Mateusz Wieteska miewał już lepsze i gorsze momenty w swojej stosunkowo niedługiej karierze, natomiast pod wodzą Czesława Michniewicza w Legii Warszawa złapał stabilizację i dzisiaj mówi się o tym, że za jakiś czas może otrzymać szansę w pierwszej reprezentacji oraz wyjechać do silnej, zagranicznej ligi.

Pierwszy trener: Mateusz Wieteska

Sebastian, Bartłomiej i Mateusz – trzech braci z Grodziska Mazowieckiego, którzy grali razem w lokalnej Pogoni. – Z Mateuszem poznaliśmy się tak, że dostałem propozycję prowadzenia rocznika 94′ w Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Mateusz przychodził wcześniej na Pogoń z dwoma starszymi braćmi – Sebastianem (pięć lat różnicy) i Bartkiem (trzy lata). To był nasz wówczas najmłodszy rocznik i on do niego dołączył. Faktem jest, że rodzice Mateusza do tej pory mieszkają bardzo blisko… stadionu, co też pewnie miało jakieś znaczenie – tłumaczy nam jego pierwszy szkoleniowiec, Bartosz Benedykciński.

Tylko najmłodszy z rodzeństwa został profesjonalnym piłkarzem, ale czy pozostała dwójka też miała talent i predyspozycje do gry? Dlaczego im się nie udało? Jaki wpływ na synów mieli rodzice? – Bartka także prowadziłem w tym roczniku, bardzo zdolny chłopak, ale niestety przeszkodziła mu kontuzja. Sebastian również grał w piłkę, ale nie poszedł w to dalej. Trzeba podkreślić to, że rodzina Mateusza jest fantastyczna. Tata zajmował się zawodowo butami, był też z nami kilka razy na obozach w roli opiekuna i bardzo fajnie to wyglądało. Chłopcy mogli liczyć na wsparcie rodziców – wyjaśnia Benedykciński.

Jeżeli przeprowadzilibyśmy ankietę wśród obrońców, to od większości z nich usłyszelibyśmy, że tak naprawdę chcieli zostać napastnikami i zdobywać bramki, ale albo zabrakło im umiejętności, albo trenerzy widzieli dla nich inną rolę na boisku. Czy tak samo było w przypadku Wieteski? – Mateusz początkowo był ofensywnym pomocnikiem, a później zrobiłem z niego defensywnego pomocnika, ale nie ukrywam, że był chłopakiem, który mógł zagrać… wszędzie. Występował na różnych pozycjach – zdarzało się, że z powodzeniem grał na środku obrony, a w następnym spotkaniu na pozycji środkowego napastnika. To był fajny rocznik, chłopcy mogli spróbować wszystkiego, a ja nie skupiałem się ekstremalnie na taktyce w tym młodym wieku, tylko chciałem, żeby dobrze radzili sobie z piłką, sprawiało im to radość i grali ofensywnie – mówi trener.

Pogoń Grodzisk Mazowiecki dysponowała wówczas całkiem silną drużyną, ale jedynie Mateuszowi udało się zadebiutować na szczeblu centralnym. Jak podopieczni trenera Benedykcińskiego prezentowali się na tle innych zespołów w województwie? – Jak już Mateusz był w drużynie rocznika 96′, to przez rok nie graliśmy w rozgrywkach, a potem od razu wygraliśmy lokalne rozgrywki, co pozwoliło nam na awans do ligi mazowieckiej. Oczywiście byliśmy za Legią, Polonią, Agrykolą i jeszcze kilkoma dużymi podmiotami, natomiast kręciliśmy się w rejonach piątego czy szóstego miejsca, co było bardzo dobrym wynikiem. Niektórzy chłopcy jeszcze grają w piłkę, ale wyłącznie amatorsko. Od zawsze mówiłem, zresztą nie tylko ja, że Mateusz będzie w przyszłości piłkarzem. Mówię nie tylko o talencie, ale i charakterze. Nie da się ukryć, że on sam odpowiadał za ok. 30-40% siły naszego zespołu, robił robotę za trzech, więc siłą rzeczy musiał mieć także cechy lidera, chociaż u mnie nie zawsze był kapitanem. To jest fantastyczny młody chłopak. Ostatnio widzieliśmy się na meczu ze Slavią Praga, nawet spotkałem się na stadionie z jego tatą. Mateusz ma taki sam uśmiech oraz nastawienie do futbolu jak za dzieciaka w Pogoni. Nigdy nie było z nim żadnych problemów wychowawczych, musiał być naprawdę poważnie chory, żeby nie przyjść na trening. Czasami musiałem go wręcz wyganiać z boiska, bo dodatkowo trenował ze starszym rocznikiem – wspomina szkoleniowiec Pogoni.

24-latek wyróżniał się umiejętnościami nie tylko w Grodzisku Mazowieckim. Jego talent szybko dostrzegła Legia Warszawa, a wcześniej pytano o niego m.in. w Poznaniu. – W Turnieju „Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” nie braliśmy udziału, ale troszkę pojeździliśmy po kraju. Pamiętam, że kiedyś udało mi się umówić sparing z młodszym rocznikiem Lecha Poznań. Z młodszym, ponieważ wiadomo, że to jest wielka akademia, więc z rówieśnikami nie mielibyśmy większych szans. Trenerzy i zawodnicy „Kolejorza” pytali o Mateusza. Co to jest za dzieciak? Jak on się porusza na boisku? Robił furorę. Gdy przenosił się do Legii, był już kapitanem Kadry Mazowsza. Prowadziłem go przez ok. pięć lat. Jest moim jedynym wychowankiem, który zagrał w Ekstraklasie, ale trzeba podkreślić to, że dosyć krótko pracowałem jako trener, później poszedłem w stronę bycia działaczem i ta rola trochę mi piłkę obrzydziła, więc teraz jestem tylko kibicem – opowiada Bartosz Benedykciński.

Wieteska w stolicy kraju występuje – z przerwami na wypożyczenia do Dolcanu Ząbki i Chrobrego Głogów, a także transfer do Górnika Zabrze – od 2010 roku. Początkowo mieszkał w internacie przy ul. Lindego, w którym jednak… nie było dla niego miejsca. Dosłownie, trzeba było dostawić czwarte łóżko do trzyosobowego pokoju, co pewnie dla żadnego z chłopaków nie było szczególnie komfortowe. Wychowanek Pogoni Grodzisk Mazowiecki, zanim zaczął regularnie występować w pierwszym zespole Legii, zbierał doświadczenie na niższych szczeblach, a także jeździł na zgrupowania wszystkich młodzieżowych reprezentacji.

W Ekstraklasie zadebiutował jeszcze za kadencji Henninga Berga, natomiast szansę na regularne występy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w kraju dostał od trenera Marcina Brosza w Górniku. Trzeba przyznać, że siedem goli strzelonych przez środkowego obrońcę w teoretycznie debiutanckim sezonie, naprawdę robiło wrażenie, ale Mateusz Wieteska nie zawsze był chwalony za swoją grę. Był okres, że o nim i Arturze Jędrzejczyku mówiło się, że są za słabi, żeby tworzyć defensywę mistrza Polski. 24-latkowi pomogło przyjście do klubu Czesława Michniewicza, z którym znał się dobrze z kadry U-21.

– Wydaje mi się, że jego debiut w pierwszej reprezentacji jest tylko kwestią czasu. Moje zdanie ma niewiele znaczenie, ale rzeczywiście po zmianie ustawienia przez trenera Michniewicza, Mateusz bardzo dużo zyskał i moim zdaniem, przy obecnej sytuacji kadrowej, jeżeli chodzi o obronę kadry Paulo Sousy, to powinien dostać szansę – kończy jego pierwszy szkoleniowiec.

BARTOSZ LODKO

Fot. Prywatne archiwum Bartosza Benedykcińskiego