Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Tomasz Podgórski

Tomasz Podgórski nie był piłkarzem z ogromnym talentem, ale dzisiaj może powiedzieć, że ma za sobą solidną karierę. Jak wspomina jej początki? Czy jego zdaniem piłka młodzieżowa mocno się zmieniła? Czym się zajmuje obecnie w strukturach akademii Piasta Gliwice?

Jak to się wszystko zaczęło?

– Jestem wychowankiem Piasta Gliwice. Gdy zacząłem tam trenować, klub grał chyba w okręgówce. Po reaktywacji pierwszy zespół zaczynał od najniższej klasy rozgrywkowej, reaktywowano także drużyny juniorskie. Myślę, że mogłem mieć jakoś 10-12 lat, gdy poszedłem na pierwszy trening. Na pewno nie było to wcześniej, bo po prostu kiedyś młodszych drużyn nie było.

Znalazłem na stronie Piasta Gliwice rozmowę z tobą, w której powiedziałeś, że do klubu zapisałeś się wraz z kolegami, a waszym pierwszym trenerem był Dawid Cholewa. 

– Dokładnie. Teraz jest selekcja, nie każdy może dostać się do akademii – kiedyś wyglądało to trochę inaczej. Mieliśmy szczęście trafić na trenera z wielką pasją, chciał, żebyśmy stawali się coraz lepsi. Byłem młodym człowiekiem, piłka była moją pasją, grało się przed szkołą, po szkole, a on potrafił to gdzieś usystematyzować. Kładł nacisk na ilość i jakość zajęć. Pamiętam, że już w tych najmłodszych kategoriach wiekowych trenowaliśmy po 4-5 razy w tygodniu. Treningi też nie były lekkie, ale z perspektywy lat oceniam, że kształtowały nasz charakter. Wtedy nie było wielkich możliwości…

To było ponad 20 lat temu.

– Klub nie miał dużych możliwości finansowych, a trener zawsze nalegał, żeby dwa razy do roku były organizowane dla nas obozy przygotowawcze. Jeździliśmy w Beskidy czy do Czech. Zdarzało się, że na takim obozie mieliśmy… trzy treningi w ciągu dnia.

Ktoś w twojej rodzinie miał związek ze sportem?

– Zawodowym? Mój tata ma zgoła inne parametry fizyczne niż ja, ma 194 centymetrów wzrostu i jest dość tęgi. Uprawiał amatorsko skok w dal czy wzwyż, ale nic na poważnie.

Od początku występowałeś raczej w ofensywnych formacjach?

– Tak. Od zawsze grałem w środku pola, a jak przyszedłem na sparing do pierwszego zespołu, to zrobili ze mnie skrzydłowego. Środek pomocy w piłce seniorskiej jest bardzo odpowiedzialną pozycją, więc zostałem postawiony na prawym skrzydle i jakoś sobie poradziłem.

Kto był twoim idolem w dzieciństwie?

– Jako dziecko oglądałem wiodących zawodników głównie na mistrzostwach świata. Moim pierwszym świadomym mundialem był ten w Stanach Zjednoczonych. Kibicowałem Brazylii z Bebeto i Romario, ale oni byli jakimiś moimi idolami. Cztery lata później błyszczał już Ronaldo, wszyscy o nim mówili. Sposób jego gry oczarowywał. Nie byłem napastnikiem, ale zawsze mi imponował. Lubiłem też śp. Diego Maradonę. Był zawodnikiem o słabszych warunkach fizycznych, ale techniką i inteligencją piłkarską – robił różnice. Nie, że się wzorowałem, ale podobała mi się jego gra.

Pamiętasz swoją pierwszą piłkarską koszulkę?

– Wtedy liczyły się koszulki głównie klubów zagranicznych. Na treningi każdy przychodził w swoim trykocie, nie mieliśmy jednolitych ubrań. Dopiero gdzieś po kilku latach się to zmieniło. Pamiętam, że miałem taką starą koszulkę, chyba gdzieś z odzysku, FC Barcelony – oglądałem ich jeszcze na kasetach VHS, młodzi zawodnicy nie będą kojarzyć…

Dla nich to już prehistoria. 

– Była taka seria filmów o najlepszych klubach Europy i FC Barcelona najbardziej zapadła mi w pamięci. Był tam taki historyczny mecz, w którym Romario strzelił trzy gole Realowi Madryt. Sympatyzowałem z tym klubem.

Trenowałeś inne sporty poza piłką nożną?

– Zanim zacząłem grać w piłkę w klubie, to trenowałem trochę tenisa, ale to była bardziej zabawa 1-2 razy w tygodniu niż takie prawdziwe treningi. Szukało się każdej formy ruchu. Jak ktoś grał w koszykówkę, to grałeś z nim w kosza. Jak ktoś grał w siatkówkę, to grałeś z nim w siatkę. Nawiasem mówiąc, bo też teraz wdrażam się w struktury akademii, to uważam, że dzisiaj młodzieży trochę tego brakuje. Ważne jest, żeby na tym początkowym etapie nie ograniczać się do jednego sportu, bo później to przygotowanie ogólnorozwojowe mocno kuleje, a tego nie da się nadrobić w wieku 16 lat.

Przykładałeś dużą uwagę do szkoły i ocen?

– Były dla mnie dosyć ważne. Nie byłem pewny tego, że będę w przyszłości grał w piłkę, a z drugiej strony nie ma co ukrywać, że rodzice o otoczenie może nie wymuszali, ale naprowadzali mnie do tego, żeby mieć jakąś alternatywę. Dopóki nie zostałem dołączony na stałe do pierwszego zespołu i zdałem sobie sprawę, że to ma jakąś szansę powodzenia, to uczyłem się, trafiłem do dobrego liceum, którego absolwentem jest też Marcin Brosz, zdałem maturę, rozpocząłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Problem był taki, że grę w piłkę ciężko było połączyć ze studiami, bo treningi mieliśmy rano – pierwszy zaliczyłem tak w kratkę, bo postawiłem bardziej na piłkę, zadebiutowałem w I lidze, grałem w pierwszym składzie. Ubiegałem się o indywidualny tok nauczania, ale się nie udało. Po pierwszym roku zdecydowałem, że zawieszam studia, nie udało mi się ich skończyć, ale myślę, że gdybym nie został piłkarzem, to pewnie byłoby inaczej. Nauka była ważna.

Wspomniałeś o tym, że mieliście organizowane dwa obozy w roku, a braliście też udział w turniejach?

– W grudniu zawsze było sporo turniejów halowych. Pamiętam jeden turniej, gdy pojechaliśmy do Niemiec, mieliśmy może z 13 lat i to było dla nas duże przeżycie. Przeżyliśmy wtedy zderzenie z zachodnim futbolem, organizacją. Jak wyszliśmy na rozgrzewkę, to boisko przypominało dywan (śmiech). My trenowaliśmy na boiskach, które nie nadawały się do gry w piłkę, wtedy się mówiło, że murawa nie gra, ale dzisiaj wiadomo, żeby dobrze grać w piłkę, to boisko też musi być na odpowiednim poziomie. Był tam też Bayern Monachium, przyjechali własnym autobusem, ubrani od stóp do głów. Ogólnie, nie wypadliśmy tam tak źle.

A jak wyglądaliście na tle innych śląskich drużyn?

– Pamiętam, że starszy rocznik nie grał w najwyższej lidze juniorów i dla nas to był sukces, że udało nam się wywalczyć awans do I ligi wojewódzkiej. Nie byliśmy zespołem wiodącym – wtedy bardzo mocny był rocznik Gwarka Zabrze z Łukaszem Piszczkiem, wówczas jeszcze napastnikiem. Był Dawid Plizga z GKS-u Katowice, kilku ciekawych chłopaków grało też w Górniku.

Nie mogłeś grać w rozgrywkach Turnieju, ale może miałeś kiedyś okazję oglądać zawody “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Nie, ale jestem zwolennikiem wszelkich inicjatyw, które w tych czasach aktywizują młodzież. Mam wrażenie, że teraz niektóre dzieci nie wiedzą, co to jest prawdziwe pozytywne zmęczenie. Myślą, że lekko się spocą, mają głębszy oddech, to trzeba odpocząć, nie przełamują swoich granic, bo uważają, że ich nie mają. Im więcej takich inicjatyw, które aktywizują młodzież, to też ogólna zdrowotność społeczeństwa będzie wyższa. Nie wszyscy zawodnicy z Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” zostaną kiedyś profesjonalnymi piłkarzami, ale wiadomo, że jak chłopak ma 10 lat, poogląda w akcji Lewandowskiego, to ma marzenia. Jednakże, tym najzdolniejszym jednostkom – takie turnieje mogą pomóc w ich spełnieniu.

W wieku juniorskim trenerzy przeczuwali, że uda ci się kiedyś zrobić karierę na ekstraklasowym poziomie?

– Nie wiem. Nie powiedziałbym, że byłem jakąś perełką. Braki fizyczne nadrabiałem umiejętnościami technicznymi. Systematycznie pracowałem, dostosowywałem się do środowiska – chociażby w tym pierwszym sparingu, gdzie od razu zmieniono mi pozycję, a trener widział, że wziął zawodnika z juniorów i sobie jakoś radzi. Teraz spojrzenie na młodzież jest trochę inne, kiedyś w stani było może z trzech nastolatków, a praktycznie cała reszta to ponad 30-letni mężczyźni. Młodzi w pierwszej kolejności odpowiadali za sprzęt, a później, jeżeli coś potrafiLI, to dostawali szansę. Trzeba było się w tych realiach odnaleźć.

Kiedy zacząłeś zarabiać pierwsze pieniądze z gry w piłkę?

– Myślę, ze było to, gdy podpisałem kontrakt z pierwszą drużyną Piasta. Nie pamiętam kwot, ale na pewno nie były zawrotne. Byłem wychowankiem, a wiadomo, że wychowanków traktuje się lekko po macoszemu. Podpisałem kontrakt od razu na pięć lat, byłem młodym chłopakiem, nie miałem menedżera, klub zaproponował, to wziąłem (śmiech). Fakt jest taki, że przez ten kontrakt ciężko było potem gdzieś odejść, bo jak pojawiała się oferta, to albo miałem jeszcze długo ważną umowę, albo klub zrzucał zaporową kwotę, która odstraszała potencjalnych kupców.

Jesteś zadowolony ze swojej piłkarskiej kariery?

– Myślę, że tak. Nie powiedziałbym jako 15-latek, że rozegram tyle meczów na poziomie Ekstraklasy, że będę grał w młodzieżowych reprezentacjach Polski… Nie mam się czego wstydzić, przeżyłem naprawdę fajną przygodę. Oczywiście, pewne decyzje trzeba było podjąć inaczej, może dało się wycisnąć jeszcze trochę więcej, ale z drugiej strony – miałem szczęście, bo kontuzje mnie omijały i prawie zawsze byłem do dyspozycji trenera.

Dzisiaj grasz w rezerwach i działasz w strukturach akademii. W jakiej roli?

– Z Wojtkiem Kędziorą, jako byli piłkarze, zaangażowano nas do projektu rozbudowywania akademii. Jesteśmy wdrażani, pomagamy trenerom poszczególnych grup młodzieżowych i doszkalamy się w tej kwestii. Mam licencję UEFA B, ale wiadomo, że rola zawodnika i trenera znacząco się różni. Do tej pory współpracowałem z najmłodszymi rocznikami, a za półtora miesiąca będę pomagał w zespołach U14-U15. Akademia chciała zagospodarować osobę, która w Gliwicach ma jakieś nazwisko i chęci – od początku mówiłem, że nie wiem, czy się od razu nadaję na trenera, więc chciałbym się wdrożyć, zobaczyć to wszystko od środka…

Mówiąc kolokwialnie, “jara” cię to?

– Myślę, że jest to fajna sprawa. Piast w ostatnich latach zrobił kapitalne wyniki z pierwszym zespołem, ale myślę, że dla takiego klubu, który nigdy nie będzie wywindowanego budżetu, jedną z dróg na zarabianie jest wychowywanie młodych chłopaków pokroju, dawanie im szans w pierwszej drużynie, a później transferowanie ich do lepszych klubów. Już teraz mamy przykłady Radka Murawskiego czy Patryka Dziczka, na których klub zarobił i wszystkie strony na tym zyskały – szlaki zostały przetarte. Miejmy nadzieję, że będziemy w stanie wychować ich następców, którzy również podążą taką drogą.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix