Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Remigiusz Jezierski

– W wieku 18 lat pojechałem na badania do Wrocławia i lekarz stwierdził tam, że jak będę dalej grał w piłkę, to za kilka lat czeka mnie jazda na wózku inwalidzkim. Odpowiedziałem, że w takim razie będę na nim jeździł – mówi Remigiusz Jezierski, który był bardzo zdeterminowany, żeby zostać piłkarzem.

Swoją przygodę z piłką rozpoczął pan w Polonii Świdnica?

– Zgadza się. Zacząłem bardzo późno, bo w wieku 14 lat. Jako dziecko przechodziłem pewne problemy zdrowotne, do 12. roku życia zbytnio nie mogłem grać w piłkę. Potem rodzice puszczali mnie na treningi z ciężkim sercem, ale byłem nie do powstrzymania. Mój początek przygody z piłką nie był standardowy i moja historia może posłużyć za przykład, że nigdy nie jest za późno.

Musiał się pan szybko rozwijać. 

– Czy szybko? W wieku 18 lat zadebiutowałem w III lidze, trzy lata później – w II lidze. Rozgrywając swój premierowy mecz na ekstraklasowych boiskach, miałem 24 lata. Może gdybym zaczął szybciej, to udałoby się więcej osiągnąć… Trzeba przyznać, że ciężko było potem nadrobić pewne braki.

Już wtedy zetknął się pan z trenerami, którzy mieli jakiś pomysł na szkolenie dzieciaków?

– Owszem. Moim pierwszym trenerem był Janusz Kondracki. Człowiek z wielką pasją do futbolu. Lubował się w przygotowaniu motorycznym i często robił nam testy Coopera. Potem trafiłem na niezapomnianego Horsta Panica, który wcześniej prowadził m.in. Amicę Wronki i Górnik Wałbrzych. U niego debiutowałem w III lidze.

Brał pan udział z Polonią Świdnicą w różnych turniejach młodzieżowych?

– Zanim zacząłem uczęszczać na treningi w Polonii, występowaliśmy z kolegami w turniejach dzikich drużyn. Nasza drużyna nazywała się… Śmierć Czarnobyl. Było to kilka lat po katastrofie na Ukrainie. Wygraliśmy ten turniej, a ja zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem zawodów. Wtedy też Polonia Świdnica zaczęła dostrzegać, że na podwórku jest ktoś taki, jak ja.

Nie mógł pan grać w tych zawodach, ale może miał pan styczność z Turniejem “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Miałem styczność z tym Turniejem z racji syna, który dwa razy brał udział w tej inicjatywie. Najpierw ze Szkołą Mistrzostwa Sportowego Śląska Wrocław, a potem z drużyną ze Świnicy. Udało im się awansować na finały ogólnopolskie, ale nie grali na Stadionie Narodowym. Ich mecze były rozgrywane na stadionie Agrykoli. Pamiętam, że wygrała wtedy drużyna z Iławy, gdzie występował syn Remigiusza Sobocińskiego – Maddox.

Coś jeszcze się panu rzuciło wówczas w oczy?

– Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest to wspaniała inicjatywa. Dzieciaki występujące na Stadionie Narodowym, połączenie tego z finałem Pucharu Polski, zaangażowanie rodziców – dla mnie jest to kwintesencja piłki nożnej.

Od początku występował pan w ataku?

– Tak. Byłem takim ścigającym się harpaganem. Mało kto zwracał uwagę na to, że nie byłem najlepszym strzelcem, ale nadrabiałem szybkością i przebojowością. Wydolność też stała u mnie na niezłym poziomie. Grałem nie tylko w ataku, ale też na pozycjach skrzydłowego czy wahadłowego.

Na kim pan się wzorował w dzieciństwie?

– Moimi idolami byli Dejan Savicević i Marco van Basten. Obaj występowali w klubie z czerwonej części Mediolanu, więc w dzieciństwie trzymałem kciuki za AC Milan. Lubiłem oglądać włoską i niemiecką piłkę.

A izraelską?

– (śmiech) Ligę izraelską jest ciężko oglądać w polskich realiach. Ale za to w Izraelu zagrałem, więc wiem, że jest to taka typowa południowa piłka – dużo gry kombinacyjnej, liczne dryblingi, gra nastawiona na atakowanie.

Uprawiał pan także inne dyscypliny sportowe?

– Byłem w reprezentacjach szkoły w siatkówkę czy koszykówkę oraz jeździłem na różne zawody lekkoatletyczne. Poza tym grałem w tenisa i jeździłem na nartach.

Szkoła i oceny była dla pana ważne czy bardziej jednak liczył się sport?

– Szkoła była dla mnie ważna. Byłem wychowany w duchu, że ze sportu się w życiu nie utrzymam i muszę się uczyć, zdobyć wyższe wykształcenie. Rodzice stale mnie motywowali i grając w Ekstraklasie, zostałem magistrem ekonomii. Na studiach dziennych. Było to dosyć nietypowe dla piłkarza. To było paradoksem w tamtych czasach, bo grałem na drugim poziomie rozgrywkowym w kraju, mając już zawodowy kontrakt, a wracałem po treningu na uczelnię i grałem z chłopakami na asfalcie w uczelnianej lidze szóstek.

Czyli miał pan plan awaryjny na życie, gdyby nie udało się w piłce?

– Można tak powiedzieć.

Jakie miał pan marzenie związane z piłką w tamtym okresie?

– Nie miałem zdefiniowanych marzeń, bo wydawały mi się nierealne. Z racji choroby nóg w dzieciństwie, która trwała pięć lat, moim marzeniem było grać w piłkę. W wieku 18 lat pojechałem na badania do Wrocławia i lekarz stwierdził tam, że jak będę dalej grał w piłkę, to za kilka lat czeka mnie jazda na wózku inwalidzkim. Odpowiedziałem, że w takim razie będę na nim jeździł. Moim celem stało się to, żeby jednak w wieku 25 lat chodzić o własnych siłach.

Ta choroba nóg z dzieciństwa doskwierała potem panu w seniorskiej karierze?

– Nie, choroba kompletnie się wyleczyła. Okazało się właśnie, że sport mnie uzdrowił. Diagnozy lekarskie są takie, żeby się nie ruszać, ale jak człowiek nic nie robi, to kostnieje. Sport i ćwiczenia mi pomogły.

Będąc w juniorach, trenerzy liczyli na to, że uda się panu coś w piłce osiągnąć?

– Musiałby pan ich zapytać. Teraz powiedzą, że tak, stawiali, ale czy wtedy byłoby tak samo? Ciężko powiedzieć. Poszedłem do drużyny juniorów i jak zobaczyli, jaki “ogórek” przyszedł z podwórka, to cofnęli mnie na pół roku do drugiego zespołu. Po sześciu miesiącach wróciłem wyżej, ale oni byli już wtedy wygami piłkarskim, niektórzy grali w reprezentacjach województwa wałbrzyskiego. Myślę, że wtedy dopiero uczyłem się futbolu i dopiero kilka lat później zacząłem się dynamicznie rozwijać, gdy już zadebiutowałem w piłce seniorskiej.

Jest pan zadowolony ze swojej przygody z piłką?

– Jestem. Przez ten ciężki początek miałem świadomość swoich ograniczeń. Nękały mnie też kontuzje i to w kluczowych momentach. Miałem wrażenie, że “bozia” wysyłała mi sygnał, żebym się w ogóle cieszył z tego, że mogę grać w piłkę (śmiech). Przykład? Pojechałem na testy do drugiej Bundesligi oraz szkockiej Ekstraklasy i na obu tych wyjazdach nabawiłem się urazów.

Dzisiaj nie jest pan już piłkarzem, ale został pan przy piłce.

– Nie do końca, bo regularnie uczestniczę w śląskiej lidze oldbojów! Od zakończenia profesjonalnej kariery minęło dziewięć lat, ale cały czas czynnie gram w piłkę, co najmniej dwa razy w tygodniu. Byłem też przez dwa lata trenerem młodzieży w Olympicu Wrocław oraz szkoliłem przez chwilę napastników w Miedzi Legnica. Potem postawiłem na marketing sportowy. Ma to trochę związku ze sportem, ale jednak jest to bardziej biznesowy projekt.

Pana syn ma szansę, żeby dorównać karierze ojca?

– Można tak powiedzieć. Jestem rodzicem raczej spokojnym i sceptycznym. Poznałem plusy oraz minusy bycia piłkarzem. Wbrew temu, co się uważa o piłkarzach, jest to ciężkie życie. Fajnie zarabia się na czymś, co się kocha, ale trzeba pogodzić się też z dużymi wyrzeczeniami. Mój syn ma teraz 16 lat, gra w juniorach starszych Śląska Wrocław. Ma bez porównania lepsze warunki do rozwoju niż ja, a co za tym idzie – większe szanse na zrobienie kariery.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix