Reportaże

“Finałowa porażka na Narodowym nadal bardziej boli niż cieszy”. Reportaż ze Zduńskiej Woli

Jeden z najbardziej zaciętych finałów w historii Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”, który trzymał w napięciu do samego końcu. Wymiana ciosów, odrabianie strat i ekscytujące rzuty karne. Mowa o meczu MGUKS Pogoń Zduńska Wola z SP 45 Wrocław w kategorii chłopców U-12 z 2017 roku. Zwycięsko z tego starcia wyszli wrocławianie, my postanowiliśmy odwiedzić pokonany zespół. Co u nich słychać? Czy bohaterowie takiego meczu dalej grają w piłkę i poszli w świat? Co sprawia, że ze Zduńskiej Woli na szersze wody wypłynęły takie nazwiska jak Mariusz Stępiński, Rafał Augustyniak, Michał Stasiak, Paweł Kaczorowski, Adrian Budka czy Łukasz Masłowski?

MGUKS Pogoń Zduńska Wola to klub w województwie łódzkim z wieloletnimi tradycjami. Powstał tuż po wojnie z połączenia Włókniarza Zduńska Wola i Stali Zduńska Wola. Najwyższy poziom rozgrywkowy na którym występowali to III liga. Jednak były to dla nich za wysokie progi, zadłużyli się, byli blisko upadku, ale w 2005 roku połączyli się z Ekologiem Wojsławice tworząc Pogoń-Ekolog Zduńską Wolę. Obecną nazwę posiadają od 2012 roku, a możemy ich na co dzień oglądać na poziomie IV ligi. 

Co jakiś czas jako klub borykamy się z różnymi problemami finansowymi, żeby utrzymać drużynę seniorską, ale mimo to udaje nam się przebywać w środku tabeli IV ligi. Myślę, że jest to satysfakcjonujący rezultat, choć z lekką zazdrością patrzymy na naszych sąsiadów, którym lepiej się powodzi, jak Warta Sieradz (czub IV ligi) czy Sokół Aleksandrów Łódzki (III liga). Co prawda, były u nas epizody w III lidze, ale historia ewidentnie pokazuje nam, że jesteśmy obecnie w tym miejscu, w którym powinniśmy być – uważa Marek Lorenc, jeden z trenerów Pogoni Zduńska Wola, który związany jest z tym klubem od 15 lat.

Gdy zajechaliśmy pod stadion Pogoni, przyznamy szczerze, że budynek należący do MOSiR-u, robi wrażenie, z zewnątrz, jak i wewnątrz, mając cały czas na uwadze fakt, że jest to klub z szóstego poziomu rozgrywkowego. Stadion skromny, ale z zadbaną płytą główną, mimo niesprzyjającej aury pogodowej. Do tego dochodzi boisko ze sztuczną nawierzchnią, na której w okresie zimowej trenują wszystkie drużyny w klubie, żeby nie obciążać głównego boiska.

Ten budynek został oddany do użytku pół roku temu. Wcześniej my, czyli trenerzy starszej daty opowiadaliśmy młodym zawodnikom, że zaczynaliśmy swoją przygodę z piłką w nieco innych, ale podobnych warunkach treningowych, bowiem nie było sztucznej murawy, ale jedna rzecz w ogóle się nie zmieniała to… budynek klubowy, który wyglądał fajnie, ale raczej w kategoriach zabytku i sentymentu, bo był mało funkcjonalny, a wręcz nas poniżający. Aby skorzystać z pryszniców trzeba było wyjść z szatni i przejść przez korytarz do łazienki. To było słabe, ale na szczęście to już za nami  podkreśla Lorenc.

Obecnie nie ma ani śladu po starym budynku, a nowym mogą się chwalić: kompleks kilku szatni, dwie siłownie, sala konferencyjna, pomieszczenia dla innych sekcji sportowych działających w Zduńskiej Woli. – Teraz mamy budynek, który budzi nadzieję na większy futbol, bo piłkarze mają zapewnione warunki socjalne i to może być czynnik, który zadecyduje o tym, że nasi piłkarze nie będą szukać miejsca w innych klubach, bowiem tutaj będą mieli komfortowe warunki. Przyjeżdżają do nas różne kluby na mecze i często słyszymy: “wow, ale macie świetne warunki”. Mamy i cieszymy się z tego, bo kiedyś było nam wstyd  – dodaje.

Dawny budynek klubowy Pogoni Zduńska Wola

Aczkolwiek, jeśli chodzi o dostępność boisk już tak kolorowo nie jest, jeśli chodzi o całą Zduńską Wolą. Płyta główna jak i boisko ze sztuczną nawierzchnią, należą do miasta, więc korzystać mogą z niego też inne kluby, a ich jest tu sporo, bo aż sześć. – Zaplecze treningowe to jest odwieczny problem, z którym się zmagamy. Każdemu marzy się kilka mniejszych boisk do trenowania, które byłyby w pobliżu klubu. W okresie zimowym gnieździ się tutaj w dużym ścisku z kilkoma klubami. Gdy mamy dostęp do połowy boiska, wtedy jesteśmy szczęśliwi, bo jest ono mocno oblegane przez inne drużyny. Męczymy się, ale zawsze może być gorzej, więc cieszymy się z tego, co mamy, bo są kluby, które w okresie zimowym nie trenują w ogóle, bo nie mają gdzie – zaznacza trener Pogoni.

Jakie idee przyświecają klubowi ze Zduńskiej Woli? – Jako klub borykamy się z posiadaniem konkretnej wizji. Nie ma u nas z góry postawionych celów. Raczej każdy z trenerów wyznacza swoje małe cele. W przypadku seniorów jest to solidna IV liga i wprowadzanie, jak największej liczby zawodników ze Zduńskiej Woli do pierwszego składu. Niewątpliwie kluczową kwestią dla klubu jest ułożenie struktur młodzieżowych w jak najszerszym gronie. Aczkolwiek są z tym pewne problemy, bo poodpadały nam niektóre roczniki. Z kolei ja obecnie prowadzę drużynę juniora młodszego i moim priorytetem jest wprowadzanie 16-latków do piłki seniorskiej, poprzez grę w I lidze wojewódzkiej – odpowiada Lorenc.

Na pewno nie można powiedzieć o Pogoni, że szkolenie jest dla nich oczkiem w głowie i najwięcej pieniędzy idzie na ten segment. – Szkolenie dzieci i młodzieży nie jest oczkiem w głowie klubu. Każdy z trenerów ma jeszcze inne aktywności zawodowe. Nikt z nas nie może w pełni oddać się samym treningom. Nie ma u nas trenerów od przygotowania motorycznego, siłowego czy mentalnego. Ale nie powiedziałbym, że my tylko się bawimy w piłkę nożną, bo pracujemy na tyle, ile możemy. Znamy swoje miejsce w szeregu i w pewnym momencie zawodnik myślący o profesjonalizmie musi znaleźć inny klub czy akademię, żeby mieć możliwość częstszego trenowania lub grania w CLJ. U nas są tylko trzy jednostki, bo też mamy zawodników w różnych szkołach i często z innych miast – podkreśla.

Nie mają pełnych struktur młodzieżowych, ale to nie jest tylko problem Pogoni w Zduńskiej Woli, bo pozostałe pięć klubów, które prowadzą drużyny dziecięce i młodzieżowe, również ma z tym kłopot. Aczkolwiek jest pomysł na to, żeby to wszystko usystematyzować, wspólnymi siłami. Kluby już nad tym pracują i współpracują między sobą, żeby lokalna młodzież miała jak najlepsze warunki do rozwoju i trenowania, aby ciągłość szkolenia została zachowana w tej blisko 50-tysięcznej miejscowości.

Każdy z lokalnych klubów prowadzi najmłodsze roczniki, a później, gdy zawodnicy przekroczą 11 rok życia to ci najbardziej wyróżniający się trafiają do Orłów Zduńska Wola, a pozostali dalej trenują i szlifują swoje umiejętności w macierzystych zespołach. – Nadrzędną ideą projektu była chęć połączenia sił pomiędzy lokalnymi działaczami sportowymi, aby stworzyć możliwie najlepsze warunki rozwoju sportowego dla najbardziej utalentowanych młodych zawodników z naszego regionu. W akcie założycielskim uczestniczyły osoby zarządzające na co dzień trzema lokalnymi klubami: MKS Zduńska Wola, MGUKS Pogoń Zduńska Wola oraz Diament Zduńska Wola – czytamy na oficjalnej stronie klubu.

Co słychać w drużynie, która zagrała na Narodowym? 

Głównym celem naszej wizyty było zweryfikowanie tego, co słychać u chłopców, którzy zrobili takie wielkie zamieszanie w 2017 roku, kiedy to dotarli aż do samego wielkiego finału Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” w kategorii U-12. Przez całą drogę do końca rozgrywek byli niepokonani i dopiero w ostatnim meczu na Stadionie Narodowym musieli uznać wyższość rywali z Wrocławia, którzy w serii rzutów karnych okazali się lepsi od ekipy ze Zduńskiej Woli.

W tym Turnieju brał udział rocznik 2005, czyli dzisiaj ci chłopcy mają 15-16 lat. Co u nich słychać i jak się rozwinęli przez ostatnie cztery lata? – Zawodnicy, którzy zajęli trzecie miejsce w kategorii U-10, mieli okazję zagrać na Stadionie Narodowym, a dwa lata później udało im się również zagrać na najważniejszym stadionie w Polsce, ale już w wielkim finale – oni rozjechali się po całej Polsce, wręcz systemowo. Bo tuż po zakończonych rozgrywkach Maksymilian Stangret poszedł na testy do Legii Warszawa i tam już został, gdzie gra do dziś i strzela gole. Podglądam go od czasu do czasu i widzę, że on się wyróżnia i nadal akademia go chce, nie zrezygnowali z niego. W tym momencie jest już juniorem młodszym – opowiada Marek Lorenc.

Kajetan Radomski, Filip Woźniak i Adrian Filipiak są w Rakowie Częstochowa. Z kolei Jakub Jendryka w ubiegłym roku trafił do Widzewa Łódź i ma już za sobą mecze w CLJ U-15. – W piłkę nożną do dzisiaj grają wszyscy oprócz dwóch chłopców. Na ten moment Maciej Owczarek, Franciszek Nowak i Marek Domagalski (grał w Turniej Tymbarku U-10, gdy Pogoń zajęła 3. miejsce) trenują już w pierwszym zespole Pogoni Zduńska Wola. Stwierdziliśmy z trenerem seniorów, że czas najwyższy, aby poszli na wyższy poziom treningowy, jaki jest w seniorach. Myślę, że ich droga dobrze się potoczyła. Aczkolwiek do profesjonalnego grania to jeszcze im daleko, choć już powoli uchylają furtkę do sportowej kariery. Czekamy z niecierpliwością na ich dalszy rozwój, a czy im się ostateczne powiedzie? Zobaczymy, na to składa się wiele czynników, trudno prorokować – zaznacza trener, który doprowadził ten zespół do finału Turnieju.

Rozjechał mi się ten zespół po całej Polsce, ale to chyba dobrze. Turniej “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” rządzi się jednak swoimi prawami. Uważam, że nie ma to przełożenia na to, którzy zawodnicy będą w przyszłości grać zawodowo w piłkę, ale z drugiej strony nikt słaby tego Turnieju nie wygrywa (śmiech). Trzeba mieć indywidualności oraz dobry zespół, bo w tej kategorii wiekowej jeden utalentowany chłopak nie będzie przesądzał o wygranym Turnieju. Trzeba mieć pomysł na grę, zgrany zespół z dobrym bramkarzem – dodaje.

W historii Pogoni Zduńska Wola nie wszystkie roczniki udaje się doprowadzić do rocznika juniora młodszego. Rocznikowi 2005 ta sztuka się powiodła, ale w zespole możemy zobaczyć zaledwie trzech chłopców (Nowak, Owczarek, Kowalczyk), którzy wystąpili w wielkim finale Turnieju w kategorii chłopców U-12 na Stadionie Narodowym. – Jesteśmy nierównym zespołem. Potrafimy wygrać z bardziej renomowanym rywalem, żeby później doznać dotkliwej porażki. Aczkolwiek tanio skóry nie sprzedajemy i robimy swoje – podkreśla trener.

– Gdyby zawodnicy z mojej drużyny nie rozjechali się po całym kraju, uważam, że bylibyśmy wiodącym zespołem w województwie, który biłby się o najwyższe cele i kto wie, może o Centralną Ligę JuniorówJednak to nie drużyny juniorów są najważniejsze w futbolu, a jednostki indywidualne, bo to one przebijają się do seniorskiej piłki. Nie ma takich przypadków, gdzie cały rocznik np. Legii Warszawa trafia do pierwszej drużyny, zawsze są to pojedynczy zawodnicy, a reszta udaje się na wypożyczenia lub po prostu przepada. Cieszymy się  z tego, w jakim są miejscu nasi wychowankowie, ale nadal pamiętamy, że są jednymi z wielu w Rakowie, Legii czy Widzewie. Aby się przebić, muszą mocno pracować i mieć też sporo szczęścia. Statystyka również jest bezlitosna. Po Turnieju Tymbarku ze Zduńskiej Woli wyjechało ich pięciu i trudno oczekiwać, że wszyscy staną się piłkarzami Ekstraklasy czy I ligi. Gdyby tak się stało, to byłby sportowy cud. Będziemy ogromnie zadowoleni, jeśli ta sztuka uda się dwóm z nich, aczkolwiek wszystkim życzymy jak sportowego sukcesu – uważa.

A jak to wyglądało w tamtym okresie, kiedy to wszyscy najzdolniejsi zawodnicy byli jeszcze w Pogoni Zduńska Wola? Ta drużyna była jedną z najlepszych w województwie czy po prostu udał im się jeden Turniej? – To nie było tak, że nie było na nas mocnych. Owszem, zdarzało nam się wygrać jakiś turniej, ale nie można powiedzieć, że byliśmy najlepsi w regionie, co też to pokazała liga wojewódzka. Kiedy przeszliśmy na grę w jedenastoosobowych zespołach, spadliśmy z tych rozgrywek. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że na Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” to był inny zespół niż w lidze, bo byliśmy wzmocnieni chłopcami, którzy na co dzień grali już w roczniku wyżej – zaznacza.

“Ta porażka bardziej boli niż cieszy”

Turniej “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” zapisał się złotymi zgłoskami w historii całego klubu, a chłopcy przeżyli niesamowitą przygodę na Stadionie Narodowym – Tego im nikt nie zabierze. Przed Turniejem rodzice mówili: “jedziemy po zwycięstwo”, a ja odparłem: “najważniejsze, żeby zagrali na Narodowym”. To wiązało się praktycznie z tym samym, ale bardzo mi zależało, żeby tam zaszli. Może z perspektywy boiska tego tak nie czuć, ale, gdy później ogląda się to w telewizji czy Internecie, mecz robi olbrzymie wrażenie. Za dziesięć, piętnaście lat chłopcy będą mogli opowiadać z dumą swoim dzieciom, że grali na tym obiekcie – zaznacza Marek Lorenc. 

– Kilkakrotnie oglądałem ten mecz z odtworzenia, ale nie pod kątem analitycznym i krytycznym, ale pod takim względem, że była to fajna przygoda. Ten Turniej daje pozytywnego kopa do dalszego działania. Dobrze, że on istnieje, bo pomaga w realizacji i dążeniu do spełnienia marzeń – mówi nam Wiktor Kowalczyk, który miał okazję zagrać na Stadionie Narodowym w barwach Pogoni Zduńska Wola.

– Z kolei ja oglądałem ten mecz tylko raz, bo zawsze jest to widmo z tyłu głowy, że można było zrobić coś inaczej, lepiej. Nie mam do siebie czy do chłopaków większego żalu, bo ten mecz był otwarty i stworzyliśmy sobie klarowne sytuacje do zdobycia bramek: słupek, poprzeczka itd. Też był moment, gdzie mogliśmy przegrywać wyżej, a ostatecznie doprowadziliśmy do remisu 1:1, a potem były już tylko rzuty karne. Tam wszystko szybko się działo, a te mecze są bardzo krótkie, bo to zaledwie 2 x 10 minut i czas naprawdę szybko ucieka – dodaje szkoleniowiec.

Rzuty karne sprawiły, że ekipa z Wrocławia wygrała cały Turniej, a nie chłopcy ze Zduńskiej Woli. Okazało się później, że trener drużyny z województwa dolnośląskiego uważnie oglądał mecz Pogoni z drużyną z Poznania w półfinale, który został rozstrzygnięty po serii rzutów karnych. – Mieliśmy taki zwyczaj, że przed każdym meczem zbieraliśmy się całą ekipą i oglądaliśmy naszego najbliższego rywala. Nagrywaliśmy starcia naszych kolejnych przeciwników. Oglądaliśmy drużynę z Płocka, AP Reissa Poznań i wiedzieliśmy, jakie są ich mocne, słabe punkty i na co mamy uważać. Jednak przed meczem finałowym już tej analizy nie robiliśmy, bo SP 45 Wrocław pokonaliśmy 2:1 w grupie. Znaliśmy ten zespół. Można powiedzieć, że przegraliśmy swoją własną bronią (śmiech). Bo to oni nas podglądali. Wiedzieli, jak strzelaliśmy rzuty karne z AP Reissa. Nie przeszło mi to nawet przez myśl, że oni mogli analizować nasze rzuty karne. Mogłem coś pozmieniać, a strzelaliśmy tak samo jak w półfinale, a ich bramkarz rzucał się w ciemno w swój prawy róg – opowiada Lorenc.

Wcześniej udawało nam się wygrywać po rzutach karnych. W finałach wojewódzkich w ćwierćfinale wyeliminowaliśmy UKS SMS Łódź, właśnie po serii “jedenastek”. Na Stadion Narodowy dostaliśmy się, bo pokonaliśmy AP Reissa, również po regulaminowym czasie gry. W obu tych meczach jednego z rzutów karnych strzelał Maciek, a w finale nie chciał podejść, bo czuł spory ból w nodze. To i tak był zawzięty chłopak, bo całe finały ogólnopolskie rozegrał z kontuzją. Bardzo chciał grać i wspólnie z rodzicami podjęliśmy decyzję, żeby grał, ale karnego już nie strzelał, a on to naprawdę dobrze je wykonywał. Teraz możemy tylko gdybać, bo jego zastępca nie wykorzystał karnego. Aczkolwiek słowo “gdyby“ w sporcie nie istnieje, jest tylko to, co już zostało dokonane – uważa.

Jak zareagowała drużyna na porażkę po rzutach karnych na Stadionie Narodowym? – Chłopcy mieli już w głowach wygraną, więc po końcowym gwizdku byli załamani i nie było co zbierać. W grupie wygraliśmy z SP 45 Wrocław 2:1, więc też było przekonanie w zespole, że możemy to wygrać. Niestety, nie udało się, a moi zawodnicy mocno to przeżyli. Widać to na zdjęciach z ceremonii, gdzie nie byli w stanie ukryć swoich prawdziwych emocji. Wszyscy byli smutni – zauważył trener.

Jak to wyglądało z perspektywy zawodnika? – To było straszne uczucie. Nie mieliśmy na nic nastroju. Tuż po zakończonym finale odbyła się uroczysta ceremonia wręczenia nagród i ciężko było nam się zebrać w sobie, żeby się na niej pojawić, aby jakkolwiek wyglądać, bo wiadomo, że zewsząd byliśmy nagrywani i fotografowani. W autobusie panowała cisza… kolejne dni dopiero zmieniały nam perspektywę tego meczu, że w sumie jest to wielki sukces. Udzieliliśmy sporo wywiadów, odbyliśmy wiele rozmów i to zmieniło nasze spojrzenie – uważa Kowalczyk.

Ta porażka nadal siedzi w głowach? – Mimo że minęło tyle czasu, nadal ta porażka mnie bardziej boli niż cieszy i siedzi z tyłu głowy. Mam przed oczami obrazki, gdy zbierałem ich z boiska, bo wszyscy leżeli i płakali. Czuli się tak, jakby im ktoś coś zabrał, co do nich należało – podkreśla trener.

– Z perspektywy czasu uważam, że zwycięstwo w tym Turnieju niewiele by zmieniło w naszych życiach. Dlatego szybko to przeobraziliśmy w pozytywne wspomnienia. To jest przygoda, którą będziemy mogli opowiadać swoim dzieciom i potem wnukom (śmiech), ale to wszystko zależy od dalszego rozwoju naszych piłkarskich przygód. Jeśli poszłoby to mocno do przodu, to raczej nie byłby to najważniejszy Turniej w naszym życiu. Aczkolwiek to było duże wydarzenie, wielka otoczka, znane osobistości piłki nożnej i Stadion Narodowy, który robi wielkie wrażenie – opowiada zawodnik MGUKS Pogoń Zduńska Wola.

Co najbardziej utkwiło w pamięci piłkarzowi, który miał okazję zagrać na Stadionie Narodowym? – Najlepiej wspominam… finał, co prawda nie najlepiej się dla nas zakończył, a tym bardziej dla mnie, bo wszedłem na boisko na trzy minuty i… dostałem piłką w głowę. Musiałem zejść z murawy i już ponownie nie pojawiłem się na placu gry. Nie straciłem przytomności, choć kręciło mi się w głowie i nikt nie chciał ryzykować, żeby mi się coś poważniejszego stało. Aczkolwiek bardzo chciałem pomóc drużynie i byłbym gotowy, żeby podejść do rzutu karnego, jeśli zostałbym do niego wyznaczony – wspomina Kowalczyk.

Reprezentanci kraju ze Zduńskiej Woli

Wspomnieliśmy o zawodnikach, którzy trafili do ekstraklasowych akademii z ekipy, która dotarła do finału Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”. Aczkolwiek Pogoń Zduńska Wola może pochwalić się bardziej znanymi zawodnikami, którzy przebrnęli przez szkolenie w tym klubie. Od momentu reaktywacji klubu, czyli 2005 roku, dwóch zawodników trafiło do reprezentacji Polski: Mariusz Stępiński i Rafał Augustyniak. – Może nie są naszymi pełnoprawnymi wychowankami, bo trafiali do nas z innych klubów, odpowiednio z Piasta Błaszki i MKS MOS Zduńska Wola, ale Pogoń na pewno miała wpływ na ich dalszy rozwój, bo nie mówimy tutaj o krótkich epizodach, a kilkuletnich pobytach – zaznacza Lorenc, który miał okazję przez półtora roku pracować z Augustyniakiem w juniorach Pogoni Zduńska Wola.

– Widać było po nim, że potrafi więcej od innych. Do tego czynnik fizyczny go determinował, bo był tak silny, że było to wręcz niewiarygodne. Aczkolwiek nie sądziłem, że zrobi aż tak wielką karierą. Chapeau bas Rafał. To był czas, gdy nasze drużyny nie prezentowały się najlepiej, a on i tak się przebił. Jesteśmy niezmiernie dumni, że on aż tak zaistniał, bo przecież mówimy o aktualnym reprezentancie Polski – wspomina Augustyniaka, trener Marek Lorenc.

Rafał Augustyniak (górny rząd, trzeci od prawej)

Jednak nie tylko ci dwaj piłkarze dotarli na poziom reprezentacyjny, zaczynając swoją przygodę z futbolem w Zduńskiej Woli. Warto jednak zaznaczyć, że nie tylko Pogoń może poszczycić się znanymi wychowankami, tym samym może pochwalić się inny zduńskowolski klub – MKS MOS. Zresztą Rafał Augustyniak grał zarówno w MKS-ie, jak i Pogoni. Wróćmy jednak do innych reprezentantów. Do tego renomowanego grona zaliczają się jeszcze: Paweł Kaczorowski (Pogoń), Adrian Budka (MKS MOS) i Michał Stasiak (MKS MOS). I należy jeszcze wspomnieć o zawodnikach, którzy weszli na poziom Ekstraklasy lub pierwszej ligi: Radosław Becalik (Pogoń), Radosław Kardas (MKS i Pogoń), Łukasz Masłowski (MKS MOS), Marek Nowicki (Pogoń). Można to jakoś logicznie wytłumaczyć, co ma wpływ na to, że zawodnicy są w stanie przebić się ze Zduńskiej Woli na wyższy poziom?

– Trudno oceniać to jednoznacznie, bo to jednak zawodnicy z wielu roczników. Kiedyś treningi i selekcja wyglądały zupełnie inaczej. Utalentowany zawodnik wręcz musiał być sprawdzony przez Widzew, ŁKS czy GKS Bełchatów. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Niebawem okaże się, na ile zduńskowolskie pomysły na futbol okażą się dobre na tle innych klubów i miast. Wygląda na to, że wszystko idzie ku dobremu. Szansa na kolejnych zawodników Ekstraklasy, a może nawet reprezentacji, jest chyba spora, bowiem zduńskowolan w poważnych akademiach nie brakuje, a zewsząd słyszymy, że zawodnikami Pogoni, MKS czy Orłów interesują się najlepsze akademie w Polsce – podkreśla Lorenc. 

***

Dużo do myślenia dają suche fakty dotyczącej wychowanków lub piłkarzy, którzy przez pewien czas szkolili się w Zduńskiej Woli, lecz nie tylko w Pogoni. Znajdziemy tu kilku reprezentantów Polski, a do tego jeszcze zawodników, którzy doszli na poziom Ekstraklasy czy pierwszej ligi. Przyjrzeliśmy się z bliska klubowi, warunkom treningowym, jak i jednostkom treningowym, i tym bardziej bierze nas dziw, że z tego miejsca, aż tylko zawodników idzie w świat.

W Pogoni Zduńska Wola nie ma ciągłości szkolenia, nie mają wszystkich roczników, często im drużyny upadają, a do tego w mieście jest kilka oddzielnych szkółek piłkarskich, które działają na swój rachunek. Do tego klub nie należy do najbogatszych w IV lidze, a sami zawodnicy mają amatorskie kontrakty lub półzawodowe.  

Kluby w Zduńskiej Woli mają fajne zabezpieczenie socjalne – budynek klubowy z kompleksem szatni i siłowniami, ale powstał zaledwie pół roku temu. Jak nas zapewniają w klubie, wcześniej mieli fatalne warunki szatniowe, których się wstydzili.  

A mimo to mogą pochwalić się tym, że szkolił się u nich obecny reprezentant Polski, Rafał Augustyniak. Chłopacy, którzy zagrali na Stadionie Narodowym w Warszawie w 2017 roku są na dobrej ścieżce rozwoju i zbierają pozytywne recenzje od trenerów w renomowanych akademiach (Legia, Raków, Widzew). Zatem są też przesłanki ku temu, że za kolejne kilka lat ktoś z Pogonią Zduńska Wola, a może z MKS-em Zduńska Wola czy Orłów Zduńska Wola w CV, dojdzie do tego samego miejsca, co chociażby Augustyniak.

Przykład klubów ze Zduńskiej dobitnie pokazuje, że talenty rodzą się wszędzie i niekoniecznie muszą być od razu szkolone na zawodowych piłkarzy w profesjonalnych akademiach. Tutaj piłka nożna najważniejsza jest podczas treningów i meczów, a poza nim jest spora przestrzeń na inne aktywności pozalekcyjne. Nie ma takich ambicji i presji, żeby za wszelką cenę wychować kolejnych następców. Raczej należy to traktować jako efekt uboczny ich pracy, coś, co zdarzyło się przy okazji, a nie było celem samym w sobie. 

I w taki sposób działających, de facto, amatorskich klubów w Polsce, jest mnóstwo, ale nie każdy może poszczycić się zawodnikami, którzy cyklicznie wchodzą na poziom reprezentacji Polski, Ekstraklasy czy pierwszej ligi. Zduńska Wola pokazuje, że można, mimo wielu ograniczeń. Zdecydowanie zasługują na wielki szacunek i uznanie. Oby było jak najwięcej takich miejsc, bo szkolenie nie odbywa się tylko w renomowanych akademiach, a o tym czasem zapominamy, że to mniejsze kluby zasilają swoimi zawodnikami większych graczy. 

ZE ZDUŃSKIEJ WOLI – ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Pogoń Zduńska Wola/Facebook