Wywiady

“Świadomość w Holandii? Większa niż w Polsce”. Brzeżowski o treningach w Cambuur

Jakie różnice w prowadzeniu treningów w klubach holenderskich i polskich widzi Jakub Brzeżowski, zawodnik SC Cambuur? Na czym polegają rozgrywki Beloften Eredivisie, gdzie możemy oglądać gwiazdy tamtejszej ekstraklasy? Jakie warunki do trenowania ma drużyna z drugiej ligi?

Jakub Brzeżowski to 19-letni skrzydłowy, były piłkarz Zagłębia Lubin, który latem poprzedniego roku trafił do holenderskiego drugoligowego klubu SC Cambuur. W tym sezonie głównie występował w drużynie rezerw, ale również trenował z pierwszym zespołem.

***

Gdzie się obecnie znajdujesz?

– Jestem w Polsce. Wróciłem do domu na początku kwietnia. Otrzymałem informację, że 15 czerwca mamy wznowić treningi grupowe. Będziemy trenować przez trzy tygodnie, potem dostaniemy wolne i od 6 sierpnia będziemy się przygotowywać do ligi.

Do nowego sezonu?

– Już jakiś czas temu poszła w eter taka informacja, że nowy sezon w Holandii ruszy 1 września. Jeszcze nie jest to nic pewnego, ale z klubu otrzymałem takie informacje odnośnie wznowienia treningów.

Jak wróciłeś do Polski? Samolotem? Różne rodzaje lokomocji i przesiadki?

– Wróciłem do Polski busem z Holandii. Busy cały czas przewoziły ludzi i udało mi się na jeden z nich  załapać. Po powrocie musiałem oczywiście przejść dwutygodniową kwarantannę.

Opisz szczegóły tego powrotu: ile osób mogło jechać takim busem? Jak wyglądała sytuacja na granicach?

– Jechało sześć osób w busie dziewięcioosobowym. Jedna osoba siedziała z lewej strony, druga z prawej. Środek był zawsze wolny, aby ten odstęp od siebie utrzymać. Na granicy…  były straszne korki. Staliśmy ponad 3,5 godziny. Sama podróż zajęła mi około 15 godzin, gdzie normalnie jedzie się 7-8 godzin.

Wojsko lub policja kontrolowały busa? Mierzenie temperatury ciała itd.?

– Było tak, że sprawdzano samochody osobowe. Sprawdzali u tych osób temperaturę itd. My, jako że podróżowaliśmy większą liczbą osób, to zjechaliśmy na odpowiedni pas, otrzymaliśmy papiery do wypełnienia – dane osobowe, miejsce zamieszkania, a potem byliśmy już objęci kwarantanną.

Musiałeś otrzymać jakieś specjalne pozwolenie od klubu lub nawet od rządu, aby wrócić do kraju?

– To nie był jeszcze ten etap. Udało mi się wrócić do domu przed tymi zaostrzeniami. Z klubu oczywiście otrzymałem pozwolenie, bo musiałem potwierdzić, że wracam do domu. Udało mi się to wszystko szybko załatwić i zdążyłem przed wejściem obostrzenia na opuszczenie kraju za zgodą rządu.

Jesteś w stałym kontakcie z klubem, zawodnikami i trenerami? Jak wygląda sytuacja?

– Sytuacja jest nietypowa, bo klub walczy o awans do Eredivisie w sądzie. Mamy stałe informacje od trenera od przygotowania motorycznego. Przesyła nam mailowo plany indywidualnych treningów na cały tydzień. Mam kontakt z kilkoma osobami z drużyny. Ze względu na reorganizację rozgrywek drużyn Jong w przyszłym sezonie, nie zostało nas wielu na następny sezon, ale z dwoma, trzema pisałem, więc kontakt jest.

Wiesz jak wygląda sytuacja z koronawirusem w Holandii?

– Gdy wyjeżdżałem, czyli na początku kwietnia, sytuacja była dosyć ciężka, bo było ponad tysiąc nowych przypadków zachorowań dziennie. Teraz powoli to spada, ale to jeszcze zapewne potrwa, zanim się ustabilizuje. Podobało mi się w Holandii to, że gdy wprowadzono obostrzenia, można powiedzieć, że wszyscy Holendrzy podeszli do tego na poważnie. Mam na myśli, że był nakaz 1,5-metrowych odstępów, to wszyscy się go trzymali. Nie ma wyjątku. Teraz nie wiem, jak tam jest, bo jestem w Polsce.

A znajomi z klubu nie mówili ci, jak jest teraz?

– Pytałem ich o to, i mówili, że jest lepiej. Spada liczba nowych zakażonych. Ostatnio czytałem, że salony fryzjerskie mają zostać otwarte 11 maja, a od 1 czerwca restauracje, kina itd. Wiadomo, że to wszystko będzie odbywać się z zachowaniem pewnych odstępów, ale plan jest taki, aby gospodarka ruszyła na nowo.

Jak wyglądają twoje treningi indywidualne? Tak, jak w innych klubach – są przeprowadzane online?

– Treningów online u nas nie ma. Trenerzy wysyłają nam maile z planem całotygodniowym. Po prostu mamy go przestrzegać. Wszystko zależy od zawodnika, jak się przygotowuje do sezonu. To jest moja praca i nikt specjalnie nie musi mnie nadzorować. Muszę się do niej przygotować. Muszę być stale w formie. Oni przesyłają plan, a ja muszę się tego trzymać i dodać coś od siebie.

Głównie chodzi o podtrzymanie motoryki, prawda?

– Tak, wiadomo – kondycja, bieg, siła. Na siłownię nie można chodzić, to otrzymujemy ćwiczenia siłowe, które można robić spokojnie w domu. Na szczęście u nas niedawno otworzyli boisko. Teraz mogę poćwiczyć technikę z piłką, postrzelać. Fajnie, bo od momentu powrotu do domu, nie byłem na boisku przez miesiąc, więc się cieszę.

Byłeś już na orliku?

– Nie byłem na orliku, ale w pobliżu mojego domu rodzinnego jest boisko przy lesie, gdzie praktycznie nigdy nikogo nie ma. Dzięki uprzejmości „Złotych Piasków Dzierżów” mogę spokojnie trenować, bo jestem tam sam.

Wracając do rozpiski treningowej, przewiduje ona treningi codziennie?

– Pięć razy w tygodniu. W sobotę jeszcze robię coś sam dla siebie, a niedzielę daję sobie na odpoczynek, żeby zregenerować organizm. Wiadomo, że nie można pracować cały czas na pełnych obciążeniach. Niedziela to czas na odpoczynek, ale trenuję sześć razy w tygodniu. Popołudniami pomagam także tacie, który prowadzi indywidualne zajęcia z techniki fundamentalnej z dzieciakami, a że jest to bardzo specyficzny trening, to też zawszę zaliczę kilka ponadplanowych ćwiczeń.

Jak wyglądał twój dzień w Holandii, gdy nie było treningów grupowych?

– To była dziwna sytuacja. Mieliśmy treningi w piątki i w soboty, niedziela była wolna, a mecze rozgrywaliśmy w poniedziałki. Chyba po sobotnim treningu, nie pamiętam już dokładnie, mówiliśmy do siebie: “do zobaczenia w poniedziałek”. Wróciliśmy do domów i otrzymaliśmy wieczorem informację, że niestety, nie będzie już treningów przez cały miesiąc. Głupia sytuacja, bo nawet się ze sobą nie pożegnaliśmy. Praktycznie większości zawodników już nie zobaczę. Bo też rozjechali się już po kraju. Niefajna sytuacja z tego wyszła. A jak wyglądał mój dzień od momentu zawieszenia treningów? Próbowałem sam trenować. Nie mogliśmy się gromadzić w grupy. Póki można było wychodzić na boiska, to wychodziłem, ale potem też je zamknęli. Pozostało nam bieganie i ćwiczenia w domu. Czekałem na informacje do początku kwietnia, czy ruszymy z treningami. Gdy dowiedziałem się, że nie ruszymy, to szukałem jak najszybszego powrotu do kraju.

15 czerwca wracacie do treningów, a co z obecnym sezonem ligowym? Decyzja została podtrzymana przez władze ligi holenderskiej, że sezon został zakończony?

– Sezon w Holandii jest oficjalnie zakończony. Nowe rozgrywki mają ruszyć 1 września. Tak ustaliły władze holenderskie, na razie więcej nie wiem. Do treningów mamy wrócić, aby podtrzymać formę – 15 czerwca na trzy tygodnie. Potem otrzymamy trochę wolnego i w sierpniu będziemy przygotowywać się do nowego sezonu. Wiadomo, że to może się z czasem zmieniać. To nie są pewne informacje.

Jak u ciebie wygląda sytuacja kontraktowa w SC Cambuur?

– Poinformowali mnie, że chcą mnie na kolejny sezon w drużynie Jong, czyli od nowego sezonu po
reorganizacji w drużynie do lat 21. Wszystkie formalności zostaną wypełnione, gdy wrócę do Holandii.

Bo kontrakt wygasa 30 czerwca?

– Tak.

W tym sezonie występowałeś w Beloften Eredivisie. Co to za liga? 

– To jest liga rezerw. Tam nie było przedziału wiekowego. To jest taka typowa liga rezerw. Zawodnicy, którzy nie grają w pierwszej drużynie, spadają do niej.

Jaki jest poziom tej ligi?

– Poziom tej ligi był wysoki. Zawodnicy, którzy są po kontuzjach albo nie grali z innych powodów w pierwszym zespole, schodzą do drużyny rezerw. Poziom zespołów takich jak Feyenoord czy Heerenveen jest wysoki. Tam są panowie piłkarze. Tak bym ich określił. Bo, gdy mierzyliśmy się z Feyenoordem, to grali przeciwko nam m.in. Renato Tapia, Yassin Ayoub, Sam Larsson. Wielkie nazwiska z Eredivisie grały przeciwko nam. W Heerenveen zagrał Alen Halilović, były piłkarz FC Barcelony. Oni, spadając z pierwszej drużyny do ligi rezerw, podnoszą poziom. Nie ukrywam, że czasami było ciężko grać przeciwko takim drużynom, ale jakoś dawaliśmy radę. Piłka jest szybsza niż w Polsce, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wszystko dzieje się na szybszym tempie. Więcej biegania, cały czas wysoki pressing. Poziom tej ligi był naprawdę wysoki.

Według Transfermarktu zagrałeś tylko w pięciu spotkaniach tej ligi.

– Tam pojawiają się błędy, między innymi brak wpisu o moim debiucie w reprezentacji Polski U-17. Nie pamiętam dokładnych liczb, ale w pierwszych dwóch kolejkach nie zagrałem, bo nie udało mi się dopiąć spraw formalnych związanych ze zmianą klubu i federacji piłkarskiej. Później praktycznie w każdym meczu ligowym grałem. Być może opuściłem jeden, ale tych minut sporo zbierałem. Gdy spadali zawodnicy z pierwszej drużyny, to tych minut na boisku spędziłem mniej, bo oni mają pierwszeństwo grania. Gdy na taki Heerenveen czy Feyenoord schodziło ośmiu czy dziewięciu zawodników, to większość z nas musiała siedzieć na ławce. Jednak, gdy na treningach mocno pracowałeś i trener to widział, zawsze wpuszczał na 30 minut. Czasami nawet w pierwszym składzie. Bo z Feyenoordem wyszedłem od pierwszej minuty, choć też wielu zawodników zeszło z pierwszego zespołu na to spotkanie. Trener mi później powiedział, że widzi, jak ciężko pracuję na treningach, dlatego dał mi szansę w takim meczu.

Gdy gracie z lepszymi rywalami, jak wspomniany Feyenoord, to zawsze schodzi większa grupa zawodników z pierwszego zespołu?

– Tutaj nie chodzi o klasę rywala. Zawsze schodzą zawodnicy do rezerw, czasami ich jest czterech, innym razem pięciu, a kolejnym ośmiu. Gdy pierwsza drużyna grała mecz ligowy w piątek, to po tym spotkaniu było już wiadomo, kto zagra z nami w poniedziałek. Osoby, które na boisku były krótko lub nie grały wcale, szły do nas.

Beloften Eredivisie to prestiżowe rozgrywki? 

– Nie, wydaje mi się, że chodzi tu głównie o to, żeby łapać minuty, ogrywać się, pokazywać swoje umiejętności w klubie i cały czas być w ciągu meczowym.

Myślisz, że jest to podobne do Młodej Ekstraklasy, która jeszcze kilka lat temu u nas funkcjonowała?

– Tak, jest to coś podobnego, ale w Holandii nie jest przyznawany mistrz. Liga jest podzielona na dwie rundy. Pierwsza jest określana wstępną, gdzie drużyny są podzielone na dwie grupy. Druga runda składa się również z dwóch grup, ale podzielonych na “zwycięzców” i “przegranych”. W lidze było 11 zespołów. Pierwsza piątka z rundy wstępnej trafiała do grupy “zwycięzców”, a reszta do tej gorszej grupy. Znaleźliśmy się w tej słabszej. Jednak to nic dodatkowego nie daje, oprócz łapania minut.

Zerkam na protokół meczowy ze starcia Cambuur z Feyenoordem (2:4) w Beloften Eredivisie. W tym spotkaniu wystąpił Luciano Narsingh i strzelił nawet gola. Czy to on robił największe wrażenie na boisku? W tym meczu rozegrałeś pełne 90 minut. 

– Sam Larsson też strzelił w tym meczu gola. Ciekawostka, kilka dni później po starciu z nami zdobył gola w Lidze Europy przeciwko FC Porto (2:3). On robił spore wrażenie, widać było u niego doświadczenie. Grał na luzie, fenomen, drybling, strzał, przyspieszenie – wszystko na wysokim poziomie. Zaimponował mi też Renato Tapia. Mimo że tacy zawodnicy w drugiej drużynie nie mają dużej ambicji do gry, u niego było widać doświadczenie, umiejętne poruszanie się z piłką, grę na jeden kontakt. Naprawdę to było coś. Warto od takich zawodników też się uczyć. Fajne przeżycie, żeby z takimi zawodnikami w ogóle zagrać.

Ty występujesz na skrzydle, boczni obrońcy Feyenoordu sprawiali trudności?

– Powiem szczerze, że pierwszej połowy z Feyenoordem nie zagrałem dobrze. W ogóle jako drużyna nie zagraliśmy dobrze pierwszej połowy (0:3 było po pierwszych 45 minutach). W przerwie w szatni pojawił się trener pierwszej drużyny Henk de Jong i trochę nas pogonił, dał nam “kopa” do działania. Drugą połowę zagraliśmy lepiej jako drużyna. I ja też. Była taka sytuacja, że zabrałem piłkę Yassinowi Ayoubowi w środku pola, zagrałem do napastnika, a ten strzelił gola. Posypała się fala krytyki na niego, że w ogóle nie wrócił, stracił piłkę i stanął. Fajnie, że to było w sytuacji, w której uczestniczyłem. Takiemu zawodnikowi udało mi się piłkę zabrać (śmiech).

Powiedz coś więcej o swoich występach w Beloften Eredivisie. Jak prezentują się twoje liczby? Transfermarkt podaje, że strzeliłeś jednego gola. Było ich więcej?

– W meczach ligowych mam dwie bramki. Zdobyłem je w ostatnich dwóch spotkaniach. Złapałem dobrą formę i przerwali nam ligę (śmiech). Asysty chyba żadnej nie miałem, nie przypominam sobie tak na szybko. Było wiele sytuacji, gdzie powinienem mieć asysty, ale nie wszystko ode mnie zależy (śmiech). Chyba tylko te dwie bramki. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale też nie jest łatwo wejść na końcowe minuty i zrobić wielką różnicę. Wiadomo, starałem się, ale nie zawsze wychodziło. Fajne było to, że graliśmy wiele sparingów i tam strzelałem sporo bramek. W meczach towarzyskich przed ligą zdobyłem chyba trzy gole i cztery lub pięć asyst. Między meczami też rozgrywaliśmy sparingi, bo było tak, że dwa tygodnie z rzędu była liga, a potem były dwa tygodnie przerwy, też strzelałem bramki w tych meczach. Nieoficjalnie, w Cambuur mam 7-8 goli i ok. 9 asyst. Niestety, nigdzie te liczby nie są wpisane.

Widzę, że Transfermarkt nie uwzględnia wszystkich meczów tej ligi, tylko wybrane, stąd te braki nawet w oficjalnych statystykach.

– Ale też są tam błędy, bo w jednym z meczów wyszedłem w pierwszym składzie, a tam jest informacja, że nie grałem w ogóle.

Miałeś już okazję trenować z pierwszą drużyną Cambuur? Czy trener pierwszego zespołu ogląda treningi i przychodzi na mecze w Beloften Eredivisie?

– Trener obserwuje tę drużynę. Przychodzi na mecze, praktycznie jest na każdym, który gramy u siebie. Ze spotkaniami wyjazdowymi jest tak, że zależy to od tego, czy ma wolny czas, ale stara się być. Chodziłem na treningi z pierwszą drużyną. Już na samym początku, po pierwszym miesiącu mojego pobytu w klubie, otrzymałem zaproszenie na trening pierwszej drużyny. Później systematycznie chodziłem. Bo jest tak, że co czwartek zawsze na trening przychodził ktoś z drużyny Jong. Pierwsza drużyna ma taki trening przedmeczowy, że potrzebują sporą grupę zawodników. Zawsze, gdy kogoś im brakowało to brali od nas. Mi też się zdarzało na te zajęcia chodzić. Od początku tego roku, nie byłem na żadnym treningu. Wielu też jest skrzydłowych w klubie, bodaj pięciu, więc jest spora konkurencja. Nie mogłem się załamywać, tylko trenować dalej i czekać na swoją szansę.

Jakie widzisz różnice między trenowaniem z pierwszą drużyną, a rezerwami?

– Wszystkie ćwiczenia są wykonywane jeszcze szybciej. Widać doświadczenie u tych zawodników i umiejętności. Gdy tam chodziłem, to wszystko działo się szybko. Trzeba szybko myśleć, grać. Wydaje mi się, że są jeszcze lepiej przygotowani pod względem motorycznym od drużyny Jong. To są główne różnice, bo treningi wyglądają podobnie. Gry na małej przestrzeni, podania, gierki 4 na 4. Treningi są podobne. Robimy to samo, ale jakość jest trochę inna.

Ktoś z pierwszego zespołu Cambuur, lidera zaplecza Eredivisie, robi wrażenie na treningach?

– Największe wrażenie zrobiło na mnie dwóch zawodników. Issa Kalon jest skrzydłowym, mega szybki, techniczny. Miał też problemy ze statystykami w tym sezonie, ale się odblokował. Zaczął strzelać gole i kreować sytuacje. Był motorem napędowym drużyny. To bardzo mi się spodobało. Do tego Francuz, środkowy pomocnik, Robin Maulun. Były zawodnik Bordeaux. Widać, że jest technicznie dobrze wyszkolony, do tego wizja gry, kontrola piłki. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Nie mówię, że reszta odstaje, bo Jamie Jacobs strzelił 12 bramek jako środkowy pomocnik. Napastnik, Robert Muhren, strzelił 26 goli. Jednak tamta dwójka zrobiła na mnie największe wrażenie swoim stylem gry, gdy wszedłem do pierwszej drużyny.

W Cambuur na wypożyczeniu przebywa też zawodnik Chelsea, George McEachran.

– On grał też ze mną w drużynie. Jego przypadek może też świadczyć o tym, jak ciężko jest zagrać w pierwszym zespole, gdyż wiele meczów grał u nas w rezerwach i nikt za to, że jest z Chelsea nie dał mu od razu miejsca w podstawowej  jedenastce oraz zaliczył tylko kilka minut w Eerste Divisie. Widać, że trenuje w londyńskiej akademii. Ma duży spokój z piłką. W pierwszym meczu, w którym z nami zagrał, to nie wiedziałem, że można takie prostopadłe piłki dawać. Przyjmował piłkę, obracał się i od razu prostopadła. Wszystko widział, rzucał piłkę między pięciu zawodników do skrzydłowych i wychodzisz sam na sam z bramkarzem. Też robi duże wrażenie.

Czy jakiś zawodnik, który jest w rezerwach i nie gra za dużo w pierwszym zespole, robi wrażenie na tobie i pomyślałeś: “dlaczego on jeszcze nie gra w Cambuur?”

– Tak, było dwóch, trzech taki zawodników. Jeden z rocznika 1998, Dean Guezen. Teraz nie będzie mógł grać z nami w drużynie U-21. A ma spore umiejętności, prawa, lewa noga. Piłki nie dało mu się odebrać, przyklejona do stopy, balans ciała, zwody. Gdy graliśmy gierkę 3 na 3 po dwie minuty, to on miał piłkę przy nodze dwie minuty i nikt mu jej nie odbierał. Takie ma umiejętności. Dziwiło mnie to, że nie gra w pierwszej drużynie. On był z drużyną na obozie przygotowawczym przed sezonem. Tylko kontuzję złapał i wrócił do nas. I nie wskoczył z powrotem do pierwszego zespołu. Osobiście się zdziwiłem, ale ja nie podejmuję takich decyzji. Ostatnio z nim pisałem i będzie szukał nowego klubu. Mam nadzieję, że znajdzie coś ciekawego, bo chłopak naprawdę ma umiejętności na wysokim poziomie.

Rozkładamy na czynniki pierwsze twoje występy w Cambuur i treningi w tym klubie, a powinniśmy zacząć od tego, jak to się stało, że znalazłeś się w Holandii?

– Już w juniorach AP Zagłębia Lubin ze względu na mój techniczny styl gry oraz fakt, że akademią zarządzali Holendrzy myśleliśmy z tatą i trenerem koordynatorem, że w przyszłości może być taka sytuacja, iż szybciej zagram w Eredivisie, niż w Ekstraklasie. W momencie, gdy Zagłębie nie przedstawiło mi oferty na przedłużenie kontraktu. Rozpoczęliśmy poszukiwania nowego klubu i zgodnie z założeniami skierowaliśmy naszą uwagę na Holandię. Początkowo miało być tak, że miałem przyjechać na dwutygodniowe testy do Cambuur i wrócić do domu, aby tam podjąć decyzję. Okazało się, że  Okazało się, że dość szybko w klubie mnie zaaprobowano, więc zostałem na pół roku i dopiero po tym czasie wróciłem do domu (śmiech). Decyzję podjąłem już w Holandii i zostałem. Później rodzice przywieźli mi wszystkie potrzebne rzeczy z Polski. To była jedna z moich najlepszych decyzji w życiu.

Skąd wzięło się to zainteresowanie ze strony Cambuur?

– Przez menedżera z Holandii zostały załatwione testy i udało mi się je wykorzystać. Dostałem szansę pojechania tam i pokazania się.

Jak wyglądały twoje pierwsze dni, miesiące w Holandii poza rodzinnym domem?

– Z domu wyjechałem, jak miałem 13 lat do Zagłębia Lubin. Wiadomo, że to nie jest to samo, bo mówimy o innym kraju. To nie jest już 200 kilometrów od domu, a 900. Jakiś większych obaw nie miałem przed wyjazdem. Byłem przyzwyczajony do życia poza domem, ale pierwsze dni były takie, że nikogo nie znałem. Z nikim nie rozmawiałem. Pierwszy dzień wyglądał tak, że mieliśmy spotkanie drużynowe, z dyrektorem. Później pokazano nam nasze mieszkania klubowe. Następnego dnia był już trening. Zamieszkałem z dwoma kolegami z drużyny. Z jednym złapałem bardzo fajny kontakt. Teraz ma kontrakt w Szwecji. On mi pomagał z aklimatyzacją. Już po miesiącu czułem się jak w domu (śmiech). Język jest bardzo ciężki, przynajmniej dla mnie. Mamy nauczyciela w klubie, ale mamy jedną lub dwie lekcje w tygodniu. Nie jest to dużo. W Holandii dobrze rozmawiają po angielsku, więc z tym nie ma problemu. Aklimatyzacja przeszła bardzo szybko i dobrze.

Trenerzy też swobodnie mówią po angielsku?

– Mój trener z drużyny Jong słabo mówił po angielsku, ale jakoś dawaliśmy radę, żeby trochę porozmawiać (śmiech).

Komunikaty czysto boiskowe też są podawane po angielsku? Czy musiałeś się nauczyć zwrotów piłkarskich po niderlandzku?

– Zwroty piłkarskie podłapałem po dwóch, trzech tygodniach. Na początku koledzy starali się do mnie krzyczeć po angielsku, ale po jakimś czasie, sam zwróciłem im uwagę, żeby do mnie krzyczeli po niderlandzku, abym łapał to “lewa”, “prawa”, “czas” itd. Ćwiczenia też po czasie się rozumie, bo powtarzane są te same słówka. Nie było z tym większego problemu. Jednak, jeśli chodzi o płynne rozmawianie w tym języku, to jeszcze trochę czasu musi minąć.

Jak w ogóle żyje się w Leeuwarden?

– Dobrze się żyje. To bardzo ładne miasto. Mi się spodobało od razu. Ciekawostka, koledzy mi powiedzieli, że jest to jedno z brzydszych miast w Holandii. Zdziwiłem się, gdyż mi bardzo przypadło do gustu a jest jednym z brzydszych. Powiedzieli, że muszę pojechać do Amsterdamu, do Groningen. Mam nadzieję, że znajdę czas, aby pozwiedzać. Ładne miasto, panuje tu porządek. Dobrzy ludzie, bardzo mili i sympatyczni, zawsze chętnie pomogą. Może dlatego też tak szybko i dobrze ta aklimatyzacja mi przebiegła, bo pracownicy klubu bardzo mi pomogli, np. z rowerem albo jakimiś papierami. Bardzo pomogła mi też grupa „AirPress”, a szczególnie jej prezes, który to sponsorował – szereg rzeczy bytowo-socjalnych oraz zaoferował niezbędną pomoc, tak, abym mógł tam w ogóle pozostać. On wraz z rodziną stali się moimi i mojej rodziny przyjaciółmi i za to chciałbym z tego miejsca im serdecznie podziękować.

Leeuwarden należy do Fryzji, czy ty uczysz się języka niderlandzkiego czy fryzyjskiego?

– Uczę się niderlandzkiego. Bez przesady (śmiech). Fryzyjskiego nawet niektórzy Holendrzy nie potrafią, bo to jest zupełnie inny język.

W drużynie znają ten język i posługują się nim?

– Nie, większość osób, które grało w Cambuurze nie było z Fryzji. Pochodzili z takich miejscowości jak Utrecht, Rotterdam, Groningen. Zaskoczyła mnie pewna rzecz, że mimo tego iż jest to taki mały kraj, to ludzie z północy mają totalnie inny akcent niż ludzie z południa. Inaczej czytają literki. Holendrzy mają takie charakterystyczne chrząkanie przy “ch”, a na południu czytają “sz”. Zatem ciężko mi jeszcze wyłapać o jakie słowo chodzi.

Czytelników chyba najbardziej ciekawi ten temat: jakie są różnice w treningu w Holandii i w Polsce? Tym bardziej jest to adekwatne pytanie do twojej sytuacji, bo wiele lat spędziłeś w akademii Zagłębia Lubin, uznawanej za jedną z najlepszych w Polsce.

– Treningi wyglądają bardzo podobnie. Praktycznie są takie same. Uwaga jest skupiona na małych grach, podaniach, grach 4 na 4, czyli treningi są bardzo podobne. Chodzi bardziej o jakość wykonywania danych ćwiczeń. W Holandii spodobała mi się świadomość zawodników, którzy wiedzą po co to robią. W szatni i między ćwiczeniami można się pośmiać, ale gdy jest ćwiczenie to jest pełne skupienie i jedziemy wszyscy na 100%. Każdy siebie nawzajem napędza. To mi się bardzo spodobało, czego czasami brakowało mi w Polsce. W Holandii, gdy strzelisz bramkę to cię pochwalą, a gdy przestrzelisz, to podniosą cię na duchu. Gdy źle podasz, to cię napędzają: “dawaj kolejną piłkę i popraw”. Gdy jest przerwa, można się pośmiać itd. Świadomość wykonywania ćwiczeń jest lepsza w Holandii niż w Polsce.

A intensywność?

– Myślę, że jest większa w Holandii. Przez to, że zawodnicy mają świadomość tego, co robią. Każdy nawzajem się napędza. To wszystko sprawia, że automatycznie ta intensywność treningu wzrasta. Każdy chce jeszcze bardziej ją podwyższać. To mi się spodobało. Nie ukrywam, że musiałem wiele nadrobić. Przyjeżdżając tam, podobałem się technicznie i piłkarsko, ale odstawałem im kondycyjnie, siłowo. Powiedziano mi o tym na starcie, że muszę to poprawić. Jak widać, pół roku ciężkiej pracy dało efekty. Bo dostaję kolejny kontrakt.

A jakie aspekty jednostki treningowej są bardziej uwypuklone w Holandii, a nie ma ich  w Polsce? Na co jest kładziony większy nacisk, jeśli chodzi o trening?

– Wydaje mi się, że tu i tu jest tak samo. Jest siłownia, raz w tygodniu, ale każdy może jeszcze dodatkowo iść w tygodniu, kiedy chce. Tak samo było w Zagłębiu. Myślę, że wszystko po trochu – taktyka, podania, bieganie. Mam na uwadze tylko tę świadomość i intensywność, bo wiedzą, co chcą robić i osiągnąć.

Przedstaw nam infrastrukturę klubu Cambuur.

– W samym mieście jest pięć ośrodków treningowych, w których jest po cztery, pięć boisk. Po dwie, trzy sztuczne i jedna naturalna, większość oświetlona. W mieście, które ma blisko 100 tysięcy mieszkańców jest pięć takich ośrodków. To mnie bardzo zaskoczyło. Pochodzę z Gorzowa Wielkopolskiego. Na Stilonie są trzy boiska, a poza tym są tylko orliki. Dopiero ostatnio Warta Gorzów Wielkopolski wybudowała kolejne 2,5 boiska. A tam jest tego sporo i dzieciaki mają gdzie grać. One codziennie chodzą na boisko, żeby grać. Nie ma dnia, żeby boisko nie było zapełnione. Na początku, gdy przyjechałem do Cambuur, to stadion nie był jeszcze gotowy. Trenowaliśmy na jednym z ośrodków i tam były trzy boiska sztuczne i dwa naturalne. Przez pierwsze dwa tygodnie trenowaliśmy na sztucznej, a później przenieśliśmy się na główny stadion. Bardzo fajnie to wszystko wygląda. Jako młody zawodnik pierwszy raz spotkałem się z tym, że wszystkie rzeczy są półeczkach w szatni. przychodzisz do klubu, odbierasz z półeczki. Po treningu wrzucasz do kosza, w klubie piorą. Na trening przychodzę tylko z kosmetyczką. Pierwszy raz z tym się spotkałem. W Lubinie dotyczyło to tylko pierwszego zespołu. Zawsze trzeba było z torbą ganiać. Bardzo miłe zaskoczenie. Do tego możliwość trenowania na głównym stadionie. Fajnie na nim trenować, bo myślisz o tym, żeby tutaj w przyszłości grać.

Jakbyś zestawił szatnię polską z holenderską?

– Raczej jest taka sama. Panuje dobra atmosfera, wszyscy się śmieją, gra muzyka. W Cambuur jest tak, że stawiają na integrację drużynę. Mamy stół do ping-ponga, rzutki. W Holandii dodatkowo mam zajęcia pozaboiskowe i tak np. wychodzimy z drużyną do parku linowego, czy też będąc na mini obozie na wyspie Ameland pływaliśmy specjalnymi pontonami po morzu.

Dlaczego zdecydowałeś się odejść z Zagłębia Lubin? Nie widziałeś szansy na przebicie się wyżej?

– To nie jest tak, że chciałem odejść. Zagłębie nie chciało ze mną przedłużyć kontraktu. Powiem tak, że zwolniłem tempo w Zagłębiu. Nie grałem tego, co powinienem grać. Nie biegałem tyle, ile powinienem biegać. Przez to straciłem tę świadomość. To złożyło się na to, że klub nie przedłużył ze mną kontraktu. W pewnym sensie dobrze to na mnie wpłynęło. Dostałem solidnego kopa: “halo, przystopuj, coś ci nie idzie”. To nawróciło mnie do cięższej pracy. Przyjście do Holandii, do ludzi, którzy cię ciągną do tej pracy, sprawiło, że stałem się jeszcze lepszy niż byłem w Zagłębiu.

Jakie cele sobie stawiasz na przyszły sezon?

– Zadebiutować w pierwszej drużynie.

Mówimy o Eredivisie? Bo Cambuur jest liderem zaplecza, ale zapadła decyzja, że nie ma awansów i spadków w Holandii.

– Jeszcze nie wiadomo, bo sprawa się toczy w sądzie. Dla mnie nieważne czy będzie to Eredivisie, czy jej zaplecze. Chcę zagrać i utrzymać się tam. Bo to jest najcięższe. Muszę wejść do drużyny, wykorzystać pięć minut i tam się utrzymać. To jest mój główny cel na ten rok.

Trenowałeś z pierwszą drużyną, widziałeś swoich konkurentów na pozycji. Odczułeś, że jesteś od nich słabszy?

– Nie odczułem tego, że jestem słabszy. Może dlatego, że grali ze mną w drużynie, a przez to, że nie grali w pierwszej drużynie, spadali do nas na mecze, więc mogłem to porównać. Nie wydaje mi się, żebym był od nich dużo gorszy. Z jakichś powodów nie jestem w pierwszej drużynie, więc muszę pewnymi akcentami to podkreślić, bo oni tam są, a ja nie. Nie czuję się od nich dużo gorszy. Muszę poprawić kondycję, siłowo się podciągnąć i myślę, że będzie w porządku.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat? 

– Szczerze? Nie wiem.

Wiążesz swoje plany na przyszłość z Holandią? Czy chciałbyś wrócić do Polski i zaistnieć w Ekstraklasie?

– Nie chcę wracać do Polski, na razie. Chcę zostać w Holandii, jak najdłużej będzie to możliwe. Może będą to dwa lata, może trzy? Nie wiem, co los mi przyniesie. Może zadebiutuję w Cambuur? Może ktoś mnie wypatrzy i pójdę gdzieś za granicę? Nigdy nie wiadomo. Dlatego stawiam sobie ten najbliższy cel – debiut w pierwszej drużynie. Teraz będziemy grać w Eredivisie U-21. Na tych meczach też będzie dużo skautów, menedżerów. Ten rok wszystko rozstrzygnie, w jaką stronę to wszystko pójdzie. To będzie mój najważniejszy rok.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. archiwum prywatne Jakuba Brzeżowskiego