Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

Niewiele czasu poświęcam na Twittera. Raczej coś wrzucam, linkuję i znikam. Rzadko wdaję się też w dyskusje. Twitter to jednak takie narzędzie, że jak już się udzielam, to łatwo się wkręcam i mam ochotę się rozwinąć. Pokazać swój punkt widzenia bez limitu 280 znaków.

Twitterowe inspiracje regularnie więc mają wpływ na tematykę moich felietonów.

Ostatnio Zuza Walczak zapytała o to, jak na kursie trenerskim UEFA B wygląda część praktyczna egzaminu wstępnego.

W zasadzie na każdym kursie wygląda tak samo. Przynajmniej ja nie słyszałem o rozwiązaniach innych niż… mecz.

I tak przyszli uczestnicy poszczególnych kursów zjeżdżają się z całego województwa i najpierw, najczęściej, zasiadają do testu pisemnego, a po nim przechodzą na boisko.

Tam najczęściej przez około 30 minut rywalizują na boisku z innymi kolegami po fachu, a wszystkiemu z boku przygląda się kilkuosobowe jury, złożone z przedstawicieli danego ZPN-u.

Od zawsze ta część egzaminu mnie męczyła. Bo od zawsze się jej bałem.

Ponad pięć lat temu zerwałem po raz trzeci więzadła w kolanie i postanowiłem, że w piłkę nie będę już nawet kopał z kolegami. Serce przez dłuższą chwilę bolało, ale… co zrobić.

Kopanie na amatorskim poziomie uznałem za zbyt duże ryzyko. Późniejszej operacji, rehabilitacji, kosztów poniesionych z jednej strony na leczenie, z drugiej czasu zainwestowanego w powrót do życia. Ortezy, braku możliwości prowadzenia samochodu. Totalnej dezorganizacji życia zawodowego.

Jeżeli nie masz motywacji, by wrócić na jakiś poziom, kontuzja kolana jest cholernie uciążliwa. Przechodziłem to trzykrotnie i mam już dosyć.

Odmawiam więc nawet kumplom, których lubię. Po co jakimś zwrotem czy dryblingiem się narażać? Strzeliły mi trzy dychy, wszedłem w etap taki, że czuję stawy dużo wyraźniej niż przed dziesięcioma laty. Po dłuższym wieczorze też regeneruję się znacznie dłużej. Ale z drugiej strony nie jestem też sypiącym się, zardzewiałym wrakiem – sporo biegam, kiedyś wkręciłem się w crossfit, czasem pogram w tenisa czy innego ping ponga. I tak sobie funkcjonuję.

Przed kursem trenerskim nie ma jednak zmiłuj, trzeba wyjść na plac gry. I ja się tego boję.

Boję się, bo niektórzy myślą, że na tym boisku naprawdę ważą się losy ich przyszłości. Tego, czy znajdzie się dla nich miejsce na kursie, czy wypadną z grupy. Sporo jest takich ananasów, którzy więc na tych egzaminach “jeżdżą na dupach”, ale ta motywacja, co do której zasadności mam duże wątpliwości, w połączeniu z poziomem ich umiejętności piłkarskich – daje mieszankę wybuchową. Ktoś się wczuwa, ale to twoje nogi są zagrożone. A to granie w żaden sposób nie jest ubezpieczone.

Być może moje scenariusze wyglądają zbyt katastroficznie, ale naprawdę – jak przypomnę sobie półtorej godziny przeróżnych kombinacji na poduszkach sensomotorycznych dziennie latem 2015, to odechciewa mi się tego, co namiętnie przez wcześniejsze 20 lat robiłem niemal codziennie.

Jest jednak jeszcze drugi powód, dla którego praktyczną część egzaminów na kursach trenerskich uważam za bezsens.

Gdy coś jest fikcją, szkoda mi na to czasu. To trochę jak z równie fikcyjnymi badaniami lekarskimi, o których już kiedyś pisałem.

Bo niby jak ktokolwiek jest w stanie ocenić umiejętności piłkarskie kilkudziesięciu pierwszy raz w życiu widzianych osób? W tak krótkim czasie, przy takiej liczebności to nierealne.

Trochę przypomina mi to wagony piłkarzy z Afryki, którzy w latach 90-tych byli testowani w polskich klubach. Tak m.in. Zagłębie Lubin przeoczyło Michaela Essiena.

A propos Zagłębia: ze dwa lata temu na kurs UEFA C organizowany przez Dolnośląski Związek Piłki Nożnej przyjechał 18-latek z Lubina. Z jakiegoś powodu wtedy (nie pamiętam już takich szczegółów, ale mogło chodzić o dostępność boisk, a konkretnie jej brak), egzamin wstępny podzielono na pisemną część jednego dnia i boiskową rywalizację w innym terminie. Wszyscy przyjechali więc tylko na gierkę. Wspomniany młodzian, którego trenerzy znali dobrze z meczów w CLJ, po minucie został ściągnięty z murawy. – Dziękujemy – usłyszał. I mógł się iść kąpać. Ale w zasadzie prysznic był zbędny, więc sfrustrowany wsiadł w auto, którym wcześniej z domu pokonał 80 kilometrów drogi.

Ale abstrahując w ogóle od skautingowych możliwości trenerów-edukatorów i innych w ten proces zaangażowanych. Czy trener w ogóle musi umieć grać dobrze w piłkę?

(Arrigo Sacchi w tym momencie wstałby i krzyknął: nie trzeba być koniem, żeby zostać dobrym dżokejem! Oczywiście po włosku.)

I co to znaczy DOBRZE, bo to jest klucz? To jest trochę niedefiniowalne…

Przemek, nie uważasz, że trener dzieci i młodzieży powinien potrafić pokazać najprostsze elementy techniczne? To tak, jakby nauczyciel jazdy samochodem nie potrafił prowadzić – zapytał Waldek Szpręglewski.

Nie do końca się z tym zgadzam.

To na pewno przydatna umiejętność, ale gra tego nie ocenia. Poza tym, kurs UEFA B dot. głównie 13-18 latków i amatorów-seniorów. Który trener pokaże porządnie przerzut na 40 metrów? Poza byłym piłkarzem, nieliczni. Gdybyśmy chcieli to jakoś ocenić, licencja byłaby nie do zdobycia – odpisałem.

Generalnie to uważam, że jest mnóstwo znacznie ważniejszych elementów w szkoleniu niż właściwy pokaz. Wolałbym egzaminować z jakości komunikacji trenera z zawodnikami, wyżej cenię też tych, którzy potrafią wychwycić dlaczego komuś nie wychodzi jakieś zagranie i skorygować je. Oczywiście, jeśli do tego pokażą jak to zrobić – idealnie. Niemniej zawsze pokaz można delegować najlepszemu w grupie.

Pokaz to istotny element, szczególnie w grupach najmłodszych. Ale on, podkreślę raz jeszcze, jest jedną ze składowych. Deprecjonowanie trenerów, którzy nie mieli talentu piłkarskiego jest dla mnie znacznie większym błędem niż zezwalanie na samowolkę tych, którzy kopali nadzwyczaj prosto przez całe życie.

– Świat piłki nożnej pełen jest trenerów, którzy zachowują się jak dzieci. Zobacz, jak zachowują się oni przy linii bocznej, kiedy sędzia popełni błąd. To nie jest ładny obrazek, prawda? Krzyczą, są w emocjach, denerwują się. Co ma większy wpływ na dzieci – słowo czy zachowanie? Jakim wzorem do naśladowania są wszyscy ci trenerzy, którzy przy bocznej linii zachowują się jak idioci? Czy mówimy o pojedynczych przypadkach takich trenerów, o których mówimy, czy o większości? Taka jest większość… – powiedział w opublikowanym przed kilkoma dniami podcaście “Modern Soccer Coach” Raymond Verheijen. Trudno nie zgodzić się z Holendrem.

Dlaczego więc nikt nie egzaminuje przyszłych trenerów z zachowania przy linii?

***

Nie lubię tylko marudzić i narzekać. Lubię podsuwać rozwiązania. Dlatego na szybko wypunktuję, co moim zdaniem mogłoby być alternatywą dla “gierki” w ramach praktycznej części egzaminów:

– PREZENTACJA SWOJEJ WIZJI / IDEI / MODELU GRY – wystarczyłoby dwudziestominutowe spotkanie z grupą edukatorów, na którym trener omawia jak i dlaczego chciałby, by grały jego drużyny (to trener wybiera jakich grup wiekowych dotyczyć ma rozmowa i czy chce ją ubarwić dodatkową prezentacją lub materiałami multimedialnymi);

– ANALIZA MECZU – wspólne oglądanie meczu (na żywo lub w TV) + wypełnienie na jego bazie raportu taktycznego wg określonego wzoru (trener może też przygotować raport wg własnej koncepcji) – wszystkie prace zbierane są do 30 minut po ostatnim gwizdku sędziego;

– RAPORT SKAUTINGOWY – wspólne oglądanie meczu (na żywo lub w TV) + wypełnienie na jego bazie raportu skautingowego wg określonego wzoru (trener może też przygotować raport wg własnej koncepcji) – wszystkie prace zbierane są do 30 minut po ostatnim gwizdku sędziego.

Aczkolwiek to temat do dalszego rozwinięcia. Może w którymś z kolejnych moich felietonów?

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].