Wywiady

CLJ-ka od środka: “Nikt nie przypuszczał, że spadniemy z ligi”

Trzy punkty straty do trzeciego miejsca i spadek. Abstrakcja? Nie, do takiej sytuacji doszło w grupie B CLJ U-17, a tym pechowcem została Arka Gdynia. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby 18 punktów zdobytych w CLJ U-17 lub U-15 nie dało utrzymania. O czym to świadczy? Poziom ligi jest wysoki i wyrównany? Co oznacza spadek z CLJ dla “Arkowców”? Co się stało, że w ostatnich pięciu spotkaniach nie zdobyli ŻADNEGO punktu? Na te tematy porozmawialiśmy z Krzysztofem Janczakiem, szkoleniowcem gdyńskiej drużyny.

Czy już przełknęliście gorycz spadku z CLJ U-17?

– Przełknęliśmy, ale na pewno jeszcze siedzi nam to w głowach. Tego nie da się od razu wymazać z pamięci, ale postaramy się tak zorganizować drużynę, żeby po pół roku wrócić do CLJ U-17 .

Kluczowy był ostatni mecz z FASE Szczecin, który przegraliście 0:1?

– Ostatnich pięć spotkań było kluczowych. Nie da się ukryć, że do 9. kolejki byliśmy na drugim miejscu w tabeli i wszystko fajnie funkcjonowało. Wydarzyło się kilka spraw pozasportowych, które miały wpływ na naszą dalszą dyspozycję: przekładanie spotkań, koronawirus. To na pewno nam nie pomogło. Nie chcemy się tłumaczyć, ale w jednym czasie wypadło nam trzech bramkarzy. Nie mieliśmy ich do dyspozycji przez ponad miesiąc, z uwagi na urazy. To też mogło zadziałać negatywnie na zawodników. A chwilę później przyszła seria porażek. To jest jedna z głównych przyczyn.

Przegraliście pięć ostatnich spotkań ligowych. To jest naprawdę długa seria.

– Do dziesiątego meczu ligowego byliśmy jak Lech Poznań pod względem najmniejszej liczby straconych bramek w lidze. W ostatnich pięciu meczach to się posypało. 

Cofnijmy się o te pięć spotkań do tyłu. Wnioskuję po układzie tabeli, że nie mieliście wtedy nawet z tyłu głowy myśli, że spadniecie z ligi?

– Nikt nie przypuszczał, że może dojść do takiej sytuacji. Pracuję w Arce Gdynia 27 lat i nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Myślę, że chłopcy też nie mieli takich myśli. Moment, kiedy mecze nie odbywały się w normalnym rytmie, gdzie były przekładane – mniej było jednostek treningowych. Do tego ta sytuacja z bramkarzami, to nam nie pomogło.

Nieraz słyszałem następujące twierdzenie od trenerów z CLJ: “wystarczy zdobyć 15 punktów, żeby utrzymać się w CLJ”. Mit został obalony przez waszą drużynę, bo 18 oczek nie sprawiło, że zostajecie w lidze. Przejrzałem wszystkie sezony CLJ U-17 i U-15, nie było takiego przypadku, żeby 18 punktów nie wystarczało do pozostania w CLJ.

– Sami też jesteśmy sobie winni. Patrzymy na siebie: przydarzyła się nam seria pięciu porażek z rzędu na koniec ligi. W piłce nożnej też jest potrzebne szczęście, nam trochę tego zabrakło, nawet w meczu derbowym z Lechią Gdańsk. Przegrywaliśmy do przerwy 1:3, doszliśmy do 2:3 i mieliśmy sytuację stuprocentową na 3:3. Trafiamy i jest remis, którego przypuszczam, żebyśmy nie wypuścili już z rąk. Niestety, piłka odbiła się od poprzeczki i nie wpadła do siatki. Okazuje się, że wystarczyłoby nam zdobyć tylko jeden punkt w tych ostatnich pięciu meczach i zostalibyśmy w tej lidze. I do Szczecina na starcie z FASE jechalibyśmy z chłodnymi głowami. To są młodzi chłopcy i nie do końca udźwignęliśmy presję meczu. FASE i my walczyliśmy o ostatnie miejsce w tabeli, dające utrzymanie. Jedna sytuacja została wykorzystana przez rywali i to oni zostają w CLJ. Musimy teraz wziąć się w garść i pracować dalej. To jest fajna grupa zdolnych zawodników. Wielu szkoleniowców z naszej ligi dziwiło się, że my z taką drużyną, grą ofensywną – spadamy z ligi. Niestety, taki jest sport. 

Mimo wszystko i tak zdobyliście dużo punktów w tej lidze. Popatrzmy na spadkowiczów z innych grup…

– Widziałem, zespoły zdobywały po sześć, osiem czy maksymalnie dziesięć punktów. Tak, jak pan mówił wcześniej, mogę to potwierdzić: nie pamiętam, żeby była taka sytuacja, gdzie zespół zdobył 18 punktów na poziomie centralnym i spadł. Funkcjonuję przy tych ligach od dziesięciu lat i nie przypominam sobie takich przypadków. Różnica punktowa między nami, a wiceliderem wynosi pięć punktów.

Z kolei do trzeciego zespołu tracicie tylko trzy punkty. Jedno zwycięstwo w ostatnich pięciu kolejkach i bylibyście na “pudle”, wtedy nasza rozmowa miałaby zupełnie inny charakter.

– Tak, jak mówiłem: jeden punkt w ostatnich meczach dawał nam utrzymanie. Mówi się trudno, należy przełknąć tę pigułkę i wziąć się do roboty. Musimy uszykować plan na tych chłopaków. Bo będziemy teraz grali w lidze wojewódzkiej. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebyśmy jej nie wygrali i nie zagrali później w barażach. Bo już same baraże, to rządzą się swoimi prawami. Będziemy walczyli o to, żeby wrócić po pół roku do CLJ. Ci zawodnicy może nie wywalczą awansu dla siebie, a do rocznika młodszego, ale muszą przygotować się też do CLJ U-18, gdzie będą rywalizować w przyszłym roku. Pod tym kątem muszą być bardzo dobrze przygotowani. My, jako sztab, musimy mieć swój plan, żeby im w tym pomóc, nie tylko poprzez mecze ligowe, ale ważne będą sparingi z mocnymi przeciwnikami, które będą ich zmuszać do większego wysiłku.

Czy grupa B jest najbardziej wyrównaną ze wszystkich? Można wysnuć taki wniosek, że wszystkie drużyny były na podobnym poziomie, co sugeruje tabela. Wyjątkami są Lech Poznań i MUKS CWZS Bydgoszcz. Ci pierwsi wygrali wszystkie mecze, a ci drudzy nie zdobyli nawet punktu.

– Drużyna z Bydgoszczy może nie zdobyła punktu, ale to wcale nie był słaby zespół. Proszę spojrzeć, chociażby na ich wyniki. Wiele spotkań przegrywali jedną lub dwoma bramkami. Z nami mieli wyniki: 0:1, 0:2. Z Lechią Gdańsk raz ulegli 3:4. MUKS CWZS Bydgoszcz to też nie był całkowity autsajder ligi. Nie przegrywali wszystkich meczów bardzo wysoko. Niełatwo się z nimi grało. Z kolei Lech Poznań wszystkim uciekł. Ich napastnik, Hubert Szulc, zdobył 19 goli w czternastu meczach. Jeśli snajper gwarantuje tyle goli, to drużynie też łatwiej się gra. 

Reszta zespołów jest na porównywalnym poziomie?

– Myślę, że tak. Dyspozycja dnia decydowała o tym, kto wygrywał. Oprócz tego na wyniki miała wpływ pandemia, bo mecze były przekładane, niektórzy zawodnicy byli na kwarantannie. To na pewno nam nie pomogło. Może inne zespoły na tym skorzystały. Początek sezonu był dla nas udany, gdy wszystkie mecze były rozgrywane w normalnym cyklu. Później przyszły różne problemy z tym związane, które nam nie pomogły.

Wspomniał trener Huberta Szulca z Lecha Poznań, który zdobył 19 goli w lidze, a wasi wszyscy piłkarze razem wzięci mają na koncie 15 bramek. To też wiele pokazuje…

– Tak, do pewnego momentu mieliśmy kłopot ze zdobywaniem bramek. Nie da się ukryć, że, gdy napastnik strzela w sezonie jedną lub dwie bramki, to jest trochę mało. Nie chcę narzekać, bo jest to tylko ocena, jeśli chce się wygrywać ligę, trzeba więcej tych goli zdobywać. Poza MUKS CWZS Bydgoszcz mamy na swoim koncie najmniej strzelonych goli w lidze. To jest też nasz mankament. Możemy fajnie piłkę wprowadzać do gry od tyłu, co robiliśmy, ale brakowało nam skuteczności pod bramką. Stworzyliśmy sobie klarowne sytuacje, ale brakowało nam wykończenia. 

Niech trener nam przybliży ostatni mecz z FASE, który decydował o utrzymaniu w lidze. Było to nerwowe spotkanie?

– Tak, nawet bardzo nerwowe, dużo walki. Na pewno naszym lekkim problem jest to, że cały czas trenujemy na boiskach ze sztuczną nawierzchnią. Widzę, że gdy wychodzimy na trawę, chłopcy mają z tym problem. W pierwszej części sezonu nie graliśmy ani jednego meczu na trawie, a w rundzie rewanżowej zagraliśmy cztery takie spotkania. W starciach wyjazdowych z AP Reissa, Pogonią Szczecin, MUKS CWZS Bydgoszcz i FASE Szczecin – nie graliśmy tego, co chłopcy potrafią na boisku sztucznym. Widzę, że jest to nasz lekki problem. Moi zawodnicy nie są przyzwyczajeni do tego. Inaczej piłka się odbija i toczy po trawie, aniżeli po sztucznej nawierzchni. To też są drobne detale, które decydują o działaniach na boisku.

W mikrocyklach treningowych do spotkań na naturalnej nawierzchni nie przygotowywaliście się na nich?

– Nie mamy takiej możliwości. Mamy obiekt ze sztuczną nawierzchnią. Tylko w przypadku przygotowań do starcia z FASE, dzięki uprzejmości klubu, odbyliśmy dwie jednostki treningowe na boisku, gdzie trenuje pierwsza drużyna. Aczkolwiek chłopcy musieliby dłużej trenować na trawie, aby nabrać pewnych nawyków ruchowych. To jest nasza bolączka w Trójmieście, że trenujemy na obiektach ze sztucznymi nawierzchniami. 

A czy granie co trzy dni, z uwagi na przekładane spotkania, miało na was negatywny wpływ? Było widać problemy fizyczne spowodowane wcześniejszą nieregularną grą? 

– Jeżeli chodzi o przygotowanie motoryczne, to nie było widać tego, żeby chłopcy nie wytrzymywali trudów spotkania. Jedynie w ostatnim starciu z FASE pojawiały się skurcze u niektórych zawodników, ale to był wynik determinacji i zaangażowanie w ten mecz. Boisko było grząskie. Wiadomo, że inaczej mięśnie pracują na takiej nawierzchni. Do tego też koniec rundy jesiennej, więc wszystko się skumulowało. Wcześniej tak się nie zdarzało. 

Wróćmy do tematu bramkarzy, których trener nie miał do dyspozycji. To były urazy mięśniowe? Czy przydarzył wam się pech, że były to kontuzje mechaniczne?

– W ciągu jednego tygodnia skumulowały się trzy kontuzje. Jednemu na treningu wypadł bark. Później drugi też był w podobnej sytuacji, zderzył się z kolegą i miał problemy z barkiem. Na mecz z FASE jeden z nich miał już być gotowy, bo z nami trenował i dobrze się czuł, ale dzień przed meczem… złamał kość śródstopia na treningu. Z kolei trzeci golkiper miał koronawirusa. Wszystko miało miejsce na cztery kolejki przed końcem ligi. Można powiedzieć, że straciliśmy na ten czas trzech bramkarzy. Przyszedł do nas chłopak z rocznika młodszego SI Arki Gdynia. Starał się, robił, co mógł. Chłopcy z pola mogli stracić pewność siebie, nie mieli pełnego zaufania do bramkarza. Ten był rzucony na głęboką wodę. Chylę czoło, że mentalnie sobie poradził w tych meczach. 

A propos mentalności, było z nią wszystko w porządku w waszym zespole na koniec rundy? 

– Chłopcy byli bardzo zdeterminowani i zaangażowani. Jednak oni są młodzi i zdarzają im się huśtawki formy. To jest junior młodszy i często dyspozycja poszczególnych drużyn wygląda jak sinusoida. Po pierwszych spotkaniach spodziewałem się, że może przyjść mini kryzys, ale na pewno nie myślałem, że skończymy z serią pięciu porażek. Moim zawodnikom nie można odmówić chęci. Oni bardzo to przeżyli i na pewno cały czas w nich to siedzi. Zaliczyliśmy dołek, im bliżej było końca rundy, tym większa adrenalina, stres. Niestety, nie wszyscy poradziliśmy sobie z tym.

Reagowaliście na bieżąco na te sytuacje? Mam na myśli rozmowy indywidualne i nastawienie mentalne na ostatnie mecze?

– Oczywiście, odbywały się rozmowy z psychologiem. Jednak są to bardzo młode organizmy. A widzimy, że nawet zawodnicy z seniorskiej piłki sobie z tym nie radzą. Spójrzmy na ostatni mecz Niemców z Hiszpanią, gdzie padł wynik 0:6. Jeżeli w piłce seniorskiej zdarzają się takie sytuacje, to nie ma co się dziwić młodym chłopcom, że nie wytrzymali presji. Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby wykonać dwa do przodu i na tym będziemy budować zawodników. To jest fajna grupa. Przydarzył nam się spadek. To jest sport, tu zdarzają się upadki, ale ważne jest, żeby szybko wstać i dalej iść do przodu.

Jednak tak jak mówiliśmy, wystarczyłoby jedno zwycięstwo i bylibyście na trzecim miejscu. Trener cały czas wymienia negatywne aspekty tego sezonu, a prawda jest taka, że naprawdę niewiele wam brakowało, aby skończyć na podium. Dlatego, niech pan powie o pozytywach, które były widoczne w waszej grze i postawie na boisku?

– Pozytywem jest to, że w każdym meczu staraliśmy się grać piłką. Może poza starciem z FASE, gdzie na pewno było widać problemy naszych zawodników w poruszaniu się po grząskim boisku i konstruowaniu akcji. To, co chcieliśmy grać, nam nie wychodziło. Aczkolwiek zawsze byliśmy zespołem, który atakował, grał agresywnie, otwierał akcje od bramkarza. Z tego jestem zadowolony, bo chłopcy nabierali pewności w tym aspekcie. Plusem jest to, że utrzymywaliśmy się przy piłce, graliśmy do przodu. Tylko w starciu z Lechem, przeciwnik nas zdominował, ale było wiele spotkań, gdzie prowadziliśmy grę i zespoły przeciwne były zmuszone do bronienia. Z tego jestem zadowolony. Niezależnie od tego, czy jest spadek, czy nie, najważniejsze jest szkolenie indywidualne zawodników, którzy mają nabierać odwagi i się rozwijać. 

Czy spadek z CLJ oznacza stratę pół roku w rozwoju tych młodych zawodników?

– Wszystko zależy od planu, który sobie ustalimy. Jeżeli chodzi o rozgrywki ligowe, wiadomo, że większa jakość jest w CLJ niż w lidze wojewódzkiej. Z całym szacunkiem dla ligi wojewódzkiej, poziom w CLJ jest o wiele wyższy. Będziemy myśleć o organizowaniu innych gier, w postaci sparingów z silniejszymi przeciwnikami, nawet w trakcie sezonu, żeby dawać chłopakom dodatkowe bodźce do cięższej pracy.

Macie w głowach już uszykowany pomysł na dalszy rozwój tych zawodników?

– Pomysł jest, a wszystkie szczegóły ustalimy do końca listopada. Porozmawiamy też z chłopakami, przedstawimy plan rozwoju na każdego z nich, żeby też wierzyli dalej w to, że gramy o coś. Wiadomo, że jest smutek i żal po spadku, ale nie ma co się załamywać. Trzeba wziąć się do pracy i dbać o rozwój. To jest proces szkoleniowy, który ma na celu doprowadzić, jak największą liczbę chłopaków do zawodowego poziomu. Mamy CLJ U-18, drużynę rezerw w czwartej lidze, więc są różne możliwości, żeby rozwijać dalej młodych zawodników, żeby już ich przygotować do kolejnego sezonu, gdzie będą występować w najstarszej CLJ-ce. Musimy znaleźć najlepsze rozwiązanie, żeby dalej chłopcy się rozwijali, a nie cofnęli, pomimo meczów w lidze wojewódzkiej.

Czyli jest taka możliwość, że na wiosnę sporą grupę tych zawodników będziemy oglądać w CLJ U-18 i  czwartej lidze?

– Nie wiem, czy sporo, ale może być tak, że kilku zawodników podąży taką drogą. My to jeszcze ustalimy w klubie. Czy będą trenować u mnie i grać mecze w innych ligach? Albo odwrotnie? To jeszcze ustalimy w niedalekiej przyszłości. To są wewnętrzne sprawy. Wstępne rozmowy już były, a my przedstawimy konkretne plany pod koniec listopada lub na początku grudnia. Może dochodzić do takich sytuacji, że będą schodzić do innych zespołów np. jeden z nich Kacper Skrobański, środkowy obrońca, ma już za sobą debiut w czwartej lidze i CLJ U-18. W tych dwóch meczach strzelił już po bramce. Mam zdolną grupę zawodników i na nich trzeba mieć plan. 

Jesteście cały czas w treningu?

– Tak, jesteśmy cały czas w treningu. To są juniorzy młodsi, więc będziemy trenowali do 19 grudnia. Oni są na takim etapie, że można cały czas udoskonalać aspekty techniczne i bardziej zindywidualizować trening. Na pewno będziemy się na tym skupiać w tym okresie.

Arkę Gdynia czeka tylko pół roku przerwy w CLJ U-17?

– Na pewno chciałbym, żeby tak było i tego bym sobie, i nam życzył. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebyśmy nie wrócili za pół roku do CLJ.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Newspix