Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Tomasz Zahorski

Jego pierwszym szkoleniowcem był jego tata, z którym miał później jeszcze okazję zagrać w jednej drużynie. Do Olsztyna musiał dojeżdżać po półtora godziny w jedną stronę, żeby wziąć udział w treningu. Dzisiaj jest asystentem w młodzieżowych reprezentacjach kraju. Jak swoje początki z piłką wspomina Tomasz Zahorski?

Swoją przygodę z piłką rozpoczął pan od Pisy Barczewo?

– Tak. Pisa była moim macierzystym klubem, w którym moim pierwszym trenerem był… mój tata, który również sam grał w tym zespole oraz prowadził pierwszą drużynę. Od małego zabierał mnie za rękę na boisko.

Pana ojciec grał tylko hobbistycznie czy miał za sobą jakąś karierę?

– Grał na poziomie starej II ligi. Zbyt wielu meczów tam nie rozegrał, ale udało mu się zadebiutować na tym szczeblu. Później występował w niższych ligach, a w Barczewie zakończył swoją przygodę z piłką. Kiedy miałem 18 lat, udało nam się nawet rozegrać jedną rundę razem – ja grałem w ataku, a tata na stoperze.

Przez ile lat prowadził pana ojciec?

– Do wieku młodzika, bo później przeszedłem do młodzieżowych grup Stomilu Olsztyn.

Od początku występował pan w ataku?

– Tak. Od małego ciągnęło mnie do przodu, do strzelania bramek. Gdzieś tam w tych latach młodzieńczych sprawdzałem się w ataku i tak już zostało. W grupach młodzieżowych Stomilu trenerzy próbowali mnie również wystawiać na stoperze czy jako bocznego pomocnika, ale były to tylko i wyłącznie epizody.

Kto był pana piłkarskim idolem w dzieciństwie?

– Roberto Baggio i Marco Van Basten. Włoska piłka, m.in. Milan był wtedy jedną z moich ulubionych drużyn, jak nie najbardziej ulubioną. To jest dwójka piłkarzy, na których starałem się wzorować.

Pamięta pan swoją pierwszą piłkarską koszulkę? Może była właśnie z Baggio lub Van Bastenem?

– Nie, jak dobrze pamiętam, to moją pierwszą koszulką był trykot Davora Sukera z Realu Madryt. Mam ją nawet chyba do dzisiaj, mój syn jeszcze parę lat temu w niej biegał, ale już z niej wyrósł.

Szkoła i oceny również były dla pana ważne czy to piłka nożna stała bezapelacyjnie na pierwszym miejscu?

– Były ważne, natomiast o tej “ważności” przekonałem się na dobrą sprawę w liceum. Więcej czasu poświęcałem piłce i zabawom na podwórku, także w klasach szkoły podstawowej wyglądało to bardziej na zasadzie po prostu przechodzenia do następnych klas, ale też, kiedy musiałem przysiąść i się pouczyć, to się uczyłem. Natomiast w liceum byłem już na tyle świadomym chłopakiem, że zdawałem sobie sprawę, że trzeba też z dobrym wynikiem zdać maturę, żeby mieć później ewentualnie możliwość kontynuowania nauki.

Zdarzało wam się z Pisą Barczewo brać udział w różnych turniejach młodzieżowych?

– To przede wszystkim były turnieje regionalne. Mierzyliśmy się ze Stomilem Olsztyn, Warmią Olsztyn, Mrągovią Mrągowo czy Tęczą Biskupin. Raz graliśmy u nas, innym razem u nich, także tam już mniej więcej każdy znał się z każdym. Rywalizacja była naprawdę zacięta. Zazwyczaj wygrywały zespoły z Olsztyna, ale nam też udawało się czasami urwać im punkty i uplasować się na podium.

Miał pan kiedyś jakąś styczność z Turniejem “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Od trzech lat pracuję w Polskim Związku Piłki Nożnej, a więc bardzo dobrze znam całą inicjatywę. Wiem, że w tym Turnieju pokazało się wielu przyszłych reprezentantów kraju. Kiedyś były inne zawody dla dzieci, np. “Piłkarska kadra czeka” i tam ze szkołą z Barczewa udało nam się zająć drugie lub trzecie miejsce w województwie.

To pana ojciec jest tym trenerem, który najbardziej pana ukształtował?

– W tych najmłodszych kategoriach wiekowych na pewno tak. Tata miał największy wpływ na mój rozwój, nie tylko piłkarski, ale również pod względem mentalnym.

Wymagał więcej od pana niż od innych?

– Myślę, że kiedyś było mniej wymagania, a więcej przyjemności z grania. Wyniki nie były najważniejsze, a właśnie możliwość spotkania się na boisku, na treningu i pogrania sobie amatorsko w piłkę. Mój tata dalej jest moim autorytetem, jeżeli chodzi o samego człowieka. Nie był surowy – do tej pory pamiętam, że dostałem od niego jedynego klapsa w życiu (śmiech). W klubie często poruszałem się wśród starszych zawodników i tata zasugerował kiedyś w szatni, że: jeżeli Tomek będzie niepokorny, to proszę nie zwracać uwagi na to, że jestem jego ojcem i waszym trenerem. Jeżeli zasługuje, żeby dostać w ucho, to nie będę na to krzywo patrzył.

Miał pan plan awaryjny na przyszłość, gdyby nie udało się zostać piłkarzem?

–  Miałem marzenia, żeby zostać piłkarzem, ale do pewnego wieku traktowałem to po prostu jako pasję. Konsekwentnie uczestniczyłem w treningach, nigdy nie odpuszczałem żadnej jednostki treningowej, pierwszy przychodziłem, a ostatni wychodziłem. Do Olsztyna pokonywałem półtoragodzinną podróż w jedną stronę, żeby pojawić się na treningu, a później wrócić. Wracając do domu, padałem na twarz, a trzeba było się jeszcze czasem pouczyć. Myślę, że też dzięki temu, że tak mi zależało i byłem zdeterminowany, to później pojawiła się możliwość grania na coraz wyższym poziomie.

Kiedy zaczął pan zarabiać pierwsze pieniądze z gry w piłkę?

– Pierwsze pieniądze zacząłem zarabiać wieku 17 lat. Otrzymywałem stypendium sportowe w IV-ligowej Tęczy Biskupiec. Razem z Jarkiem Bako, byłym bramkarzem, dużo starszym ode mnie, jeździliśmy wspólnie na treningi do Biskupca. Jak dobrze pamiętam, otrzymywałem ok. 400 złotych miesięcznie. Potem poszedłem do Stomilu Olsztyn, śp. Andrzej Biedrzycki był wówczas pierwszym szkoleniowcem. Stomil awansował wtedy z IV do III ligi, i tam już otrzymywałem 1500 złotych stypendium, czyli dla 18-letniego chłopaka to były już naprawdę dosyć poważne pieniążki.

Największym problemem, z którym zmagają się od zawsze młodzi piłkarze, jest przeskok do piłki seniorskiej. Jak on wyglądał w pana przypadku? 

– Dla mnie również był ciężki. Myślę, że to był taki przełomowy moment, bo ja późno zacząłem dojrzewać i dopiero gdzieś tam w trzeciej czy czwartej klasie liceum urosłem o ponad 10 centymetrów. Zanim urosłem, to w wieku juniora było mi ciężko na boisku. Różnie to wyglądało, raz grałem, a raz siedziałem na ławce rezerwowych. Moi rówieśnicy szybciej ode mnie dojrzewali. Wkraczając w wiek juniora starszego, nie miałem pewnego miejsca w seniorskich drużynach Stomilu i wtedy właśnie wróciłem do swojego macierzystego klubu. W klasie okręgowej jako 18-latek zagrałem jedną rundę, strzelając sporo bramek, potem zauważyła mnie Tęcza Biskupiec i sprowadziła do wyższej ligi, tam również spędziłem pół roku i strzeliłem trochę goli, a następnie zostałem już w Stomilu Olsztyn. Był to dosyć harmonijny rozwój. W III lidze pograłem półtora roku, a tamte rozgrywki naprawdę były wyrównane, a my też w Olsztynie mieliśmy naprawdę dobrą drużynę i też dzięki temu doszliśmy dosyć wysoko w Pucharze Polski, bo chyba do 1/16 finału. Trafiliśmy na Groclin Grodzisk Wielkopolski – u siebie przegraliśmy 1:7, a ja strzeliłem honorową bramkę. Groclin był wówczas świeżo po grze w europejskich pucharach, nie mieliśmy nic do powiedzenia, natomiast na tyle dobrze się zaprezentowałem w tamtym dwumeczu, że zaproszono mnie na testy do Grodziska.

Kilkanaście występów w reprezentacji, ponad 100 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w kraju. Uważa pan, że to była przygoda z piłką czy kariera?

– Przede wszystkim to była część mojego życia, która pozwalała mi się realizować, robić to, co zawsze kochałem robić oraz mój zawód. W ten sposób do tego podchodzę. Czy mogło być lepiej? Oczywiście, jeżeli mógłbym cofnąć czas i pewne rzeczy zmienić, to bym to zrobił. Do dzisiaj pamiętam słowa trenera Adama Nawałki, który prowadził nas przez ok. trzy lata w Górniku Zabrze i samemu będąc byłym piłkarzem, kilka razy podkreślał, żeby wykorzystać każdą minutę, dzień i lata treningu, na swój rozwój, wyciśnięcie z siebie maxa, żebyśmy niczego nie żałowali, bo nim się zdążymy obejrzeć, to już będziemy wieszać buty na kołku. To jest prawda. Życie leci dosyć szybko i mimo wszystko, każdy popełnia błędy, których można byłoby nie popełnić.

Obecnie jest pan asystentem w reprezentacji Polski do lat 19. 

– Tak, od początku maja współpracuję z trenerem Mariuszem Rumakiem w kadrze do lat 19, a wcześniej przez kilka lat byłem asystentem Marcina Dorny w młodszych rocznikach.

Jakie ma pan plany na przyszłość?

Upatruję swoją przyszłość w piłce juniorskiej i seniorskiej. Mam okazję zbierać ogromne doświadczenie w młodzieżowych reprezentacjach, gdzie mam styczność z bardzo fajnymi chłopakami, których umiejętności są na naprawdę wysokim poziomie, część z nich zadebiutowała już w seniorskiej piłce. Staram się wykorzystywać jako szkoleniowiec to, co przeżyłem jako piłkarz i przekazywać im swoją wiedzę oraz doświadczenia z boiska. Robię różne kursy trenerskie, uczęszczam na szkolenia, mam do obrony pracę licencjacką w Wyższej Szkole Zarządzania i Coachingu we Wrocławiu. Od kiedy skończyłem grać w piłkę, podążam w kierunku trenerskim.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix