Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

W czasie trwających mistrzostw Europy i całej kampanii meczów Polaków oraz towarzyszącym jej komentarzom, zacząłem zastanawiać się, kiedy w piłce możemy mówić o rozczarowaniu. Kiedy możemy mieć pretensje do zawodników za słabą grę? I czy wynik zawsze może definiować wszystko?

Patrzę na to pewnie inaczej niż większość kibiców, bo sam miałem z ławki wpływ na zespół. Znam to z autopsji – wiem, że to, co prosto wygląda na papierze, nie zawsze takie jest w rzeczywistości. Wielokrotnie dyskutowaliśmy z innymi trenerami o tym, że praca w szkoleniowej roli nie zawsze przekłada się na wyniki. Ba, ona na wyniki przekłada się nawet dość rzadko.

Trudno dzisiaj mówić o tym, że trener “jest słaby”, skoro nie ma wyników, gdy na palcach jednej ręki policzyć możemy tych, którzy wynikami się wyróżniają, jednocześnie imponując warsztatem.

Biorąc pod uwagę kompleksowość i złożoność sportu, jakim jest piłka nożna, i tego, jak wiele czynników ma wpływ na końcowy rezultat w danym klubie czy w reprezentacji, trzeba mieć świadomość, że trener to tylko jakaś część całego spektaklu. Mały trybik w potężnej futbolowej maszynie. Detal. Istotny, ale jednak detal, mniej ważny zazwyczaj nawet od kilku kluczowych zawodników.

*

Gdy oglądałem mecz Polski ze Szwecją, myślałem, że to niemożliwe. Bo jakkolwiek nie będziemy negować gry biało-czerwonych, każdy postronny widz przyzna, że mieliśmy w tym starciu sporo pecha. Podwójna poprzeczka Lewandowskiego to nic przy tym co wydarzyło się chwilę później. Najlepszy napastnik świata wpadł na piłkę 40 cm przed linią bramkową i futbolówka… ugrzęzła mu między nogami. Niebywałe? To zobaczcie powtórkę akcji z pierwszej minuty, bo zdaje się, że jej w telewizji też nie było za dobrze widać:

Po golu Forsberga każdy z nas pomyślał pewnie: “co za patałachy”. Ale kiedy dzieje się tak, że upadający zawodnik, totalnym przypadkiem, podbija piłkę piętą? W dodatku tak, że ta, dzięki temu odbiciu, mija ostatniego obrońcę i wpada idealnie pod nogi najlepszego strzelca drużyny?

Od kilku dni myślę więc, kiedy powinniśmy być rozczarowani. Kiedy powinniśmy narzekać.

Bo kibice mają prawo do ocen. Kibice mogą przecież stwierdzić, że graliśmy piach, gdy ten piach graliśmy. Tylko jak to wymiernie ocenić? Wydaje się, że większość fanów opiera swoje osądy o wyłącznie końcowy wynik. Czy to prawidłowy tok rozumowania? Do czego on prowadzi?

Kiedyś w radiu Maciej Stolarczyk powiedział mi jak analizuje efektywność przyjętej strategii i taktyki. Powiedział, że liczy w głowie akcje, będące realnym zagrożeniem bramki przeciwnika. Lub w drugą stronę – takie same akcje w wykonaniu rywali. Te, po których prowadzony przez niego zespół gola stracił lub mógł stracić. Jeśli wygrywa mecz, ale wynik tych jego akcji jest ujemny – nie jest zadowolony z gry swojej drużyny i szuka usprawnień oraz wyciąga wnioski. Jeżeli natomiast przegrywa, przykładowo 0:1, ale w “groźnych akcjach” jest 4:2 dla jego teamu – jest spokojny i wie, że podąża właściwą drogą.

Czujecie tu analogię do współczynnika xG? Expected goals jest statystyką, która pomaga przeanalizować szanse na bramki w określonym meczu. Każdy strzał ma więc swoją wartość, która odwzorowuje prawdopodobieństwo na strzelenie gola.

xG, jak każda statystyka, ma swoje zalety i wady. Wielu podkreśla, że to narzędzie to tylko ciekawostka. Że nie koreluje ona z końcowymi wynikami oraz nie wpływa na układ medalistów wielkich imprez czy klubowych rozgrywek. Niemniej jak dla mnie – to jakiś wymierny współczynnik (jeden z niewielu dostępnych), za pomocą którego racjonalnie ocenić możemy postawę analizowanych drużyn. Analiza jakościowa zawsze będzie subiektywna i zawsze trudno będzie opakować ją liczbowo. Tutaj jednak naprzeciw nam wychodzi statystyka, która pozwala w jakiś sposób połączyć fakty.

Bo jeśli “na oko” wydaje się nam, że Polska grała wspominany wyżej piach, możemy zerknąć na xG. Przypomnijmy sobie ostatni mundial. To, że w Rosji graliśmy piach, jest jasne raczej dla wszystkich. Co o naszym występie mówi expected goals?

Poland (0.96) 1-2 Senegal (1.19)
Poland (1.25) 0-3 Columbia (1.93)

Coś zatem się nam tutaj zgrywa. Po Euro zdania są jednak znacznie bardziej podzielone.

Mnie na przemyślenia (i trochę odgrzewanie kotleta) wzięło dlatego, że najbardziej zawiedziony byłem meczem z Hiszpanią. A za ten mecz zgarnęliśmy przecież tyle pochlebnych recenzji. Czy rzeczywiście zagraliśmy jednak tak rewelacyjnie? Czy ten remis nie wyniknął z dużego przypadku? Z farta przy karnym Moraty i z heroicznej postawy chaosu wśród naszych defensorów, którzy sami nie wiedzą, jakim cudem uniknęli kolejnych goli?

Patrzyłem na te mecze trochę bez głosów z zewnątrz i moje spojrzenie nijak się miało do tego, o czym później czytałem w sieci. Bo choćby pierwszym kwadransem meczu ze Słowacją – byłem zbudowany. W ostatnim starciu zaś, moim zdaniem, zdominowaliśmy Skandynawów. Czy ktoś zakwestionuje zdanie, że zdominowaliśmy zabarykadowanych we własnym polu karnym Szwedów, którym koniec końców strzeliliśmy dwa gole, a i trzeci wisiał na włosku?

Rzućmy okiem na statystyki (na szybko, z Flashscore’a): 60% posiadania piłki, przewaga w sytuacjach bramkowych, strzałach na bramkę, stałych fragmentach. 509 do 235 w liczbie podań, w tym 396 do 136 w celnych. 124 do 87 w atakach, a 77 do 39 w atakach groźnych (jakkolwiek to wyliczono).

Fakt, nasi rywale ustawili się w kompakcie, ustawili się nisko, a my byliśmy cholernie nieefektywni w podejmowanych próbach. Ale pomyślmy o tym “po trenersku”. Jak mogliśmy im odpowiedzieć?

Wydaje się, że opcje były dwie:

1. Podpuszczenie rywala i wciągnięcie go, zaproszenie do siebie. Wtedy próba kontry. Trochę jak Portugalia w niedzielę z Belgią (choć trzeba pamiętać, że wszelkie tego typu działania utrudnił fakt straconej szybko bramki. Tak, tej po przypadkowym odbiciu piłki od pięty Isaka).

Przyczyn naszej porażki upatrywać można właśnie w kiepskich kontratakach. Oraz braku pomysłu na zwolnienie przestrzeni do ich sprokurowania. To można było na pewno zrobić lepiej. W 15. minucie pomyślałem sobie nawet – ta sytuacja może zaważyć o naszym awansie lub jego braku.

Zieliński zdecydowanie za szybko pozbył się pliki. Zamiast ją podprowadzić i skupić uwagę obrońcy (po czym mógłby spróbować podcinki lub prostopadłego dogrania do wcinającego się Lewandowskiego; lub odegrania na lewo do rozpędzającego się Puchacza – a ten zakończyłby akcję strzałem lub płaskim dograniem na długi słupek do Lewego), pozbył się futbolówki tuż za linią środkową.

Biorąc więc na warsztat taktyczną gotowość do środowego starcia, ubolewać możemy, że odpowiednich zachowań nie mieliśmy tu zakodowanych wystarczająco skutecznie, by przełożyć je na boisko.

2. Dośrodkowania w pole karne.

I w miejscu tym nie trzeba przypominać, że dośrodkowań zaliczyliśmy aż 53. Choć ich efekt był mierny, mógł taki nie być.

Ale wracając do meritum. xG Polaków wyglądało na Euro 2020 tak:

Poland (1.64) 1-2 (0.49) Slovakia
Spain (3.36) 1-1 (1.35) Poland
Sweden (1.30) 3-2 (2.38) Poland

*

Jak powinniśmy oceniać więc mecze? Skoro chcemy wyciągać konsekwencje czyjeś pracy – trenera czy piłkarzy – to czy powinniśmy rozliczać ich wyłącznie z najbardziej przypadkowego elementu futbolu – finalizacji? Czy to nie jest w dużej mierze dzieło takiego przypadku, że w racjonalnej i konkretnej ocenie czyjejś gry, treningów oraz zachowań – nie powinniśmy go wręcz pomijać?

Tak się dzieje w szkoleniu młodzieży, dlaczego więc wobec seniorów zawsze sprowadzamy wszystko do końcowego wyniku?

Ok, końcowy wynik w piłce dorosłych będzie zawsze tym, o czym mówić się będzie najgłośniej. Następne pokolenia pamiętać będą zwycięzców, nie przegranych. Ale ostatecznie, jeśli popatrzymy na takie xG, to wypadliśmy na tym Euro całkiem nieźle. Czy to w jakiś sposób nie koreluje z oceną naszej gry przez polskich kibiców?

Michał Trela na Twitterze napisał fajne słowa o naszych meczach w eliminacjach. – Gdy Austria pechowo przegrała z Polską wszyscy mówili, że na końcu liczy się tylko wynik. Tylko pytanie, kiedy jest koniec i czy na pewno chodzi o koniec meczu. Bo na etapie, na którym bardziej liczy się proces, my patrzyliśmy na wynik. A na etapie, na którym liczy się wynik, patrzymy na proces.

Mnie ostatnie zdanie skłania do jeszcze innej refleksji: czy, generalnie, proces to nie jedyny aspekt, na którym powinniśmy się skupiać? Ja wiem, że w dobie wniosków wyciąganych naprędce i ocen oraz pokolenia instant to nie jest realne, niemniej – po co skupiać się na czymś, na co nie mamy wpływu? To wbrew podstawowym zasadom psychologii nawet.

Trudno ocenić czy dziś reprezentacja Polski pod wodzą Paulo Sousy podąża właściwą dla niej drogą. Żeby zrobić to rzetelnie, musimy poczekać. Staż pracy Portugalczyka w biało-czerwonych barwach jest zbyt krótki, by wyciągać pochopne wnioski.

Nawiasem mówiąc myślę sobie, że te reprezentacje to jest jedna wielka loteria. Zespoły klejone są z obcych sobie ludzi, którzy widzą się kilka razy do roku. Ludzi zależnych od tego, co dzieje się w ich klubach, rozsianych po całym świecie. Ludzi będących w różnej formie, niezależnej totalnie od selekcjonera i całej otoczki wokół kadry.

Ale jeśli miałbym ocenić to Euro – jako polski kibic – nie jestem rozczarowany.  Tym bardziej, że po raz pierwszy od 13 lat ostatnie dziesięć minut meczu ze Szwecją stałem przed samym telewizorem, szczerze trzymając kciuki za trzeciego gola…

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].