Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Błażej Telichowski

Błażej Telichowski pierwszą bramkę w Ekstraklasie zdobył jako napastnik. Na tej pozycji grał od dziecka, zawsze strzelał dużo bramek, przez co zwrócił uwagę wielu klubów. Dlaczego został obrońcą? Jak wspomina swoje początki w Polonii Nowy Tomyśl? Czy gryzie go to, że nie udało mu się zadebiutować w pierwszej reprezentacji? 

Swoją przygodę z piłką rozpoczął pan w Polonii Nowy Tomyśl?

– Dokładnie. Nowy Tomyśl leży ok. 60 kilometrów od Poznania. W piłkę grałem, odkąd tylko pamiętam, zawsze była blisko mnie. Jako dzieciaki spędzaliśmy dużo czasu na świeżym powietrzu, najczęściej kopiąc piłkę. Nie zapisywano dzieci tak wcześnie do szkółek czy akademii, bo ich po prostu nie było, a jeżeli istniały drużyny młodzieżowe, to najwcześniej od ósmego roku życia. Podobnie było w moim przypadku. Do pójścia na pierwszy trening zachęcili mnie właśnie koledzy z podwórka.

Jakie mieliście warunki do treningów w Nowym Tomyślu?

– Takie, jak w tamtych czasach panowały w większości miejscowości – boiska nie zachęcały do gry. Bardziej kępka, piasek i jak gdzieś przy narożniku rosło trochę trawy, to było to wydarzenie. Aczkolwiek, główna murawa była dobra, Polonia grała wtedy w III lidze, więc ta płyta była okej. Mecze ligowe graliśmy na fajnych boiskach.

Trenerzy mieli jakiś pomysł na wasze szkolenie czy rzucali piłkę: “macie i grajcie”?

– Myślę, że mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na Ryszarda Kliszewskiego, który był trenerem z pasją. Zawsze gdzieś wypatrywał najmłodszych zawodników i przez wiele lat zajmował się młodzieżą w klubie. Miał bardzo fajny warsztat, czasem ciężko było skleić coś ciekawego na tym boisku, ale u niego frekwencja na zajęciach zawsze dopisywała. Mieliśmy naprawdę mocną ekipę w regionie, która wygrywała sporo turniejów.

Rozumiem, że na początku nie grał pan w obronie? 

– Tak. Mój przypadek jest już chyba dosyć znany, od zawsze byłem napastnikiem. Strzelałem bardzo dużo goli, praktycznie we wszystkich rozgrywkach byłem królem strzelców. Tak też zostałem wypatrzony przez kilka klubów. Gdy skończyłem szkołę podstawową, trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Najbardziej chciała mnie Amica Wronki, wtedy była to jedna z najlepszych szkółek w kraju. Były też oferty z MSP Szamotuły, Olimpii Poznań, Lecha Poznań. Jako chłopak z Wielkopolski kibicowałem Lechowi. Mimo że “Kolejorz” nie należał wtedy do potentatów, jeżeli chodzi o finanse i sponsorów, to jednak klub był marką od zawsze. Rodzice zbytnio nie naciskali na mnie, chcieli, żebym podjął dobrą dla siebie decyzję i tak trafiłem do Poznania. Cały czas byłem napastnikiem. W Lechu dalej strzelałem dużo bramek, ale w jednym z turniejów makroregionów trener Tadeusz Jarosz, dzisiaj skaut w tym klubie, przesunął mnie na lewą obronę. Było to dosyć przypadkowe, ponieważ w zespole mieliśmy kilku napastników, ale tylko ja byłem lewonożny. Powiedziałem, że spróbuję zagrać na tej pozycji i zostałem najlepszym zawodnikiem turnieju. Pech lub może szczęście (śmiech) spowodowały, że powstawała wtedy reprezentacja Polski U-15. Nie było wtedy takiego skautingu, jaki mamy dzisiaj, było mniejsze rozeznanie i trenerzy poznali mnie jako bocznego obrońcę. Była nawet taka sytuacja, że w Lechu grałem jako napastnik, a na kadrę jeździłem jako boczny defensor. Im byłem starszy, tym częściej trenerzy ustawiali mnie bardziej defensywnie, ale ciąg do przodu i chęć strzelenia gola zostały mi do dziś. Jednym z trenerów, który uważał, że mam bardzo duży potencjał w ataku, był Czesław Michniewicz. W meczu z Górnikiem Polkowice wpuścił mnie na ostatnie minuty do przodu i pierwszą bramkę w tych rozgrywkach zdobyłem jako napastnik.

Miał pan może kiedyś okazję osobiście oglądać rozgrywki Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Miałem taką przyjemność. Było to trzy lata temu, bodajże Arek Milik wręczał wtedy dzieciakom nagrody na Finałach Ogólnopolskich. Za moich czasów nie było takich inicjatyw. Były różne turnieje dla dzieci, ale to w ogóle nieporównywalna skala, nieporównywalne wydarzenie. Dla tych dzieciaków możliwość gry na Stadionie Narodowym musi być fantastyczną sprawą. Pamiętam, że na Turnieju było wielu ciekawych chłopaków, jednym z nich był syn Remigiusza Sobocińskiego.

Dzieciaki miały możliwość spotkania swojego idola – Arka Milika, a kto był pana idolem w dzieciństwie?

– Moim idolem w dzieciństwie był Andrzej Juskowiak, strzelający bramki w niemieckich klubach. Z zagranicznych zawodników lubiłem Paolo Maldiniego, później sam go podglądałem jako boczny obrońca. Byli też Patrick Kluivert czy Roberto Baggio.

Czyli raczej piłka włoska?

– Tak. Moim ulubionym klubem była jednak Barcelona, ale moją pierwszą piłkarską koszulką był strój Lazio. Aż żałuję, że dzisiaj jej nie mam, bo to była fantastyczna koszulka. Miałem do niej duży sentyment.

Trenował pan także inne sporty?

– Grałem praktycznie we wszystko, ale nie trenowałem niczego poza piłką nożną. Mieliśmy w szkole trenera siatkówki, który nas bardzo zachęcał do uprawiania tej dyscypliny. Przekonywał mnie nawet, że mam większy talent do siatkówki niż do piłki nożnej, aczkolwiek nigdy nie spróbowałem profesjonalnych treningów w tej dyscyplinie.

Przykładał pan dużą uwagę do szkoły i ocen?

– Rodzice przywiązywali uwagę do moich ocen. Uznali też, że Szkoła Mistrzostwa Sportowego nie będzie dla mnie dobrym wyborem i, mimo że była to klasa sportowa, gdzie było wielu zdolnych młodych piłkarzy z Wielkopolski, z mojego rocznika na poważnie w piłkę zagrałem tylko ja. Wybór szkoły był wtedy akurat dobrym posunięciem.

Szkoleniowcy w trampkarzach czy juniorach wróżyli panu wielką karierę?

– Ciężko powiedzieć. Grałem na zupełnie innej pozycji, miałem swoje zalety, ale też sporo wad. Należałem raczej do tych, co ciężko pracują, nie opuszczają treningów i to mnie zaprowadziło daleko. W tamtych czasach może nie było tak profesjonalnego podejścia, jakie jest teraz, ale ja od zawsze podchodziłem do piłki z dużym zaangażowaniem. Nie byłem wybitnie utalentowany, ale byłem bardzo pracowity. Miałem dar do zdobywania goli, piłka mnie szukała.

Miał pan pomysł na życie, gdyby nie został pan piłkarzem?

– Nie. Wiele osób powtarzało w tamtych czasach, że trzeba mieć ten plan awaryjny, ale wydaje mi się, że w 95% to są tylko słowa i nie ma za tym żadnych działań, żeby piłkarze przygotowywali się do życia po karierze. Jeżeli ktoś 20 lat grał w piłkę i nie robił nic poza tym, to w pierwszych miesiącach, nawet latach po karierze – może mieć ciężko.

Było jeszcze kiedyś takie myślenie, że “zostanę wielką gwiazdą, to reszta już się sama ułoży”…

– Być może tak. Było wiele przypadków, gdy zawodnicy nie radzili sobie po “odwieszeniu butów na kołek” – wtedy były w futbolu inne pieniądze, więc ciężko jest porównywać te czasy do dzisiejszych. Obecnie jest o wiele łatwiej, ale warto to też pielęgnować, bo nie ma nic za darmo.

Skoro mówimy o pieniądzach, to kiedy zaczął pan zarabiać na grze w piłkę?

– Pamiętam, że kiedy przyniosłem do domu pierwsze poważne pieniądze i pokazałem rodzicom ile zarobiłem, to pojawiło się u nich, może nie niedowierzanie, a pozytywna zazdrość.

Z perspektywy czasu jest pan zadowolony ze swojej przygody z piłką?

– Jestem z tych osób, które nie patrzą wstecz. W tamtych czasach nie było wielu osób, które potrafiły pokierować młodym zawodnikiem. Dzisiaj się to zmienia i jest na pewno o wiele łatwiej. Może niektóre moje decyzje nie były trafione, ale nie myślę o tym w ten sposób, bym czegoś żałował. Doceniam to, co miałem. Spędziłem ponad 13 lat w Ekstraklasie…

Ale jest gdzieś z tyłu głowy myśl, że nie udało się dopisać “1A” przy nazwisku?

– Dostaję o to wiele pytań. Był czas, gdy byłem w kręgu zainteresowań reprezentacji, otrzymywałem telefony i pojawiała się mała nadzieja. Ale nie patrzę też na to, jak na porażkę. Mam fajne zdjęcie, gdy byłem kapitanem młodzieżowej reprezentacji. Z tej grupy praktycznie tylko ja nie zadebiutowałem w dorosłej kadrze. Ale może tak miało być?

Czym pan zamierza zająć się po karierze?

– Współpracuję z agencją Fabryka Futbolu, dzisiaj najmocniejszą agencją menedżerską w kraju. Staram się przekazywać wiedzę zawodnikom, którą sam nabyłem przez te wszystkie lata kariery.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix