w tej rozmowie wspominałeś o kontuzjach. Jak mocno na ciebie wpłynęły?

– Gdy masz kontuzję i nie możesz trenować, to niesamowicie boli. Tym bardziej, gdzie miałem już dwa urazy, które wykluczały mnie z gry na pół roku. Nie mogłem wstać z łóżka, tak mnie skręcało z bólu. To na pewno nie jest fajne i pojawia się zwątpienie. Ale mam taki charakter, że zasuwam. Jak już mogłem prosto chodzić, a nie jak Smeagol z “Władcy Pierścieni”, od razu poszedłem na rehabilitację i trenowałem. Jak mogłem, to zostawałem dłużej. Musieli mnie stopować, żebym nie przedobrzył z treningami. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Co to były za urazy?

– Często nadrywałem mięsień w pachwinie. Z resztą w obu, raz w jednej, a raz w drugiej. Później znowu to samo. Do tego rwa kulszowa, miałem wyusunięty dysk, na szczęście nie musieli mnie operować. Miałem też problem z barkiem, bo jeden z zawodników we mnie wparował na meczu. Lekarz mi powiedział, że “jak to się jeszcze raz powtórzy, to jest 10% szans na to, że będę mógł grać w piłkę”. Wleciało mi to jednym uchem i drugim wyleciało. Lekarz nie będzie decydował o moim życiu i graniu w piłkę. Jak mi urwie rękę i nogę, to wtedy mogę się zastanowić. Jednak, gdy wszystko jest na swoim miejscu, to trenuję i zasuwam.

Myślisz o powrocie do Polski, aby grać w Ekstraklasie? A może miałeś już takie propozycje?

– Póki jestem za granicą i mogę poznawać nowych ludzi, kraje, stadiony itd., to chcę to robić. Nie tylko piłka jest ważna, ale i życie prywatne. To jest wielka przygoda. A do Polski zawsze mogę wrócić.

Może twój model kariery piłkarskiej jest podobny do tego, jaki wypracował sobie Łukasz Gikiewicz? Czyli podróże, granie w wielu krajach na całym świecie, a do tego przyzwoite zarobki?

– Nie porównuję się i nie myślę o niczyich karierach. To jest moja kariera i moje życie. Jak będę chciał wrócić do Polski, to wsiadam w samochód i jadę. Jeżeli oczywiście jakiś klub z Polski będzie mnie chciał. Jeżeli będzie oferta z Japonii, to polecę do Japonii. Słucham głosu serca i działam. Nie kombinuję w taki sposób, że za dziesięć lat chcę widzieć siebie tu albo tam. Chcę żyć z dnia na dzień. Takie jest moje nastawienie.

A sportowe ambicje?

– Być lepszą wersją siebie. Stawać się coraz lepszym i poprawiać swoje umiejętności. Mogę powiedzieć, że moim celem jest gra w Manchesterze United, ale jak mi nie wyjdzie to, co? To cały misterny plan w pizdu, cytując znaną polską komedię? Każdego dnia chcę być lepszy niż byłem wczoraj.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

– Na plaży w tropikach z wodą kokosową w ręku. Poważnie ci mówię! Ale jeśli pytasz o cele sportowe – to nie mam pojęcia. Myślę, że Anglia jest bardzo ciekawym miejscem i fajnie byłoby tam trafić. To było moje marzenie w dzieciństwie, żeby tam trafić i spróbować swoich sił, chociaż na jeden sezon.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Archiwum prywatne Tomasza Kucza