Wywiady

“Przerwa jest dla mnie równie ważnym etapem, jak praca w klubie”

Co do piłki przełożyć można ze stoicyzmu? Dlaczego postanowił wrócić do własnych notatek z ostatnich lat? Na ile ceni wewnętrzny spokój? Podczas „bezrobocia” zarządzasz swoim czasem w stu procentach. W stu procentach jesteś skupiony na własnym rozwoju. Jeśli ktoś nie dostrzega tego momentu, tylko czeka na oferty, prawdopodobnie ten sam schemat pracy powielał będzie przez całe życie. Ja tego nie chcę – mówi Mariusz Kondak, do niedawna asystent Radosława Sobolewskiego w Wiśle Płock, wcześniej jako analityk związany także z Wisłą Kraków i Chojniczanką Chojnice. Jakie błędy popełniał w przeszłości? Czym obecnie się zajmuje? Kiedy wróci do pracy w klubie?

Jakiś czas temu zniknąłeś nam z radarów. Co obecnie robisz?

Czy ja wiem, czy zniknąłem? Zależy, kto miał mnie na radarze. Zastanawiałem się jak określić to, czym się obecnie zajmuję. Chyba najbardziej trafię do tych, którzy regularnie czytają książki. Gdy czytasz książki, zaznaczasz wiele fragmentów. Do tych notatek rzadko jednak wracasz. Ja jestem na etapie takim, że wracam do wszystkich notatek z książek, które czytałem w ostatnich latach. Staram się przeanalizować wszystko, co dotknęło mnie w ostatnich latach. Zarówno na kanwie zawodowej jak i prywatnej. Chcę dobrze przemyśleć to, co robiłem do tej pory i w jaki sposób to rozwinąć w najbliższej przyszłości – spojrzeć na miejsce w jakim się znajduję oraz zdecydować jakie kroki chcę poczynić.

Jakie wnioski wyciągnąłeś z notatek z ostatnich lat?

Kiedy patrzę na swoje globalne spojrzenie na futbol to zauważam, że jego podstawy opierają się na treściach z różnych dziedzin życia. Myślę o piłce w pewien sposób i źródłem tego są m.in. podstawy socjologii oraz filozofii, które miałem okazję poznać. W przekazie Zygmunta Baumana, Osho czy też Seneki odnajduję uniwersalne prawdy, które jestem w stanie przełożyć na futbol. Co  konkretnie mam na myśli? To, że szersze horyzonty spojrzenia na rzeczywistość pozwalają lepiej zrozumieć jego wycinek, jakim jest piłka. Uważam, że powinniśmy dotykać jak najczęściej materii, która nie jest bezpośrednio związana z futbolem. Im szerszy mamy horyzont, tym łatwiej rozwijać jest nam to, czym zajmujemy się zawodowo. Z drugiej strony – im jest on węższy, tym mniej rzeczy dostrzegamy.

Dlaczego chociażby wspominam o socjologii? Bo to, co dzieje się w piłce, jest idealnym odwzorowaniem tego, z czym borykamy się jako społeczeństwo. Jedynym pewnikiem obecnych czasów jest ciągłą zmiana, co łączy się z trendami taktycznymi – kompletną nieprzewidywalnością, adaptacją jako główną umiejętnością w dzisiejszym świecie i dzisiejszej rywalizacji na boisku. Hasła „adaptuj się albo giń” aktualne są w życiu, ale i na boisku.

Pomaga ci filozofia?

Myślę, że moja wiedza w tej materii jest szczątkowa, jednak już na tym etapie wiele kropek się łączy i zaczynają tworzyć pewien obraz. Stoicyzm mówi o reakcji na niepowodzenia, interpretacji rzeczywistości, która pozwoli nam utrzymać balans pomimo wzlotów i upadków. Osho natomiast m.in. o wyzbyciu się ego. A piłka to sport zespołowy, w którym ego jest bardzo często pompowane. Trenerzy często mogą wpaść w pułapkę ego jako czynnika decyzyjnego, który finalnie zamazuje nam obraz. Warto więc tematyki pozapiłkarskiej dotykać, by ubogacała nas i pomagała po prostu w pracy. Staram się obecnie studiować również tematykę szeroko pojętej uważności w opozycji do szalejącego FOMO, które obserwuje również na swoim przykładzie. Chciałbym te wszystkie teorie przełożyć na spójną wizję życiową oraz szkoleniową, którą będę w stanie przenieść na praktykę.

Czekasz na oferty? Przebierasz nogami? Przyzwyczaiłeś się do życia na pewnym poziomie intensywności, więc pewnie trudno teraz pozostać bez pracy?

Nie chcę poruszać tego tematu, więc odpowiem krótko: jeżeli chciałbym, to pracowałbym na dobrym poziomie. Przerwa jest dla mnie ważnym etapem, równie ważnym jak praca w klubie. Kiedy rozwój zawodowy traktujemy jako proces, to czas pracy w klubie w głównej mierze polega na poświęceniu się temu, by pracować na jego rzecz. Podczas „bezrobocia” zarządzasz swoim czasem w stu procentach. W stu procentach jesteś skupiony na własnym rozwoju. Jeśli ktoś nie dostrzega tego momentu, tylko czeka na oferty, prawdopodobnie ten sam schemat pracy powielał będzie przez całe życie. Ja tego nie chcę. Chcę przemyśleć to, co było i to, co mogę zmienić. Aktualny czas jest na to najlepszy. Nie wiszę więc na telefonie, ale… jestem zajętym człowiekiem.

Zajętym myśleniem…

Zajętym pracą. Uważam, że to pełnoprawna praca, tylko nikt za nią mi nie płaci (śmiech).

Wyznaczyłeś sobie termin, do kiedy pozostaniesz na bezrobociu? Czy może oferty nie były odpowiednie?

Do sfery ofert nie będę się odnosił. Podjąłem pewne decyzje i ich się trzymam. Nie daję sobie jednak jednego terminu. Mam świadomość, że były oferty, którymi nie byłem zainteresowany, ale za jakiś czas to ja mogę być zainteresowany, ale… nie będzie ofert. Podjąłem pewne ryzyko, natomiast bądźmy szczerzy: nazwisko Kondak nie jest związane z polską Ekstraklasą na tyle, by w momencie, gdy ono znika, ktokolwiek to zauważył. Jeśli zniknę, nie będzie to z pewnością temat na pierwsze strony.

Widzisz siebie w roli trenera przez całe życie, przez jakąś część tego życia czy może, po latach doświadczeń w miejscach, o których wcześniej marzyłeś, nie widzisz się dokładnie tam?

Bardzo siebie widzę. To praca, która daje mnóstwo satysfakcji. Każdy dzień to stos nowych doświadczeń, możliwość pracy z różnymi ludźmi. Cały czas mamy możliwość stawiania sobie nowych wyzwań, przełamywania barier merytorycznych, interpersonalnych, przełamywania samego siebie. Dla otwartych ludzi to niesamowite pole do popisu. I ja czuję się w tym bardzo dobrze. Zwłaszcza od momentu, w którym potrafiłem zrozumieć, że jest czas na pracę i jest czas po pracy. Od kiedy potrafię odciąć się od pewnych rzeczy, czerpię z pracy dużo większą przyjemność. Wcześniej miałem z tym problem. Piłka jest mi bardzo bliska i mam nadzieję, że nadal będzie.

Kiedy znalazłeś granicę między czasem na pracę i czasem po pracy?

Punktem wyjścia jest szukanie życiowych priorytetów. Kiedy nie jesteśmy w stanie ich sobie wyznaczyć, odbijamy się od ściany do ściany, nie wiedząc na jakiej podstawie podejmować mamy decyzje. Jeśli popatrzysz z boku na swoje życie i wyznaczysz sobie kierunki, w których chcesz iść oraz te, w których iść nie chcesz – czasami ważniejsze jest to, czego nie robimy, niż to, co robimy, wtedy masz względny spokój. Kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że efekty twojej pracy, które nie są w stu procentach przez ciebie kontrolowane, nie świadczą o tobie, jako o człowieku, to wykonałeś kolejny ważny krok. W tym zawodzie każdego tygodnia możesz być albo Bogiem, albo gównem. Jeżeli utożsamiasz się z tym, zaliczasz mentalny rollercoaster. Kiedy z daną tożsamością żyjesz do kolejnego meczu, funkcjonujesz bardzo ambiwalentnie. To nie jest dobre dla psychiki.

Czego nie chcesz robić w życiu? W jakim kierunku nie chcesz iść?

Nie chciałbym nigdy podejmować decyzji w sferze zawodowej przez pryzmat pieniędzy jako czynnika wiodącego. Być może będę zmuszony, bo kierują nami różne koleje losu, ale do tej pory mimo rożnych momentów nie kierowałem się korzyściami finansowymi jako główną motywacją.

A jakie są twoje priorytety?

Przepracowuję je sobie wewnętrznie. One też mają swoją dynamikę i raczej nie chcę o nich publicznie mówić. Sama świadomość jednak, że trzeba to przepracować, jest już pierwszym krokiem. To jest trochę jak z błędami poznawczymi: nie wyeliminujemy ich z życia, ale sama świadomość tego, że istnieją i że wpadamy w ich pułapkę to dobry punkt wyjścia.

Czy priorytety zmieniły się na przestrzeni lat?

Ciężko to stwierdzić ponieważ wcześniej nie były u mnie one kompletnie uświadomione. Ruszyłem bardzo mocno w sferę zawodową przez pryzmat pewnych sytuacji w życiu prywatnym. Z rozpędu trafiłem do Ekstraklasy. Ślepa determinacja… Najlepszy był jednak moment, kiedy to dostrzegłem. Rozwój zawodowy był formą walki o własną wartość, odpowiedzią na wcześniejsze doświadczenia. Dotarłem jednak do momentu, w którym udowodniłem tę wartość wielu ludziom, a z drugiej strony często towarzyszyła pustka bo wartość zawodowa to tylko element układanki. Co to właściwie oznacza? Co mi to daje jako człowiekowi? Status zawodowy nie świadczy o tym, kim jestem. Kompletnie.

A co świadczy?

Wydaje mi się, że wewnętrzny spokój. Dla mnie to kluczowa wartość z ludzkiej perspektywy. Kiedy masz spokój odnośnie swego funkcjonowania, odnośnie tego, jakie decyzje podejmujesz… to jest podstawa. Brzmi enigmatycznie, ale też nie czuję się na siłach by bardzo precyzyjnie, fachowo zwerbalizować swoje myśli w tym temacie.

Dużo osób goni za tym, o czym powiedziałeś: za Ekstraklasą, za tym, by znaleźć się „na szczycie”, w sztabie czołowej polskiej drużyny. Często okazuje się, że to tylko tombak?

Musimy pamiętać o tym, że to, co powiedziałem przed chwilą, ma delikatnie negatywny wydźwięk, ale to bardzo prywatne doświadczenia. Uciekam jak mogę od treści wskazujących jedyną słuszną drogę życia, sam też nigdy nie chcę sugerować złotych środków. Czy dużo osób za tym goni, nie wiem. Z mojej perspektywy jednak bez względu na etap kluczem jest by się rozwijać i czerpać z miejsca, w którym się znajdujemy. Jeśli ktoś ma plan i finalnie będzie pracować na poziomie profesjonalnym to wspaniale, to droga, którą ja poznałem z autopsji. Nie trzeba czekać na ofertę z Ekstraklasy by pracować profesjonalnie.

Czyli droga ważniejsza od celu…

Zawsze. Sport profesjonalny jest bezpośrednio związany z wynikiem i nie da się od tego uciec. To trzeba zaakceptować na starcie. Wobec tego zaakceptować trzeba też porażkę, jako element całej zabawy

Trener usprawniać może coś w nieskończoność. Jeszcze jeden detal, jeszcze jedna analiza… Czy w ostatecznym rachunku takie przeciążanie się z tygodnia na tydzień nie prowadzi do zguby?

Samo poszukiwanie przewag, tego, co można zrobić więcej, jest bardzo dobre. Bez takiego nastawienia nie da się funkcjonować w sporcie profesjonalnym. Świadomie trzeba jednak wybierać rzeczy, których nie będziemy robić wcale. Musimy rezygnować z elementów, za które zapłacić musimy zbyt duży koszt energii, a które nie byłyby bezpośrednio związane z pozytywnymi efektami naszej pracy. Jeśli poświęcamy dużo czasu na takie rzeczy, które osobiście preferujemy, a które z perspektywy praktyki pracy kompletnie nie mają wpływu na rozwój zawodników, wpadamy w pułapkę. Jako trenerzy czujemy się dobrze, bo zrobiliśmy jakąś rzecz, a zawodnicy z tego nie korzystają, bo nie zostało to zaadaptowane do warunków, w jakich obecnie pracujemy lub do momentu rozwoju. Wyznacznikiem tego, co robię, jest to, ile z mojej pracy korzysta zawodnik. Kiedy widzę, że zawodnicy nie korzystają z czegoś w dłuższej perspektywie, odrzucam to. Piłkarz, drużyna są w centrum mojego zainteresowania.

Czego byś dzisiaj zatem nie robił jako analityk?

W czasach pracy jako analityk ale również już jako asystent trenera wiele czasu spędzałem na tworzenie modeli statystycznych, które pomagałyby ewaluować proces szkoleniowy, efektywność gry zawodnika lub zespołu. Finalnie po konsultacji z fachowcami zazwyczaj te projekty lądowały w koszu – temat statystyk jest bardzo złożony i próby tworzenia własnych modeli bez specjalistycznego wykształcenia są syzyfową pracą. To o czym wspominam to idealny przykład niewspółmiernie wkładanej energii do efektów, którymi mogę wzmocnić podopiecznych. Próbowałem dotykać pewnych spraw, które nie mogły być przydatne na początku, ale gdyby nie one, nie dotarłbym do miejsca, gdy tworzyłem rzeczy, które zawodnikom były przydatne – kluczem jest sprawna selekcja pod kątem użyteczności. Nie ma złotego środka. W sporcie na poziomie najwyższym jest wiele poświęceń. Są jednak różne etapy: taki, gdy trzeba mocno przykręcić śrubę, który jednak zbalansować trzeba etapem wyciszenia. Nie da się w bardzo mocnym tempie pracować bez przerwy.

Ten moment wyciszenia to dla ciebie obecny czas? Czy jest on osiągalny podczas pracy w klubie?

Zdecydowanie jest osiągalny.

Kiedy?

W każdym momencie. Kiedy wracamy po pracy do domu, sami zarządzamy czasem. O ile musisz być w stanie przykręcić śrubę w odpowiednim momencie to nie możesz lekceważyć regeneracji, nie tylko tej fizycznej ale również intelektualnej. Nie mitologizowałbym i nie odrywał piłki jako sfery zupełnie odmiennej od innych. Podejrzewam, że kariery około przedsiębiorcze, korporacyjne wyglądają w podobny sposób. Ludzie muszą sobie z tym radzić. Piłka jest jedną z wielu dziedzin, które stawia takie wymagania. Trzeba poświęcić wiele, ale trzeba znaleźć równocześnie swój wzorzec na odpoczynek.

Znalazłeś swój?

Myślę, że tak. Ostatni rok pracy w Płocku był dla mnie kluczowy. Dużo w zachowaniu balansu dały mi aktywność fizyczna i czytanie książek. Co ciekawe, największym beneficjentem mojego balansu była… sfera zawodowa. Byłem lepszym trenerem, bardziej spokojnym, bardziej dostępnym dla zawodników. Wtedy czujesz, że wspierasz tych ludzi, a nie że mechanicznie wykonujesz swoją pracę.

Porównałeś pracę trenera z korporacją, ale w tych wszystkich branżach są… weekendy. Wydaje mi się, że dzięki nim jest znacznie prościej zachować jakiś balans. Poza tym – dochodzą kibice i to, że ciągle jesteś „na świeczniku”.

Masz rację, to nie jest porównanie jeden do jeden. Według mnie jednak to nie wolne weekendy są tutaj najistotniejsze, a bardziej perspektywa ludzi z zewnątrz. Szczerze mówiąc, nikogo nie interesuje kariera pracownika X z danej korporacji, bo tych jest mnóstwo i żadnej społeczności nie interesują. Te osoby nie są poddawane też ocenom zewnętrznym każdego dnia czy tygodnia. Tak samo jak jednak w piłce, pnąc się po szczeblach korporacyjnej kariery w weekendy zazwyczaj musisz robić coś extra. Zobacz na piłkę: kiedy zaczynasz pracę z młodzieżą, pracujesz trzy razy w tygodniu. Jeśli jesteś jednak ambitny i grupa jest dobrze zorganizowana, dokładasz czwarty czy nawet piąty trening, wyjazd na mecz lub turniej choć często nie dostajesz za to dodatkowych pieniędzy. Tak to działa.

Kiedy uznałeś, że mniej znaczy więcej?

Nie wiem. Bardzo ciekawy wykład na ten temat poprowadził na Ogólnopolskiej Konferencji Trenerów w Łodzi Chorwat Luka Milanović. Pokazał on na przykładzie sztabu reprezentacji Chorwacji na mundialu w 2018 roku priorytety, które sobie ustalili. Ten sztab nie był zbyt liczny, więc stwierdzili, że będą operować tylko w określonych ramach. Wiele rzeczy, które mogliby robić, odrzucili. Stwierdzili, że nie mogą się rozdrabniać. Oni zdecydowali robić tylko to, co mogli robić od A do Z bardzo dobrze. Reszty nie dotykali. To bardzo mocna wskazówka dla organizacji sztabu.

Nie masz nazwiska jak Michał Probierz czy Piotr Stokowiec, nie masz gabloty pełnej pucharów – czym naszym czytelnikom możesz potwierdzić, że to, co mówisz, ma sens?

Wizję na świat budujemy w oparciu o środowisko, edukację oraz własne doświadczenia, którą napotykamy po drodze. Moje doświadczenia, czyli praca analityczna, w której poznałem zasadę niewspółmiernego wysiłku w stosunku do przydatności wykonanej pracy – nauczyły mnie, że to jest kompletne marnotrawienie potencjału ludzkiego. Później, jako asystent trenera, skupiałem się głównie na elementach, które pomogą zawodnikom, a nie są elementami pracy, którą ja lubię najbardziej. To moja droga i doświadczenia z perspektywy zawodowej. Osobiście nie uważam, że powodzenie w sferze zawodowej, tak jak wspomniałeś w postaci pucharów i medali w przypadku piłki nożnej, jest jakąkolwiek podstawą do przekazywania mentorskich treści z innych dziedzin życia. Często autorytety są kreowane sztucznie, na podstawie sukcesów w popularnej kulturowo sferze jak sport czy też rozrywka. Trzeba się zastanowić czy ci ludzie zero-jedynkowo mają coś realnego do przekazania, czy też po prostu potrafią wybitnie śpiewać, biegać? To o czym ja mówię w tym wywiadzie jest odpowiedzią na twoje pytania z mojej perspektywy, niczym więcej.

Widzisz się bardziej w roli analityka czy asystenta? A może chciałbyś być już pierwszym trenerem?

Nie spieszę się. W teorii im jestem tego bliżej, tym większy mam do tego dystans. Widzę, jak wiele dobrych rzeczy daje mi praca jako asystent. Nie chcę stracić tego czasu skupiając się na przyszłości i myśląc o tym, co ja bym zrobił jako pierwszy trener. Kiedyś myślałem o sobie negatywnie, że podchodzę do tego jak sójka, która wybiera się za morze. Zrozumiałem jednak, że jest inaczej, bo utożsamiam się bardziej z powiedzeniem: „gdy dasz mi sześć godzin na ścięcie drzewa, cztery poświęcę na ostrzenie piły”. Ostrzę więc piłę i sam zdecyduję, kiedy zapragnę ściąć drzewo.

Która książka najbardziej na ciebie wpłynęła?

Na kompletnie wstępnym etapie, gdy nie byłem jeszcze związany z Ekstraklasy, była to książka Angeli Duckworth – „Upór”. Ona była mi jednak potrzebna wtedy. Prawdy w książkach dobre są na różne etapy. Najgorzej, gdy trafimy na pewne prawdy, które nie są kompatybilne z naszym etapem. Mądrości z książek trzeba więc filtrować. Tamta książka, w 2015 roku, była bardzo istotna nie w zmianie mego podejścia, a w utwierdzeniu tego, co robię. Że to jest droga. Że ten upór, który reprezentuję od kilku lat, to moja droga. Tego potwierdzenia potrzebowałem w tamtym czasie. W ostatnim czasie najchętniej wracam do „Esencjalisty” – w kilku moich wypowiedziach zapewne czuć przekaz płynący z tej pozycji.

Czemu zapytany o to, co u ciebie słychać, powiedziałeś mi jakiś czas temu, że „nadrabiasz ostatnie pięć lat”? 

Pracując w klubie jesteśmy na pewnego rodzaju autopilocie. Sporo energii poświęcamy na to, by wspierać dane miejsce. To nadrabianie polega na tym, by odpocząć, przeanalizować ten czas i złapać nową perspektywę. By priorytet kierować na swoją osobę. Poza tym wielokrotnie, wspominanym analizowaniem, wyjechałem w ostatnim czasie na kilka wyjazdów wakacyjnych z najbliższymi znajomymi, którzy poszerzają moje horyzonty dużo bardziej niż jakakolwiek lektura. Są to ludzie z różnymi doświadczeniami, z różnych środowisk, z którymi czuję się swobodnie, a równocześnie rozmowy z nimi zawsze są intelektualnym wyzwaniem. Uważam, że to ważne, by takich ludzi mieć wokół siebie. Kolejnym przykładem jest doświadczanie nowych sytuacji, nauka nowych umiejętności. Miałem m.in. okazję pierwszy raz w życiu grać w tenisa ziemnego, wskakując w amatorski trening od zera. Fantastyczne doświadczenie, które przypomniało mi w praktyce, że podstawa uczenia się wynika z zainteresowania i otwartości studenta. Mam zamiar jeszcze kilka takich szufladek otworzyć – z okna obecnego mieszkania mam widok na platformę do skoków na bungee, może w międzyczasie się tam wybiorę…

Ile jeszcze notatek zostało ci do przewertowania?

Mam ciągły strach, gdy dzwoni telefon, że to będzie ta oferta, którą trzeba będzie przyjąć, a do analizy mam jeszcze sporo. Ale tak całkiem serio – myślę, że to niekończący się proces. Nie zdążę na pewno ze wszystkim do następnej pracy, jednak nie o to w tym chodzi. Ostatnio przeczytałem bardzo mądre zdanie: „w życiu nikt nigdy nie jest na nic gotowy”. O ile ślepe dążenie za cytatami jest groteską, to uważam, że coś w tym jest. Nie możemy przejść przez życie hermetycznie, bez potknięć. Albo to: „przez ostatnie lata nic w życiu nie straciłem, ale też nic nie zyskałem”… nie, nie, tego nie pisz, bo to już jest brzmi klasycznie jak najgorszy Paulo Coelho! Niech zostanie między nami (śmiech). Nie da się przejść przez życie suchą stopą. Ważnym napędem są dla nas błędy. Planuję wiele rzeczy, ale mam świadomość, że błędy będą – rzeczywistość mnie zweryfikuje.

Uśmiechasz się, gdy spoglądasz w lustro i wspominasz Mariusza, który trzy czy pięć lat temu siedział nad analizami po 12 godzin dziennie, zarywał nocki, żeby wyrobić się na trening, a dziś wrzuca na Instagrama zdjęcia ze spacerów po górach, zdjęcia, z których bije spokój, sielanka i czuć, że wziąłeś głęboki oddech?

Nie. Kompletnie nie. Teraz też pracuję czasami po 12 godzin. Potrafię wstać o szóstej i do wieczora pracować. Teraz jednak moje obowiązki są inne. Wstaję, układam plan dnia, ujmuję w nim analizy notatek, przygotowanie szeroko pojętego modelu gry, oglądanie spotkań zespołów, które mnie interesują, swój trening – jeden lub dwa dziennie, naukę nowych umiejętności, spotkania z ludźmi, wyjazdy na obserwacje, konferencje. Wszystko jest po coś. To nie jest też tak, że zerwałem z ciężką pracą. Ona nadal istnieje, ale jest dużo bardziej świadoma, mądra i spójna. Z czego biorą się z mojej perspektywy problemy? Z tego, że brak spójności w pracy nadrabiamy objętością. Pracujemy, pracujemy i pracujemy, bo to daje nam poczucie tego, że się poświęcamy i że robimy coś dobrze. A gdybyśmy wcześniej poświęcili czas na to, by tę pracę bardzo dobrze zaplanować, by stworzyć spójny model pracy, w praktycznej odsłonie wszystko dzieje się już dużo sprawniej.

Co taki spójny model powinien zawierać?

Odnosząc się dla przykładu do pracy pierwszego trenera to m.in. zarządzanie sztabem, zarządzanie obowiązkami, metodykę pracy, metodykę analiz. Jeśli to wszystko mamy bardzo ustrukturyzowane, podczas pracy pewne sprawy dzieją się same. Nie trzeba nadzorować każdego kroku, nie trzeba mówić: „w tej sytuacji zachowajmy się tak, a w następnej tak”. Dla wszystkich wtedy to jest jasne. Jeśli ostrzenia piły nie zrobimy przed cięciem, tępą piłą męczymy się potem wiele godzin. Wtedy pracujemy ciężko ale… głupio.

ROZMAWIAŁ PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Fot. Newspix