Wywiady

CLJ-ka od środka: “Granie pod utrzymanie piłki jest dla mnie nudne”

Co słychać w akademii piłkarskiej MKS Polonia Warszawa? Jak im się układa współpraca z III-ligowym klubem? Doszli do porozumienia czy nadal funkcjonują wyłącznie obok siebie? Na te pytania odpowiedział nam Adam Chmielewski, trener koordynator grup jedenastoosobowych w akademii oraz szkoleniowiec drużyny występującej w CLJ U-17, która obecnie lideruje grupie A. Z uwagi na fakt, że to kolejna odsłona “CLJ-ki od środka” nie zabrakło oczywiście tematów związanych z Centralną Ligą Juniorów.

W miniony weekend pana drużyna pokonała Legię Warszawa 6:3 w meczu na szczycie. Czy zwycięstwo w derbach smakuje lepiej od innych wygranych?

– Na pewno tak, bo to nie są zwykłe mecze. Na takie spotkania nie trzeba nikogo mobilizować. Zawsze powtarzam przed takimi starciami, że jest to dla moich zawodników sprawdzian. Spotykają się z piłkarzami z najwyższej półki krajowej – wyselekcjonowanymi do tego, żeby później grać w zawodowym futbolu. Dla każdego zespołu, który się z nimi spotyka, jest to porównanie sił i odpowiedź na pytanie: “na co mnie stać?”. Traktujemy takie mecze jak sprawdzian w szkole. Wiadomo, że nasi chłopcy na takie spotkanie sprężają się podwójnie. Dodatkowym smaczkiem jest to, że zawodnicy, którzy nie przechodzą dalszej selekcji w Legii Warszawa, przechodzą do innych klubów. Tak się złożyło, że dwóch takich piłkarzy trafiło do nas. Obaj wystąpili w tym meczu i zagrali bardzo dobre zawody – obaj strzelili bramki. Uważam, że to był dobry mecz. Oczywiste jest też to, że cieszmy się z tego, że udało nam się wygrać.

Trenera zdaniem, co zaważyło o tym, że wygraliście derby? Obejrzałem skrót tego spotkania i rzuciły mi się w oczy indywidualne popisy waszych zawodników przy bramkach. O czym najlepiej świadczy pierwszy gol zdobyty przez Kacpra Jakóbczyka (wideo poniżej).

– Kacper (Jakóbczyk – przyp. red,) zagrał bardzo dobry mecz, zaliczył asystę przy pierwszym golu, a później zdobył dwie bramki. Ta jedna rzeczywiście była bardzo ładna. Aczkolwiek uważam, że o dobrym wyniku zadecydowała gra zespołowa – wysoki pressing, środek pola. Nasi pomocnicy wygrali ten mecz w środkowej strefie boiska. Z tego wzięło się nasze zwycięstwo, bo to oni po odbiorach napędzali nasze ataki. Oczywiście pozostali zawodnicy również zagrali bardzo dobre zawody. Aczkolwiek decydujący w tym spotkaniu był środek pola.

https://twitter.com/Kam_Ols/status/1315949554609598465

Dzięki tej wygranej wskoczyliście na fotel lidera. Po dziewięciu kolejkach macie na swoim koncie 20 punktów i oczko przewagi nad drugą Legią. Jak podsumuje trener dotychczasowe poczynania swojego zespołu?

– Znów powtórzę te same słowa: mocne zespoły w lidze powodują, że potrafimy grać tydzień w tydzień bardzo przyzwoicie. Przydarzył nam się słabszy mecz w Łodzi z UKS-em SMS (0:2 – przyp.red.). Być może zbyt luźno podeszliśmy do tego meczu i czuliśmy się zbyt pewnie – za co dostaliśmy nauczkę. Bardzo dobrze, że tak się stało. Celem samym w sobie nie jest wygranie ligi w rundzie jesiennej. Każdy kolejny mecz ma pokazywać wartość tych zawodników, oni mają się rozwijać. Myślę, że motoryka jest u nas na dobrym poziomie, co też podkreślił po tym meczu szkoleniowiec Legii. Staramy się wybiegać każde spotkanie. Myślę, że będziemy grali swoje do końca rozgrywek, a co z tego wyjdzie? Ciężko powiedzieć. Prawda jest taka, że Legia, UKS SMS, jak i Jagiellonia Białystok mogą skończyć na pierwszym miejscu w tabeli. Zobaczymy, to jest tylko futbol młodzieżowy, dzisiaj zagraliśmy świetnie, a za tydzień możemy zagrać źle. I nie mamy na to żadnego wpływu. To są młodzi ludzie. Stabilizacja to słowo, które ciężko wdrożyć do słownika młodych zawodników.

Jakby trener określił poziom grupy A CLJ U-17 w tym sezonie?

– Powiem tak: średni poziom jest dość wysoki. Uśredniając poziom całej ligi i patrząc na to, co było w zeszłym roku i to, co też widziałem trzy lata temu w lidze makroregionalnej – są mniejsze dysproporcje między najlepszymi a słabszymi zespołami. Uśredniając, poziom jest wyższy. Tak się dzieje też z tego względu, że jest mniej przesunięć w drużynach Legii czy Jagiellonii – do rocznika starszego. W zeszłym roku bywało tak, że grywali praktycznie sami młodsi zawodnicy. A teraz wygląda to tak, że głównym rocznikiem jest 2004 i jest kilku zawodników z 2005. Aczkolwiek każdy do swojej kadry dokłada jakiegoś młodszego chłopaka. A w ubiegłym roku wyglądało to nieco inaczej. Zaskoczeniem na minus w tegorocznych rozgrywkach jest też Escola, bo wszyscy liczyli na to, ja też, że będą walczyli o czołowe lokaty. A obecnie są w bardzo ciężkiej sytuacji i będą robić wszystko, żeby nie spaść z ligi.

U was głównym rocznikiem jest także 2004?

– Bazujemy na roczniku 2004. Oni w zeszłym roku wygrali ligę wojewódzką. Przesuwaliśmy ich do starszych drużyn – CLJ U-17. Dwóch grało nawet w drużynie U-19, gdzie głównie występowali zawodnicy z roczników 2001 i 2002. Widać, że teraz są bardziej obyci, inaczej grają. W tamtym roku dochodziło do wielu przesunięć. Teraz wygląda to tak, że gramy rocznikiem 2004, mamy stabilną kadrę. Nie ma takiej potrzeby, bo nasz starszy zespół świetnie sobie radzi w lidze wojewódzkiej i nie potrzebują naszego wsparcia. Być może dojdzie do takich ruchów na wiosnę, kiedy przyjdzie rywalizacja w lidze makroregionalnej. Z kolei jeżeli chodzi o rocznik młodszy – dwóch piłkarzy z rocznika 2005 jest na stałe włączonych do naszego zespołu i występują w większości spotkań. Do tego też dwóch-trzech innych trenuje z drużyną. Mamy na tyle liczny i mocny zespół, że jeżeli wziąłbym kogoś nowego, musiałbym zrezygnować z kogoś innego. A staramy się, żeby każdy z nich na koniec tygodnia miał rozegraną jednostkę meczową. Raczej dochodzi u nas do takich ruchów, żeby ci, którzy grają mało w CLJ U-17, łapali minuty w drużynach U-18 lub U-19.

Jak prezentuje się potencjał kadrowy waszej drużyny?

– Zaczynając o tyłu: trenujemy dwoma bramkarzami, szukaliśmy trzeciego, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że skoro w roczniku 2005 mamy pięciu golkiperów, zawsze możemy kogoś przesunąć do naszego zespołu. Obecnie wyłonił się u nas podstawowy bramkarz i broni on najwięcej, aczkolwiek nie ukrywam, że jeszcze będzie dochodzić do rotacji na tej pozycji – niezależnie od tego czy gramy o coś, czy nie, bo te mecze są po to, żeby zawodnicy mogli się rozwijać. W obronie mamy sporo stoperów, którzy są w ciągłej rotacji, ale pod takim względem, że są oni na dobrym poziomie. Na bokach defensywy mamy po dwóch zawodników, może nie jest bogato, ale radzimy sobie. W pomocy bardziej jakość niż ilość. Gramy trójką pomocników, a korzystamy de facto z czterech, pięciu zawodników. Najwięcej bogactwa, i to chyba widać po tabeli, jest z przodu. Gramy trójką napastników i mamy w obwodzie jeszcze czterech zawodników. Oni też grają w pewnej rotacji. Strzelamy dużo bramek, co też pokazuje, że ich jakość jest przyzwoita. Może to też wynika ze sposobu naszego grania – chcemy grać na napastników, nie rozgrywamy długo piłki, a szybko przenosimy ją do przodu. Na razie wygląda to tak, że więcej strzelamy niż tracimy. Niech tak pozostanie, bo to też się ludziom podoba.

W jaki sposób scharakteryzowałby trener swój zespół?

– Mój zespół cechuje się przede wszystkim dobrym przygotowaniem motorycznym i tym, że chcemy grać szybko, do przodu, agresywnie, wysoko i, w moim rozumieniu, nowocześnie. Wzoruję się na niemieckich drużynach, tj. RB Lipsk, Borussia Dortmund, Bayern Monachium. Czy też na Hoffenheim, które gra od dawna trójką z tyłu. My też próbujemy to robić. Nie ukrywam, że jest to mój wzorzec, pod który próbuję grać. Nasza gra bazuje na ofensywności, odwadze i tzw. “grze na tak”. Nie lubię futbolu zachowawczego, “mielenia” piłki z lewej do prawej nogi i grania pod utrzymanie piłki. Może jest to dobre rozwiązanie, ale mi się to nie podoba, jest to dla mnie nudne. Nie lubię takiego futbolu. Wolę taki, w którym cały czas się coś dzieje. U mnie nawet stoper po wyprowadzeniu piłki może wyjść na obieg do przodu. Nawet zachęcam ich do takiego rozwiązania, kiedy mają taką możliwość. Po to, żeby chłopcy mogli cieszyć się grą. A osoby, które oglądają te spotkania, żeby mogły zobaczyć fajny, atrakcyjny futbol. Chcemy grać wysoko i to nam wychodzi.

Czy pańscy zawodnicy pochodzą głównie z Warszawy? Czy jest to zlepek chłopaków z całej Polski?

– Jest grupa klubów środowiskowych, które skupiają zawodników z danego miasteczka, dzielnicy, regionu. I są też kluby, które mogą pozwolić sobie na selekcję. Na pewno Polonia jest takim klubem, który może to robić, ale trzeba zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy pierwszym wyborem dla chłopaków z Polski, bo jest nim Legia. Do pewnego momentu numerem dwa była Escola. Jednak myślę, że powoli to my stajemy się drugim wyborem zawodników. Jeszcze dwa lata temu nim na pewno nie byliśmy, pomału się to zmienia. Najbardziej utalentowani zawodnicy trafiają do Legii, Lecha, a w ostatnim czasie nawet do Rakowa Częstochowa, który jest aktywny na rynku warszawskim. Jesteśmy po środku, między byciem klubem środowiskowym a selekcyjnym. Legia po sezonie potrafi wymienić kilkunastu zawodników. My raczej takich rzeczy nie robimy. Ruch jest u nas większy tylko w momencie, gdy zawodnicy rozpoczynają swoją edukację w liceum, wtedy dochodzi do siedmiu-ośmiu rotacji w drużynie.

W normalnym cyklu dochodzi do dwóch-trzech zmian. Zawsze staramy się trochę zespół wzmacniać, odświeżać i szukać pozycji, których nam brakuje. I takie działania należy nazwać selekcją. Bazujemy nad tym od dłuższego czasu. Chłopcy, którzy są w naszym klubie, nie są stricte z Warszawy, ale z okolic: Radom, Ostrołęka, Pułtusk, Otwock. Jednak to są zawodnicy, którzy trenują z nami dwa-trzy lata. To nie jest tak, że co pół roku zmieniamy pół kadry. Jako koordynator jestem zdania, że warto bazować na pracy. Jeżeli obecnie wezmę do siebie piłkarza, który nawet jest dobry piłkarsko i on wejdzie w nasz trening, gdzie trenujemy bardzo ciężko, po 5-6 razy w tygodniu z siłownią i bieganiem, to nowy chłopak musi pół roku się adaptować do naszej drużyny. To jest normalne, co chwilę dochodzą nas słuchy, że polscy zawodnicy wyjeżdżając za granicę i tam pół roku adaptują się do nowych obciążeń. W mojej drużynie jest podobnie, młody zawodnik dopiero po pół roku jest gotowy do gry, dlatego wolę pracować z zawodnikami, którzy już są wdrożeni w nasz system, aniżeli wziąć hurtem dziesięciu zawodników i czekać pół roku, jak zafunkcjonują w zespole. Bazujemy na naszych zawodnikach, czyli takich, którzy już są u nas w klubie od dwóch-trzech lat. Do tego też cały czas uzupełniamy skład o nowe twarze.

A w pańskim zespole są jacyś zagraniczni zawodnicy? Pamiętam, że były takie przymiarki w MKS-ie?

– Obecnie jest duży problem z zarejestrowaniem zawodnika zagranicznego do gry w Polsce. Wiążę się z tym sporo formalności: karta pobytu w Polsce, oficjalne pozwolenie na pracę dla rodziców, stałe miejsce zamieszkania itd. Z nami trenuje jeden chłopak, który jest na tyle zdeterminowany i konsekwentny, że cały czas przychodzi na zajęcia. Aczkolwiek nie możemy go zgłosić do rozgrywek, bo występują problemy formalne. Nie wiem czy grałby w pierwszym składzie, ale na pewno znalazłby dla siebie miejsce w tym zespole. Więcej zagranicznych zawodników u nas nie ma. Czasem się przewijają, bo do nas się zgłaszają – głównie z krajów bloku wschodniego: Białoruś, Ukraina, itd. Aczkolwiek jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby ktoś z nich grał w rozgrywkach ligowych. Liczyliśmy na to, że tego jednego uda nam się zgłosić do rozgrywek, ale jest to sprawa nie do przeskoczenia. Załóżmy, że rodzic zagranicznego zawodnika jest kierowcą w Uberze w Polsce. Jego zawód nie jest traktowany jako oficjalna praca w Polsce. To jest już główny powód, przez który nie możemy zarejestrować zawodnika.

Trener mówił przed chwilą o tym, że młodzi zawodnicy muszą zaadaptować się do warunków treningów w MKS-ie Polonii. Czy wspomniany chłopak z zagranicy jest w trakcie tej półrocznej adaptacji?

– On już w tej chwili mógłby być przydatny do gry. Aczkolwiek, gdy do nas przyszedł w okresie wakacyjnym, to przez pierwsze dwa miesiące było widać, że strasznie zmęczony wracał do domu. Rozmawiałem z jego rodzicem, który zaznaczał, że chłopak po powrocie do domu nie ma siły. Zawodnik ofensywny musi być świeży, a po nim było widać, że miał ciężki początek. Aczkolwiek po trzech miesiącach treningów widać po nim, że odżył i moglibyśmy go już wprowadzać do grania. Jednak czy będziemy to w stanie kiedykolwiek zrobić? Ciężko powiedzieć. Mnie to nie dziwi, że zawodnicy potrzebują czasu na adaptację do obciążeń treningowych. Dla mnie jest to naturalne. Najważniejsze jest to, żeby nie było kontuzji i ich nie ma. To też jest wykładnik tego, że dobrze trenujemy. Nie zdarzają się u nas kontuzje mięśniowe.

W zeszłym roku rocznik 2003 MKS-u Polonii Warszawa został mistrzem jesieni. Czy pana drużyna pójdzie w jego ślady?

– Co się zdarzy, to się zdarzy. Szanse na to są, ale jeszcze jest sporo grania. Przykład meczu z Łodzi musi mocno działać na chłopców. Bo te spotkania trzeba wybiegać. Spokojnie, teraz jedziemy do Bełchatowa, więc to też nie będzie łatwe spotkanie. Później czeka nas starcie z Ursusem, gdzie jest trudny teren. Będziemy też grać z Escolą, która nie wiadomo jak podejdzie do tego meczu: czy będzie grała z nożem na gardle? Czy będzie grała już o nic? Będziemy też mierzyć się z Jagiellonią u siebie, a to jest zespół, który może wygrać z każdym. Jeżeli UKS SMS Łódź wygra zaległe spotkanie – różnica między pierwszymi trzema zespołami będzie wynosić jeden punkt. W tamtym roku sytuacja w tabeli wyglądała dużo lepiej dla Polonii, która wyrobiła sobie odpowiednią przewagę na koniec sezonu. Tu jest bardziej wyrównana tabela i może się wszystko zdarzyć.

Nie mogę pominąć tematu koronawirusa, bo on cały czas nam towarzyszy i ma wpływ na rozgrywki ligowe. Jak wygląda sytuacja u was? Na ten moment wszystko zanosi się na to, że rozegracie mecz w weekend?

– Wiadomo, że to może się zdarzyć z dnia na dzień. Nikt tego nie przewidzi. Najgorsza sytuacją, jeśli chodzi o nasz klub, jest to, że jest związany mocno ze szkołą. A szkoła jest powiązana z bursą, gdzie mieszkają nasi zawodnicy, którzy są spoza Warszawy. Dla nas najgorszy scenariusz jest taki, że szkoła przechodzi na zdalne nauczanie, a bursa zostaje zamknięta. W takiej sytuacji pół naszej drużyny jedzie do domów. Ci co mają bliżej, to jeszcze potrenują 3-4 razy w tygodniu, ale pozostali… Druga sprawa jest taka, że nasi zawodnicy chodzą do różnych klas, po kilku w jednej. Gdy klasa pójdzie na kwarantannę, gdzie mamy czterech czy pięciu zawodników – możemy grać dalej, ale czy na takim samym poziomie? Ciężko powiedzieć. Trudno nawet wybrać, co jest gorsze – granie bez pięciu czy przekładanie na inny termin. Możliwych jest wiele scenariuszy. Sytuacja jest na tyle dynamiczna, że my czekamy i musimy pracować z dnia na dzień. Gdy planuję kolejny dzień, to mam na uwadze plan tygodnia do meczu ligowego. Jednak, jeśli coś się wydarzy, będzie trzeba te plany zmieniać. Oby nie doszło do takich sytuacji, jak na wiosnę, gdzie zawieszono i anulowano rozgrywki. Chłopcy trenowali rok czasu pod dany cel i dostali po nosie, bo nie mogli się pokazać. To jest najgorszy scenariusz. Tego bym nie chciał. Jeśli będzie trzeba przełożyć mecz? Będzie trzeba to zrobić, nic z tym nie zrobimy. Nie będę mówił, że nie ma epidemii, bo jest. Na razie bezpośrednio nas nie dotyka, oby tak było jak najdłużej. Ciężko coś wyrokować. Najbardziej obawiam się tego, że rozgrywki zostaną przerwane na amen. A potem dojdzie do decyzji przy zielonym stoliku, które nigdy nie są dla nikogo dobre.

Odczuliście mocno decyzję o tym, że nie przyznano awansów do CLJ U-18?

– Uważam, że w zeszłym roku został skrzywdzony rocznik U-19. Powiem żartobliwie: w maju zdarzyło się Boże Narodzenie, bo wiele klubów od B-klasy po III ligę dostało prezenty od Świętego Mikołaja. W postaci awansu lub utrzymania – bez gry. Poza małym wyjątkiem… drużyn juniorskich, które najpierw rywalizowały w ligach wojewódzkich, żeby awansować do makroregionu, aby dostać się do CLJ. Te zespoły dostały… rózgi. Bo anulowali im rozgrywki. Nie stworzono żadnej alternatywnej ścieżki awansów. W CLJ U-18 prezent otrzymał też Hutnik Kraków, który miał na swoim koncie tylko cztery punkty. Nikt nie pomyślał o tym i nie zrobił nic w kierunku, żeby rozegrać to na boisku. A można było. Bo w drugiej połowie czerwca były wolne terminy i można było rozegrać mecze barażowe dla mistrzów województw. Potrzebne były tylko trzy, cztery terminy i można było rozstrzygnąć to na boisku. My, trenerzy, pracujemy w najważniejszym momencie dla tych chłopców, czyli na granicy między juniorem a seniorem. Nie mówię już o tym, że my jako klub dużo straciliśmy, bo poświęciliśmy sporo pracy i finansów, żeby awansować do tej ligi. Okazało się, że mogliśmy nic nie robić. Jestem zawiedziony i rozżalony postawą PZPN-u, dlatego nie chciałbym, żeby to się powtórzyło. Rywalizacja powinna się rozstrzygnąć na boisku, a nie przy zielonym stoliku. Może trzeba było powiększyć CLJ-kę na rok? Podzielilibyśmy ją na dwie grupy, a po roku moglibyśmy wrócić do normalnego systemu? Sposobów na rozwiązanie tego problemu było kilka, ale nikt nie wysilił się, żeby to zrobić. Liczą się tylko kluby zawodowe i to, gdzie są pieniądze. Reszta niech robi sobie co chce…

Uważa trener, że była taka możliwość, żeby to rozstrzygnąć? W ligach makroregionalnych było tak, że albo udało się rozegrać pierwszą kolejkę, albo i to się nie udawało. W moim odczuciu ciężko było znaleźć odpowiednie rozwiązanie w tej sytuacji.

– Tak, ale zostali wyłonieni mistrzowie województw. Jeżeli robimy baraże – dwustopniowe, bo cztery zespoły muszą awansować. Wystarczą tylko cztery terminy, żeby taki turniej rozegrać. Jaki był problem, żeby od 15 czerwca rozegrać te baraże? Wszyscy już trenowali i mecze były rozgrywane. Odbył się regionalny Puchar Polski. Dlaczego mecze barażowe nie mogły się odbyć? To jest tylko jeden pomysł. Druga idea jest taka, że można rozszerzyć na rok ligę i wrócić do dwóch grup. Komu to mogłoby się nie podobać? Dwóm, trzem najmocniejszym klubom? Tylko oni są najważniejsi? Czy liczy się ogół? Można nawet było zrobić takich ruch, ale tylko na rundę jesienną i wtedy przeprowadzić reorganizację. Każdy pomysł, który dotyczyłby rywalizacji na boisku – byłby dobry. Były co najmniej dwa, trzy sposoby, żeby to zrobić, ale nikt tym się nie przejął. Bo tutaj nie ma pieniędzy, telewizji i nikomu na tym nie zależy. A ci chłopcy inwestują w to sporo zdrowia, a rodzice też sporo pieniędzy, żeby chłopcy grali w piłkę. Oni inwestują swój czas w marzenia. To wszystko nie było brane pod uwagę. Liczyły się IV ligi, ligi okręgowe, a ten temat był totalnie odrzucony. To był dla nas bardzo ważny cel. I ktoś przy biurku przekreślił całą naszą pracę.

Jak obecnie wyglądają relacje pomiędzy MKS-em Polonią Warszawa, a trzecioligowym klubem “Czarnych Koszul”?

– Myślę, że dobrze wyglądają. Dawno nie wyglądały tak dobrze. Nie jest to jeden klub, bo w tej chwili jest to ciężkie do zrealizowania pod względem formalnym. To nie jest też problem, żeby mogły funkcjonować oddzielnie. Jeśli mogą, niech współpracują. Dzisiaj mamy w zarządzie te same osoby, które są odpowiedzialne za akademię MKS-u i spółki, bo też tam są drużyny młodzieżowe. Paweł Olczak jest dyrektorem obu tych podmiotów. Wspólnie ze sobą współpracujemy, szkolimy i pomagamy. Dwóch naszych zawodników jest już w drużynie spółki. Żałuję, że nie trafiało ich więcej, a miało na to wpływ zawieszenie rozgrywek. Bo nasi chłopcy mogliby w większej liczbie pokazać się na boisku, a później trafić do seniorskiej Polonii. Nie udało się. Czterech zawodników z drużyny U-19 było na treningu pierwszego zespołu. Takie rzeczy będą się działy cyklicznie. Myślę, że jest coraz lepiej. Nie ma już takich problemów, na zasadzie, że nie chcemy ze sobą rozmawiać. Rozmawiamy na poziomie zarządów i trenerów. Uważam, że idzie to w dobrą stronę.

Naturalnym krokiem będą przenosiny waszych zawodników do drużyny seniorskiej Polonii Warszawa?

– To nie jest nasza decyzja, a trzecioligowego zespołu. My co tydzień wysyłamy dyrektorowi sportowemu zestaw meczów, które rozgrywają zespoły naszej akademii. Ich trenerzy są zapraszani na wszystkie nasze mecze. Chcemy, żeby widzieli naszych chłopców i mają możliwość rozmawiania z nimi, a później transferowania ich. Chciałbym, żeby do takich ruchów dochodziło, w momencie, gdy dany zawodnik będzie na to gotowy i miał realną szansę na grę. Nie musi być to zawodnik, który ma 19 lat. Jeżeli dyrektor pierwszego zespołu będzie zdania, że 17- lub 18-letni zawodnik jest gotowy do grania, nie ma problemu, żeby doszło do takiego ruchu. Z drugiej strony nikt nie może się obrażać, jeżeli nasz zawodnik otrzymuje ofertę z Ekstraklasy i ją wybiera. Nie ma co się dziwić. Jeżeli nasz klub seniorski nie widzi go w składzie, to chłopak idzie tam, gdzie go chcą. Normalna kolej rzeczy. Współpracujemy razem, zawsze jesteśmy gotowi, żeby porozmawiać o naszych zawodnikach: predyspozycjach do gry, wadach, zaletach. Ostateczna decyzja stoi po stronie osób zarządzających spółką.

Znalazłem jeden z artykułów na portalu dumastolicy.pl, kiedy wracał pan do akademii MKS-u, gdzie w tytule padało pytanie: “Czy Chmielewski przywróci blask MKS-owi?”. Chciałbym do tego nawiązać, jak przebiega proces przywracania blasku MKS-owi?

– (śmiech) Nie uzurpuję sobie tytułu zbawcy narodu (śmiech). Zawsze staram się pracować uczciwie. Mam swój pomysł na akademię. Dlatego przychodząc do MKS-u, zaproponowałem, żebym przejął pieczę nad starszymi rocznikami w roli koordynatora. Staram się tę pracę wykonywać tak, jak ją rozumiem i czuję. Czasem bywa tak, że ktoś przychodzi nowy do akademii i narzuca z góry swój styl pracy wszystkim trenerom. Może tak powinno być? Jednak mamy tutaj naprawdę kilku dobrych trenerów w starszych grupach, gdzie mają swój pomysł i bazują też na doświadczeniu. Nie uzurpuję sobie prawa do tego, żeby im powiedzieć, że wiem lepiej od nich. Wymiana spostrzeżeń jest bardzo ważna. Natomiast mamy swoje priorytety i ramki treningowe, których musimy pilnować. Dużo zmieniło się od wejścia do akademii koordynatora od motoryki, Michała Chmielewskiego, czyli mojego syna, który rozpisał nam program dla całego klubu i go koordynuje. Na bazie tego programu rozpisałem część techniczno-taktyczną i staramy się trzymać pewnych ram treningowych w mikrocyklu, które są zbudowane pod kątem periodyzacji motorycznej. To jest coś, co chciałbym, żeby w klubie funkcjonowało. To jest ten ślad, który chciałbym, żeby po mnie pozostał. Inną sprawą jest prowadzenie zespołów. 

Czy jakieś nowe pomysły, plany są szykowane w akademii MKS Polonia Warszawa? Albo coś niedawno ruszyło nowego?

– Staramy się cały czas rozwijać. Mityczna pozostaje baza treningowa, o której się mówi, że wiele od niej zależy. Ona nas oczywiście ogranicza. Byliśmy w Legia Training Center, tam jest siedem boisk treningowych, wracamy do Polonia Training Center, a tam jest jedno boisko. Kolejna rzecz, Lech Lab – piękne siłownie, kriokomory itd. A u nas jest Polonia Lab, gdzie stoi barak, który służy jako siłownia przystosowana do treningu motorycznego. Na pewno to nas ogranicza. Jednak tam, gdzie możemy, staramy się iść do przodu. Wprowadzamy nowe trenażery, formy treningowe treningu indywidualnego. Trening bramkarski jest prowadzony przez Sebastiana Przyrowskiego i Michała Olczaka. Staramy się wprowadzać wiele nowości. Korzystamy z doświadczeń trenerów. Trener Michał Libich kończy kurs UEFA Pro. W ramach kolejnego kursu był na stażu w Niemczech. Wymieniamy się doświadczeniami. Byłem w zeszłym roku w Mainz i też przywiozłem nowe spostrzeżenia. Jesteśmy otwarci, chcemy patrzeć, oglądać i wymieniać się doświadczeniami. Działamy tak, żeby każdy zespół mógł grać w dwóch ustawieniach. Staramy się w to iść, żeby nie zamykać się na jedną formację. Cały czas szukamy nowych rozwiązań. Ktoś, kto przestaje szukać i uczyć się, stoi w miejscu. A ten, który stoi w miejscu, znaczy, że się cofa. My nie chcemy się cofać.  

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Akademia Piłkarska MKS Polonia Warszawa/Facebook