Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Andrzej Juskowiak

Bramki zrobione z gałęzi, pierwsze treningi pod okiem Jerzego Bajera w Kanii Gostyń, transfer do Lecha Poznań i wyjazd na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Andrzej Juskowiak wspomina swoje piłkarskie początki. 

Jak rozpoczęła się pana przygoda z piłką?

– Przeprowadziliśmy się z rodzicami do Gostynia i tam poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Mieszkaliśmy nieopodal niedużego lasu, moi rodzice nadal tam mieszkają. Tam codziennie graliśmy z kolegami w piłkę. Poprzeczkę mieliśmy zrobioną z jakieś gałęzi, pomiędzy dwoma drzewami. Tak wtedy wyglądało nasze boisko. Najważniejsze były mecze ulica na ulicę, a konkretnie – Podleśna na Kochanowskiego. Spędzaliśmy tam dużo czasu, grało się do momentu aż ktoś strzeli dziesięć bramek, co czasami trochę trwało. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie z piłką nożną. Początkowo byłem bramkarzem, dlatego że byłem najmłodszy. Zmieniło się to dopiero, gdy wygrałem piłkę w jednym z wyścigów wrotkarskich. Z racji tego, że miałem jedną z trzech piłek na naszej ulicy – mogłem sobie wybrać pozycję na boisku. Zacząłem występować wówczas w ataku.

Potem trafił pan do Kanii Gostyń. 

– Tak. Do klubu trafiłem po namowach trenera Jerzego Bajera, który był równolegle wuefistą w Szkole Podstawowej numer 2 w Gostyniu (Andrzej Juskowiak chodził do SP1 – dop. red.) oraz organizował międzyszkolne rozgrywki piłkarskie. Tam wypatrywał zdolnych chłopaków do Kanii i po jednym z takich turniejów zaprosił mnie na trening, żebym spróbował zorganizowanej piłki, reżimu treningowego. Tak to się wszystko zaczęło. Miałem blisku do stadionu, chodziłem na treningi pieszo. Do dzisiaj mam kontakt z trenerem Bajerem.

Znalazłem w internecie tekst, w którym bardzo dobrze go pan wspomina. 

– Bardzo dużo mu zawdzięczam. To był mój pierwszy trener i miałem szczęście, że trafiłem na człowieka-pasjonata. Gostyń nie jest dużym miastem, a trafił się szkoleniowiec, który dużo widział, także pod kątem przyszłego rozwoju zawodnika. Często zwracał mi uwagę na to, żebym ćwiczył wykończenie akcji lewą nogą, bo to może mi się kiedyś przydać. Bardzo mi to pomogło, gdy trafiłem już do Lecha Poznań. Przez to mogłem też strzelać więcej goli, ponieważ napastnik, który nie jest ograniczony tylko do jednej nogi, ma o wiele łatwiej.

Na kim pan się wzorował?

– Moim idolem był Marco van Basten.

Van Basten był wtedy idolem prawie każdego dzieciaka. Kibicował pan również Milanowi?

– Nie, tylko jego lubiłem. Podpatrywałem nie tylko jego, ale jednak Marco van Basten był niedoścignionym wzorem. Fenomenalnie radził sobie w sytuacjach, w których miał mało miejsca w polu karnym, a jeżeli nie miał miejsca – potrafił sobie je stworzyć. Miał niesamowity instynkt strzelecki. Fenomenalnie oglądało się tego piłkarza.

Pamięta pan swoje pierwsze buty piłkarskie?

– W tym lesie, o którym wspominałem, graliśmy w tenisówkach, a moimi pierwszymi butami piłkarskimi były popularne wówczas trampko-korki. Mieliśmy jedną parę butów na wszystkie nawierzchnie i to musiało nam wystarczyć. Nie było to na pewno fajne, ale nie zwracaliśmy na to większej uwagi – takie były czasy i tak się wówczas grało. Potem w Lechu dostałem nowe buty Adidasa. Chyba mam jeszcze gdzieś zdjęcie w nich, z uśmiechem od ucha do ucha. To było marzenie każdego zawodnika. Polski Związek Piłki Nożnej zapewnił nam również dobry sprzęt Adidasa na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie.

Taki sprzęt nie był wówczas ogólnodostępny. 

– Można było kupić go w Niemczech, ale cena zwalała z nóg.

Lech Poznań wypatrzył pana na jednym z turniejów młodzieżowych, więc rozumiem, że takie inicjatywy były wówczas na porządku dziennym?

– Owszem. Naturalną siatką skautów w dużych klubach byli wówczas wuefiści w szkołach podstawowych, którzy bardzo dobrze znali swój region. Przez to, że przez wiele lat pracowali w jednej placówce, posiadali duży przegląd zawodników. Jeżeli trafiał im się ktoś uzdolniony i taki wuefista dzwonił do klubu, że ma chłopaka z dużym potencjałem, który mocni wyróżnia się na tle innych, to był to nieoceniony sygnał dla każdego klubu i raczej go nie lekceważono. Dystans pomiędzy małymi klubikami, a wielkimi klubami, był olbrzymi. Nie było tak, że trenerzy mogli wyjechać sobie na staż. Dzisiaj wygląda to już inaczej.

Obecnie inaczej wygląda też sprawa z imprezami piłkarskimi dla najmłodszych, bo mamy m.in. największy dziecięcy turniej na Starym Kontynencie. 

– Gdy pracowałem w Trójmieście, byłem na jednej z edycji Turnieju. W Poznaniu chyba też. Miałem również okazję oglądać rozgrywki Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” na Stadionie Narodowym, przed finałem Pucharu Polski.

Rolą tego Turnieju jest, żeby przed dzieciakami z mniejszych miejscowości otwierała się szansa na zaprezentowanie swoich umiejętności przed całą Polską. Pan także pochodzi z niedużego miasta i trudno powiedzieć, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby ktoś pana nie wypatrzył właśnie na dziecięcym turnieju. Uważa pan, że takie inicjatywy są potrzebne?

– Są różne drogi, żeby zostać zauważonym i właśnie taki Turniej to ułatwia. Myślę, że bardzo ważna jest również rola pierwszego trenera, który ma największy wpływ na bazowe umiejętności zawodnika i na to, jak ten chłopak sobie później poradzi.

Szybko został pan królem strzelców ligi, mistrzem kraju, więc zakładam, że nie miał pan myśli o wybraniu innej drogi niż kariera piłkarza?

– Były czasem takie myśli. Gdy przytrafiały mi się jakieś drobne kontuzje, zastanawiałem się, jak to będzie dalej wyglądać. Moja mama była raczej przeciwna pomysłowi o zostaniu piłkarzem, bo coś może mi się stać. Tata za to inaczej na to patrzył, uważał, że mam szansę i widział, że chcę grać w przyszłości piłkę.

Nie przypominam sobie jednak, żeby w młodzieńczym wieku chęć zostania piłkarzem wiązała się z zarabianiem wielkich pieniędzy – zmieniło się to dopiero w wieku 21 czy 22 lat, gdy już byłem królem strzelców ligi oraz mistrzem kraju i chciałem wyjechać za granicę, bo tam faktycznie zarabiało się więcej. Wcześniej nie myślałem w tych kategoriach.

Jak pan wspomina Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie?

– Wielka impreza, do której przygotowywaliśmy się przez wiele lat. Było mało osób, które wierzyło w to, że możemy coś osiągnąć. Nie jest łatwo zakwalifikować się do turnieju głównego, bo jest bardzo mało miejsc. Pamiętam, że pokonanie  w drugim meczu Włochów, aktualnych mistrzów Europy w naszej kategorii wiekowej, dało nam potężnego kopa i sprawiło, że zaczęliśmy wierzyć w to, że możemy naprawdę wiele zdziałać. Mieliśmy dobrą generację zawodników i nasz zespół był dobrze dobrany pod względem charakterologicznym. Mieliśmy w drużynie piłkarzy o różnych charakterach oraz mentalności, ale na boisku każdy dawał z siebie wszystko i jeden dla drugiego by bardzo dużo zdziałał. Byliśmy drużyną dobrze zbilansowaną w ofensywie i defensywie. Wygrywaliśmy ważne spotkania i dopiero w finale zaznaliśmy porażki, lecz wspominam to bardzo ciepło. Był to wspaniały czas. Nasza kadra chciała zwyciężać i miała pomysł, jak to zrobić.

Osiągnął pan w piłce nożnej bardzo dużo, ale jest rzecz, której pan żałuje?

– Nie, niczego nie żałuję. Wszystko mogłoby się inaczej potoczyć, gdybym nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie czy nie podpisał kontraktu ze Sportingiem. Patrzę na to teraz z perspektywy czasu i w każdym klubie, w którym byłem, czyli Sportingu Lizbona, Olympiakosie Pireus czy Borussii Mönchengladbach – grałem. Każda liga była wymagająca, inna, ale wszędzie byłem sobie w stanie wywalczyć miejsce w wyjściowej jedenastce. Poza trofeami i osiągnięciami, moim największym sukcesem jest to, że wszędzie grałem, co nie jest łatwe. Ci, którzy występowali w różnych ligach, wiedzą, o czym mówię.

Więc jest pan zadowolony ze swoich piłkarskich dokonań?

– Oczywiście.

Dalej jest pan związany z piłką i długo by wymieniać, czym pan się już zajmował…

– Czasami śmieszą mnie ludzie, którzy mówią, że ktoś tam robi kilka rzeczy jednocześnie. Jeżeli ktoś jest dobrze zorganizowany, to można to wszystko pogodzić, tym bardziej że wszystkie czynności są związane z piłką nożną. Dla mnie istotne jest to, że mogę sobie praktycznie zaplanować cały miesiąc do przodu. Mniej więcej wiem, na co muszę w danym czasie poświęcić trochę więcej czasu. Na stadion TPS Winogrady mam dziesięć minut piechotą, do Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej dziesięć minut samochodem, na stadion Lecha Poznań – kwadrans. Teraz i tak jest okres, że zdecydowaną większość rzeczy robi się w domu. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że tak udało mi się to wszystko połączyć.

Ale musi pan przyznać, że z tych wszystkich czynności okołopiłkarskich, gra w piłkę sprawiała najwięcej przyjemności?

– Tak. TPS Winogrady w ubiegłym roku awansowały do czwartej ligi, wiosną wygraliśmy większość spotkań i taką radość, jaką widziałem wśród zawodników – tego się nie zapomina. Są to zawodnicy młodzi, w zdecydowanej większości wychowankowie. To była spontaniczna radość, było widać, że wszyscy są szczerze szczęśliwi. Ta radość przypominała mi trochę naszą radość po każdym strzelonym golu na Igrzyskach Olimpijskich. Każdy rzucał się na każdego, wraz z bramkarzem. To było szczerze okazywanie emocji.

Porównał pan właśnie awans do IV ligi ze srebrem olimpijskim. 

– Wiem, ale mam wrażenie, że coraz więcej jest w piłce sztuczności, takiego wyrachowania. “Czekajcie, muszę najpierw wykonać swoją cieszynkę, a potem możemy razem świętować” – u nas tego nie było. W niższych ligach można zobaczyć szczerą radość.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix