Wywiady

“Niektóre mecze były na ostrzu noża. Po jednym trzech zawodników pojechało do szpitala”

Determinacja, walka, zaangażowanie, nieustępliwość. Te cechy są bardzo istotne w kontekście rywalizacji. W sporcie dąży się do tego, żeby wygrywać, żeby odnosić sukcesy. Bez wspominanych cech jest to praktycznie niemożliwe. A jak to wygląda w przypadku dzieci, które np. grają w piłkę nożną? One kochają wygrywać, emocjonują się każdym meczem turniejowym czy ligowym. Obserwują swoich rywali, analizują tabele. A na boisku dają z siebie tyle, ile fabryka dała.

Na Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” jest mnóstwo emocji, stresu, płaczu i radości. Cechy prawdziwego wojownika, które się uwidaczniają, doprowadzają czasem jednak również do fauli czy urazów. Poznajcie historię walecznej drużyny z małej miejscowości  – MUKS Halny Kamienica – która w 2016 roku awansowała do wielkiego finału Turnieju i po rzutach karnych przegrała z drużyną z Iławy. O dalszych losach tych zawodników, kulisach dotarcia do meczu na Stadionie Narodowym i ciekawostkach związanych z tą ekipą, opowiedział nam prezes tego klubu, a także szkoleniowiec, który osiągnął wspomniany sukces – Janusz Piotrowski.

Jaka to była drużyna, która doszła do finału Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” w 2016 roku w kategorii U-12 chłopców?

– To była drużyna, która już wcześniej odnosiła sukcesy. Była oparta na zawodnikach, którzy wyróżniali się pod względem technicznym i przede wszystkim wiedzieli, po co przyszli do MUKS-u Halny Kamienica. Chcieli trenować, a rodzice tych chłopaków byli mocno zaangażowani w drużynę i pomagali – chociażby przy wyjazdach na mecze czy turnieje. Stworzyła się grupa zawodników, którzy chcieli coś osiągnąć. Dewiza naszego klubu to: “zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa”. Jeżeli w danym roczniku znajdowały się tzw. perełki, to szliśmy z nimi dalej i szukaliśmy większej rywalizacji. Już wcześniej byli w naszej szkółce zawodnicy, którzy dzisiaj wdrażają się do pierwszej ligi i są w takich klubach jak Sandecja Nowy Sącz, Dunajec Nowy Sącz, Wisła Kraków i Cracovia. A z tej drużyny, która wystąpiła na tym Turnieju – spora grupa gra do dziś w piłkę nożną. Mariusz Kutwa, Kacper Czepielik i Wojciech Urbański obecnie są zawodnikami Wisły Kraków. To są chłopcy bardzo rozwojowi, a sam klub wróży im ciekawą przyszłość. Z kolei w drużynach juniorskich Sandecji Nowy Sącz występuje czterech naszych byłych zawodników.

Niech nam trener powie kilka zdań też o samym klubie, który szerszej publiczności nie jest znany?

– Klub powstał w 1995 roku. Na początku najważniejsza była zabawa. Szukaliśmy utalentowanych dzieci w okolicy. Na początku tylko ja byłem trenerem. Dopiero później doszło kilku innych szkoleniowców. Kamienica to mała miejscowość umiejscowiona między Limanową, Nowym Sączem i pasmem górskim Gorce. Nasza gmina liczy 7 tysięcy mieszkańców. Gdy założyliśmy szkółkę, to zaczęli przychodzić do nas chłopcy również spoza naszej gminy.

Wasz teren był słabo zagospodarowany piłkarsko, że przyjeżdżali chłopcy z sąsiednich gmin?

– W każdej z sąsiednich gmin są drużyny piłkarskie, ale nie było szkółek, które zajmowałyby się szkoleniem młodzieży. Kilka lat naszej działalności od 1995 roku umocniło nas na rynku lokalnym. Robiliśmy dobrą robotę i rodzice bardzo chętnie przyprowadzali do nas swoje dzieci na treningi. Na naszych terenach objawia się sporo utalentowanych zawodników. Mamy w klubie pojedyncze “perełki”, którymi interesują się najlepsze kluby w Polsce. Mamy chłopaka z rocznika 2011, który regularnie jeździ na test-mecze do Wisły Kraków. Cały czas działamy i konsekwentnie pracujemy. A w tym czasie, który pana interesuje – zaczęło się od tego, że dzięki naszym dobrym występom na licznych turniejach zostaliśmy zauważeni, nawet przez ludzi z Warszawy. Otrzymaliśmy nagrodę w postaci wyprowadzenia reprezentacji Portugalii na Stadionie Narodowym. Dla dzieciaków to była niesamowita przygoda – iść obok takich zawodników, jak Cristiano Ronaldo czy Pepe. Na tym się nie skończyło, bo też wyprowadzaliśmy reprezentację Polski w meczu ze Szwedami i Niemcami. Na mistrzostwach Europy U-21 w Polsce też wychodziliśmy z zawodnikami różnych reprezentacji. To są niesamowite przeżycia i to też zachęcało dzieci i rodziców, żeby do nas przyjść. Mamy też fajną bazę do trenowania: orlik 60 x 40 metrów, a obok boisko pełnowymiarowe naturalne LKS-u Gorce Kamienica. Gdy do tego pojawiła się utalentowana grupa dzieci, sukces właściwie sam do nas przyszedł. Praca, zabawa i tak jakoś wyszło.

Jak wyglądała wasza droga na finały ogólnopolskie?

– Ta drużyna już była doświadczona w boju. W 2014 roku zajęliśmy trzecie miejsce w Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” w kategorii U-10. Niewiele brakowało, a awansowalibyśmy do finału. Graliśmy na różnych turniejach i to z powodzeniem. Rywalizowaliśmy m.in. w rozgrywkach międzynarodowych w Wiedniu. W 2015 roku wygraliśmy ostatni turniej orlika o Puchar Premiera RP w Warszawie. Puchar za zwycięstwo wręczyła nam ostatnia pani premier. To też było niesamowite przeżycie dla tych dzieci. A rok później zaczęły się przygotowania do Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”. Na etapie wojewódzkim w Krakowie było wiele uznanych ekip i raczej nikt nie przypuszczał, że my, drużyna z małej miejscowości, jesteśmy w stanie tak grać i wygrywać mecze. Jeżeli się nie mylę, to w finale pokonaliśmy 2:0 zespół z Nowego Sącza. W miarę pewnie przeszliśmy eliminacje do Warszawy, bo jeśli mnie pamięć nie myli, nie straciliśmy wtedy żadnej bramki. Mieliśmy bardzo dobrą obronę, na której bazowaliśmy. Do tego dochodzili świetni strzelcy, którzy zdobywali sporo goli. Na etapie wojewódzkim była jeszcze taka sytuacja, że przed meczami rozmawiałem z prezesem Małopolskiego Związku Piłki Nożnej, Ryszardem Niemcem. Zapytałem się go: “jeśli wygramy etap wojewódzki, to zorganizuje nam pan obóz przygotowawczy przed wyjazdem do Warszawy?”. Odpowiedział: “pewnie, nie ma problemu”. A później się okazało, że wygraliśmy etap wojewódzki (śmiech). Oczywiście prezes był słowny i Małopolski Związek Piłki Nożnej sfinansował nam obóz w Zakopanem. Chłopcy tydzień przed finałami ogólnopolskimi przygotowywali się do nich: trenowaliśmy i graliśmy tam sparingi, co też nam pomogło w Warszawie.

Jak wyglądały te przygotowania? Ćwiczyliście i graliście w formacji, której się występuje w Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Dwa lata wcześniej graliśmy na tym Turnieju i mniej więcej wiedzieliśmy, jak to wszystko wygląda. Na finałach ogólnopolskich grają sami najlepsi. Są drużyny, które opierają swoje składy o Szkoły Mistrzostwa Sportowego, czyli mają wyselekcjonowanych chłopaków, najlepszych z najlepszych, i trenują na świetnych obiektach. A my jesteśmy MUKS Halny Kamienica i nasza nazwa wyglądała blado przy tych wszystkich ekipach. Jednak nie odczuwaliśmy strachu. Chłopcy byli naładowani pozytywną energią, chcieli grać, walczyć, byli pewni siebie. I ruszyliśmy na podbój Warszawy!

Z jakimi nastrojami i nastawieniem jechaliście do Warszawy? 

– Z bardzo pozytywnymi. Powtarzałem im, że jest taka szansa, że możemy wygrać. Budowaliśmy atmosferę w drużynie, a ci chłopcy bardzo w siebie wierzyli. Po cichu też wierzyłem w to, że możemy coś osiągnąć w Warszawie. Bo, jeżeli rok wcześniej zdobyli Puchar Premiera RP, to znaczy, że mieli na to szansę. Pojechaliśmy do Warszawy w bojowych nastrojach.

Dotarcie do wielkiego finału Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”sprawiło wam większe trudności?

– Było bardzo ciężko. Nie spodziewaliśmy się, że tak będzie. Wygrywaliśmy mecze po 1:0, 2:0, 2:1, czyli wszystko na styk. Trafiliśmy na takie drużyny jak UKS SMS Łódź i wiele innych znanych szkółek piłkarskich, które grały w piłkę na wysokim poziomie. Nie baliśmy się rywali, chcieliśmy pograć w piłkę z tymi drużynami. Szczęście nam sprzyjało i wygrywaliśmy mecz za meczem. Pokonaliśmy drużynę z Ząbek po rzutach karnych. Były to trudne spotkania. Mieliśmy bardzo dobrego bramkarza. A nasz obrońca, Mariusz Kutwa, który obecnie gra w Wiśle Kraków, potrafił stanąć na bramce w konkursie “jedenastek” , gdy pierwszy golkiper nie czuł się na siłach. Bronił i strzelał rzuty karne (śmiech).

Jak wyglądały ostatnie chwile poprzedzające finał na Stadionie Narodowym? Udzielały się chłopakom wielkie emocje?

– Tak, emocje były niesamowite. Byli przy nas rodzice i oni nam pomagali. Po dwóch dniach zmagań wyszliśmy pod wieczór na lody, pochodziliśmy po Warszawie, pozwiedzaliśmy. Po to, żeby ich wyluzować. Mieli odpocząć od tego wszystkiego, żeby też trochę zapomnieli o tym, co ich jutro czeka. Wieczorem zrobiliśmy spotkanie ze wszystkimi zawodnikami i rodzicami. Omówiliśmy nasze dotychczasowe mecze i plany na ostatni mecz. Zwracaliśmy uwagę na to, co nam wychodziło, a co nie. Chłopcy byli w stresie. Jednak byli też przygotowani na to, że jest szansa na zwycięstwo w Turnieju. Wiedzieli, że dadzą z siebie wszystko.

Pamięta trener, co mówił chłopakom przed samym meczem? Gdy trener mówił do nich w szatni lub na boisku, to widział, że te słowa do nich docierały? 

– Myślę, że docierały (śmiech). Jednak to są tylko dzieci, które zaczynały swoją przygodę z piłką. Czuli niesamowitą tremę przed wyjściem na Stadionie Narodowym i samą grą. Jednak, gdy tak na nich patrzyłem, to byli skupieni i słuchali, co do nich mówiłem. Później starali się realizować założenia przedmeczowe. Wydaje mi się, że funkcjonowało to dobrze.

Wiele osób, które obserwują ten Turniej z bliska, mówi że w meczach finałowych zawodnicy i zawodniczki pokazują 50% swoich umiejętności. To jest spowodowane tym, że jest to duży stres, emocje i to wszystko ma ogromny wpływ na dyspozycje małych piłkarzy i piłkarek. Czy trener zauważył to po swoim zespole?

– Było tak, że chłopcy byli nastawieni na grę i walkę. Nie słyszeli nic, co się działo poza tym meczem. Tak naprawdę, to byliśmy skazani na porażkę. Jednak jesteśmy z niewielkiej miejscowości. Komentator zapowiadający ten mecz przedstawił nas jako górali. Sugerując, że jesteśmy drużyną siłową, a ci drudzy to świetni technicy, synowie znanych piłkarzy. Mariusz Kutwa był świetnym kapitanem. Potrafił zmobilizować całą drużynę, czuwał nad meczem. W każdej chwili starał się pomagać i motywować, gdy coś było nie tak. Atmosfera meczu była świetna. Wyprowadzali nas znani piłkarze, prezes Zbigniew Boniek, to też są niesamowite wrażenie. A sama gra na Stadionie Narodowym przed taką publiką, to też jest coś pięknego!

Pamięta trener mecz finałowy minuta po minucie?

– Obie drużyny zaczęły bojaźliwie. Naszym założeniem przedmeczowym była gra wysokim pressingiem. Wiedzieliśmy też, że nasi rywale z SSP 4 Iława to niezła drużyna techniczna. Widzieliśmy ich poprzednie mecze. Gdyby nie było tej presji, to ciężko by się nam z nimi grało. Podeszliśmy bardzo wysoko, naciskaliśmy na rywala, żeby odebrać piłkę. Jeszcze w pierwszej połowie zdobyliśmy gola na 1:0. Właśnie po odbiorze piłki poszła kontra i Andrzej Sikora strzelił pięknego gola. Wydawało się, że wszystko się fajnie układa. W drugiej części gry dość przypadkowo nasz zawodnik dostał piłką w rękę i sędzia odgwizdał rzut wolny. Zawodnik drużyny przeciwnej uderzył z całej siły ten stały fragment gry, trafił w poprzeczkę, a inny chłopak szybko dobił ten strzał i było 1:1. Obie drużyny dawały z siebie wszystko, ale nie udało się wyłonić zwycięzcy w  podstawowym czasie gry. I rzuty karne, czyli największy stres, jaki jeszcze może być w finale. Powinni przyznać obu drużynom pierwsze miejsce (śmiech). Bo dzieci później nie rozumieją tej porażki. Niestety, jeden z naszych zawodników nie wykorzystał karnego, a rywale wszystko wykorzystali i przegraliśmy po rzutach karnych.

Trudno było pozbierać chłopaków z boiska po tym finale?

– Tak, chłopcy mieli łzy oczach, niektórzy płakali. Starałem się ich pocieszyć, że to, co zrobili, nie tylko na tym Turnieju, ale na wielu innych, to coś wielkiego. Nie zawsze się wygrywa. Czasami się przegrywa, ale trzeba się podnieść, dalej grać i próbować wygrywać. I oni to rozumieli. Po chwili im to przeszło. Gdy przeglądam zdjęcia z tamtego okresu, to już byli uśmiechnięci przy odbiorze pucharu. To była niesamowita przygoda. A życie pokazało, że ci chłopcy byli na tyle twardzi i zdecydowani, że siedmiu z nich jest teraz na wyższym poziomie i mogą jeszcze wiele osiągnąć.

Jak wyglądała podróż do domu? Cisza w autobusie?

– Najpierw pojechaliśmy do McDonalda (śmiech). Rodzice postawili chłopakom obiad. Do tego doszły lody, żeby ich podbudować. Emocje opadły. Podchodzili do tego na luzie, z uśmiechami na twarzach, żartowali. Oczywiście też wspominali sytuacje z tego meczu. A podróż do domu? Była spokojna, bo już byli mocno zmęczeni i wróciliśmy do domu w późnych godzinach wieczornych.

Po powrocie do domu odczuliście popularność? Było o was głośno w regionie?

– W dniu, kiedy graliśmy finał na Stadionie Narodowym, na naszym facebookowym profilu było ponad 10 tysięcy wejść. Wiele osób nas obserwowało. Odebraliśmy wiele gratulacji. Odbywały się też osobne spotkania, żeby nam pogratulować i podziękować za ten sukces. Odbiło się to szerokim echem. A ten sukces dowartościował nasz klub i tę drużynę oraz mobilizował do dalszej pracy.

Co najbardziej trenerowi utknęło w pamięci, jeżeli chodzi o Turniej?

– Przede wszystkim finał, ale muszę też pochwalić organizację tego Turnieju. PZPN stanął na wysokości zadania i zrobił to bardzo fajnie. Nawet były dodatkowe atrakcje podczas losowania, bo pojawiła się Margaret, zaśpiewała kilka piosenek, a dzieci mogły zrobić sobie z nią zdjęcie. PZPN zadbał o wszystko – hotel, jedzenie, autokary – stało to na wysokim poziomie. Wszystko mieliśmy za darmo. To było fajnie zrobione. A niektóre mecze bardzo dobrze pamiętam do dziś, bo były na ostrzu noża. Trzeba było włożyć wiele ambicji w te starcia. Był taki mecz, gdzie po końcowym gwizdku odwoziliśmy trzech zawodników do szpitala. Jeden dostał bezpośrednio korkiem w czoło i miał podejrzenie wstrząsu mózgu. Drugi też został kopnięty, ale między nogi i wydawało się, że to będzie poważna sprawa, ale udało się z tego wyjść. Rywale nas ostro traktowali. Nie było lekko.

Finalnie nic nikomu poważnego się nie stało?

– Pozostały tylko ślady po tych starciach. Tego dnia chłopcy już nie zagrali, bo byli na badaniach w szpitalu, a był jeszcze jeden mecz do rozegrania. Jednak następnego dnia byli już gotowi do gry.

Czy może trener opowiedzieć jakąś historię, ciekawostkę związaną z tym Turniejem?

– Chłopcy podeszli do Zbigniewa Bońka i zaczęli się z nim bawić piłką. Bardzo fajnie to odebrał i żonglował z nimi. Ta była cały czas w powietrzu. Trenerzy kadr wypatrzyli kilku naszych zawodników. I później jeden z naszych piłkarzy pojechał na obóz dla najlepszych z tego Turnieju. Fajny mieli kontakt z chłopcami. Podchodzili i pytali się o różne rzeczy. Do tego też dochodzili dziennikarze, którzy robili wywiady z naszymi chłopakami. Moim zawodnikom to się podobało, byli medialni (śmiech).

Dlaczego warto wziąć udział w Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Małe szkółki mają pod górkę w tym Turnieju. Bardzo ciężko jest się im przebić. Regulamin tych rozgrywek co roku jest modyfikowany i zmieniany, ale grają tam mocne ekipy. W 2018 roku drużyna z naszego klubu również awansowała na finały ogólnopolskie, ale niestety nie wyszła z grupy. Jednak pamiętam jeden mecz, gdzie najniższy zawodnik rywali był wyższy od wszystkich naszych zawodników. To też pokazuje, z jakimi trudnościami musieliśmy się mierzyć. Dlaczego warto wziąć udział? Na każdym etapie chłopcy pograją sobie w piłkę nożną, otrzymają pamiątki. Od etapu wojewódzkiego poziom sportowy rośnie. Fajne są podarunki do firmy Tymbark, która też zapewnia stroje. To jest jeden z największych turniejów w Europie. Trzeba ciężko pracować, żeby się przebić, ale jak już to się uda… To jest to dla tych dzieci niesamowita przygoda.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Łączy Nas Piłka, archiwum prywatne Jarosława Piotrowskiego