Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Paweł Zieliński

Dlaczego Piotr Zieliński gra we Włoszech, a jego brat “tylko” w Miedzi Legnica? Czy starszy zazdrości młodszemu kariery? Co dzisiejszy pierwszoligowiec chce jeszcze osiągnąć w piłce? Kto miał największy wpływ na jego piłkarski rozwój? Paweł Zieliński wspomina swoje początki z futbolem.

Wychowywał się pan w Ząbkowicach Śląskich.

– Tak. Nasi rodzice początkowo prowadzili pogotowie opiekuńcze, do którego trafiały dzieci na maksymalnie dziesięć miesięcy, a teraz prowadzą dwa domy dziecka, które powstały dzięki Piotrkowi.

Znalazłem w internecie informację, że nie był pan zadowolony z tego, czym zajmują się rodzice.

– Chyba bardziej chodziło o Piotrka, ja byłem starszy i podchodziłem do tego spokojniej. Miałem wtedy 12 lat. Nie miałem z tym problemu. Piotrek miał wówczas osiem i za bardzo nie rozumiał, dlaczego pojawiały się jakieś nowe dzieci w domu. Chyba czuł się trochę odrzucony z tego powodu.

Jest pan starszy od Piotrka od cztery lata. Dla pana był już gówniarzem?

– Cztery lata, w tym wieku, to duża różnica i był mega gówniarzem. Nigdy nie spodziewałem się, że uda mu się wejść na taki poziom. Zawsze uważałem go, za przeproszeniem, za gówniarza, ale później ta różnica wieku się zacierała.

Jak zaczęła się pana przygoda z piłką?

– Moja przygoda z piłką rozpoczęła się dosyć standardowo. Tata grał w Orle Ząbkowice Śląskie (IV liga), mamy jeszcze starszego brata, Tomasza, i zawsze chodziliśmy z mamą na mecze, obserwowaliśmy tatę w akcji. Złapaliśmy bakcyla i potem już poszło. Tata został naszym pierwszym trenerem w klubie. Każdy z nas stawiał pod jego okiem pierwsze kroki.

Ile miał pan lat, gdy poszedł na pierwsze zajęcia?

– Miałem wtedy sześć lat, a Piotrek był jeszcze młodszy. Rodzice załatwili mu „lewą” legitymację, bo w klubie mogły trenować dopiero dzieci w wieku szkolnym.

Od początku grał pan w obronie?

– Nie, nie. Dopiero w Śląsku Wrocław zacząłem regularnie grać w defensywie. Ze względu na swoje warunki fizyczne, grałem na boku obrony – ostatecznie zostałem prawym obrońcą. Chyba było mi to pisane. Wcześniej występowałem na wszystkich pozycjach, tylko między słupkami nigdy nie stałem.

Przez to, że wasz tata był trenerem, wymagał od was więcej niż od innych dzieciaków czy mieliście z tego powodu łatwiej?

– Oczywiście, że zawsze od nas wymagał więcej. Nawet na głupich rozgrzewkach musiałem być najlepszy, a jeżeli nie byłem, to trenowaliśmy to dalej. Ojciec był niezłym katem, dlatego wyszliśmy na ludzi.

Jak wyglądała infrastruktura w Ząbkowicach Śląskich? Na czym skupialiście się na treningach?

– Na pewno treningi bardzo różniły się od tego, co jest teraz. Mamy „Narodowy Model Gry” i szkolenie w szkółkach wygląda trochę bardziej profesjonalnie. W Ząbkowicach mieliśmy dobrą bazę. Nie mieliśmy większych powodów do narzekania, warunki były całkiem fajne.

Pamięta pan swoją pierwszą parę butów piłkarskich, trykot?

– Powiem szczerze, że nie, ale tata pracował też trochę w Niemczech, więc na pewno były to korki Adidasa. Ale już nie pamiętam modelu. Jeżeli chodzi o trykot, to była to koszulka Andy’ego Cole’a z Manchesteru United.

Był pan fanem „Czerwonych Diabłów”?

– Kiedyś.

Teraz jest to trochę trudniejsze?

– Zgodzę się. Obecnie jestem kibicem Miedzi Legnica i Napoli.

No to kluby z podobnego szczebla.

– Prawie (śmiech). W Miedzi występuję, w Napoli gra Piotrek, więc do klubów, za które ściskam kciuki, dołożyłbym jeszcze Unię Barnów, w której Tomek jest trenerem.

Miał pan koszulkę Andy’ego Cole’a, to on był pana piłkarskim idolem?

– Nie, moim największym idolem był Ronaldo – ten prawdziwy, z Brazylii. Niesamowicie mi imponował.

Uprawiał pan także inny dyscypliny sportowe?

– Nie, ale miałem zajawkę na koszykówkę. Graliśmy trochę z kolegami, ale wzrost mi nie pomagał, bo mierzę 175 centymetrów „w kapeluszu”. Było więc dosyć ciężko. Grałem też przez jakiś czas w tenisa, ale to było bardziej urozmaicenie treningów piłkarskich.

Jakie miał pan marzenie związane z piłką w dzieciństwie?

– Marzenia miałem ogromne – najpierw chciałem grać w Manchesterze United, a później w Realu Madryt. Chciałem też występować w reprezentacji. Życie trochę zweryfikowało moje plany, ale i tak jestem zadowolony z tego, co do tej pory osiągnąłem. Mam dopiero 30 lat i jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

W Ząbkowicach braliście udział w różnych turniejach młodzieżowych?

– Tak. Jeździliśmy po różnych turniejach, głównie lokalnych. Dzisiaj dzieciaki do pewnego wieku grają tylko i wyłącznie w turniejach, w dodatku – dobrze obsadzonych. W moich czasach było pięć drużyn i każdego tygodnia rozgrywaliśmy turniej między sobą.

Piotr Zieliński brał udział w Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”, pan również miał jakąś styczność z tą inicjatywą?

– Nie brałem w niej udziału jako zawodnik, ale moja styczność z Turniejem „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” polegała na tym, że kibicowałem Piotrkowi. Jeździłem wspierać go do Wrocławia. Czy kiedyś takich inicjatyw brakowało? Na pewno tak. Teraz obserwatorów i skautów jest zdecydowanie więcej niż kiedyś. Wcześniej wyławiają piłkarskie perełki. Kiedyś tego nie było. Dużo chłopaków z mojego rocznika i starszych po prostu przepadło, bo jak występowali w mniejszych miejscowościach, gdzie nie było perspektyw na większe granie, sami rezygnowali lub rodzice ich do tego przymuszali.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Początkowo nie, ale później zdałem maturę, zrobiłem studia licencjackie, teraz jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej. Zabezpieczałem się pod tym kątem, gdyby w piłce nie wyszło…

I czym by pan się zajmował?

– Nie wiem, chciałem pracować w BOR-ze, ale tam bardzo ciężko się dostać, więc pewnie skończyłbym jako policjant.

Wyróżniał się pan w drużynach młodzieżowych?

– Myślę, że na Dolnym Śląsku byłem dosyć wyróżniającym się chłopakiem. Później wyjechałem do Lubuskiego ZPN-u, gdzie zderzyłem się z legendą Michała Janoty, który naprawdę był mega kotem. Zobaczyłem naprawdę wyróżniającego się zawodnika na tle innych. Występowałem w kadrach wojewódzkich, ale nigdy nie otrzymywałem powołania do młodzieżowych reprezentacji kraju. Ktoś na górze tak chciał… Ominęły mnie młodzieżówki, ale zadebiutowałem w Ekstraklasie. Niektórzy mają pełno występów w kadrach juniorskich, a chwilę potem nie grali już w piłkę.

Tata jest trenerem, któremu zawdzięcza pan najwięcej?

– Bezapelacyjnie. To on we mnie wszystko zaszczepił i zawsze uważałem go za najlepszego trenera, jakiego spotkałem. Jemu najwięcej zawdzięczam. W takim już profesjonalnym życiu piłkarskim, bardzo dużo zawdzięczam też trenerowi Grzegorzowi Kowalskiemu, który ściągnął mnie do Ślęzy Wrocław. On, wraz z trenerem Pawłem Barylskim, którego również bardzo szanuję, załatwili mi transfer do Śląska. Jeżeli chodzi już o najwyższy poziom, to trener Tadeusz Pawłowski postawił na mnie w klubie i to za jego kadencji rozwinąłem skrzydła oraz mogłem pokazać się na ekstraklasowej, ale też międzynarodowej arenie, bo zagrałem cztery mecze w eliminacjach do europejskich pucharów, za co też jestem trenerowi i całemu klubowi wdzięczny.

Zapytam może trochę brutalnie, ale dlaczego Piotr Zieliński gra w Napoli, a Paweł… w Miedzi Legnica?

– Bo… nauczyłem go tego wszystkiego (śmiech).

Czyli, gdybym zapytał Piotrka, kto był jego piłkarskim wychowawcą, to wskaże pana?

– Nie no, żartuję. Piotrek miał o tyle fajnie, że mamy starszego brata Tomka, który tak mnie wyszkolił, że zagrałem ponad 80 meczów w Ekstraklasie. Później wspólnie wyszkoliliśmy Piotrka tak, że dzisiaj gra w reprezentacji i w Serie A. Fajnie, że mu się udało. Ja jestem zadowolony ze swojego życia, z tego, co osiągnąłem i jeszcze osiągnę. Nie ma we mnie żadnej zazdrości, po prostu… „coś nie pykło” i on jest tam, a ja tutaj.

Jakie sobie pan jeszcze stawia cele w piłce nożnej?

– Chciałbym jeszcze zagrać na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Z Miedzią lub innym klubem. Zobaczymy, jak to będzie. Mam w Legnicy ważny do końca roku kontrakt, naszym celem jest awans do Ekstraklasy i czas pokaże czy nam się to uda.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix