Weszło Junior

Kuźnia Weszło Junior. O szkoleniowych specjalizacjach

Pewnego dnia pewien amerykański architekt i agent nieruchomości postanowił sobie, że spełni swoje marzenie z młodości o karierze w branży filmowej. Zawziął się i w wieku czterdziestu siedmiu lat zrealizował swój pierwszy pełnometrażowy film – pisze Łukasz Stefaniak, jeden z naszych czytelników, który postanowił pochylić się nad szkoleniowymi specjalizacjami.

Stworzył ich w życiu kilka – wszystkie tak złe, że zyskały już dawno status kultowych. W wielu rankingach nasz bohater Neil Breen zajmuje pierwsze miejsce w kategorii najgorszy reżyser w historii kina. W 2012 roku powstało dzieło będące “szczytem osiągnięć” w jego dotychczasowej filmografii, czyli “Fateful Findings”. Odpowiadał on w nim za reżyserię, scenariusz, montaż, oświetlenie, scenografię, produkcję, a także spełniał funkcję gościa dowożącego żarcie aktorom (siebie obsadził oczywiście w głównej roli). Ma się rozumieć, w żadnej z tych profesji nie był wybitnym specjalistą, co sprawia, że film jest beznadziejnie zagrany, cała historia nie trzyma się kupy a scenografia i efekty specjalne wywołują uśmiech politowania.

W mieście X funkcjonuje sobie trener Igrekowski. Poniedziałkowe, środowe i piątkowe popołudnia spędza na prowadzeniu zajęć z młodzikami w największym klubie w swoim mieście, czasem też bierze zastępstwo za mającego akurat ciężki okres w pracy, kolegę i po swoim treningu ogarnia jego grupę trampkarzy. We wtorki i czwartki natomiast udziela się w prywatnej akademii, wymyślając kolejne odmiany berków na zajęcia z sześciolatkami. Dwa albo trzy razy w tygodniu jedzie do oddalonej o dwadzieścia kilometrów pipidówy, by tam późnym wieczorem szlifować taktykę na weekendowy mecz swoich podopiecznych w A-klasie. Podobnie jak Breen w swojej branży, tak Igrekowski w swojej, w żadnej wąskiej specjalizacji nie jest fachowcem. Oboje są jak ten Pan Złota Rączka zatrudniony w ośrodku wypoczynkowym: wezwany pilnie do domku nr 4, gdzie zepsuła się akurat spłuczka w kiblu, popatrzy, podrapie się po brodzie, tam stuknie, tu puknie. I co, działa? Działa! Jednak kwestią czasu jest, kiedy znowu przestanie.

Neil Breen, gdyby schował swoje ogromne ego do kieszeni, mógł znaleźć swoje miejsce w przemyśle filmowym, nie narażając się przy tym na śmieszność. Przykładowo – skupiłby się tylko na pisaniu scenariuszy. Wieczorami, po całodziennym użeraniu się z klientami w branży nieruchomości, uczęszczałby na kurs kreatywnego pisania, a po jakimś czasie, któryś z pisanych po nocach skryptów przeszedłby pozytywnie weryfikację i zostałby wykorzystany w jakiejś sensownej produkcji. Może wpadłoby też dodatkowych parę dolców. A on sam, choć pozostający w cieniu, mógłby zyskać miano cenionego scenarzysty.

Na tę alternatywną historię Breena nałóżcie sobie teraz obraz trenera Igrekowskiego. Co by było, gdyby któregoś dnia obudził się i postanowił, że już dosyć tej fuszerki? I nie chodzi wcale o to, że już – oklepany frazes – “nie będzie biegał z treningu na trening”. A biegaj sobie, bylebyś był przynajmniej pół godziny przed zajęciami na miejscu i miał te zajęcia dobrze zaplanowane. W tej materii nie ma sobie nic do zarzucenia. Ale wyobraźmy sobie, że podejmuje decyzję, iż począwszy od nowego sezonu, przez następne lata będzie skupiał się w swojej pracy trenerskiej tylko na kategorii Żak, ewentualnie jeszcze Orlik. Ogólnie rzecz biorąc będzie zgłębiał tajniki szkolenia dzieci w wieku 8-11 lat. Porozmawia z koordynatorem w klubie o swojej ścieżce rozwoju i gdy wszystko ułoży się po jego myśli, dostanie wiodącą grupę Żaków i będzie asystentem w grupie Orlików. Po dwóch latach przekaże dalej te zespoły i zacznie pracę z kolejnym rocznikiem w tej kategorii. W komercyjnej akademii natomiast będzie prowadził rekreacyjną grupę, oczywiście w przedziale wiekowym będącym jego nową specjalizacją. Roczny makrocykl treningowy dla drużyny seniorów schowa głęboko do szuflady – przez najbliższe lata nie będzie mu do niczego potrzebny, bo odpuścił sobie plan podbicia A-klasy i po sezonie kończy pracę z ekipą dorosłych gości, przebierających się od czasu do czasu za piłkarzy. Idealny świat.

Lądujemy z powrotem na ziemi i wracamy do rzeczywistości.

Przenieśmy się teraz tam, gdzie cała ta droga się zaczyna. Duszna, nieduża salka, przygaszone światło, włączony rzutnik – właśnie dobiega końca ostatni wykład w ramach pierwszego dnia kursu UEFA C. Wśród ziewających i spoglądających dyskretnie na zegarek słuchaczy znajdują się osoby w różnym wieku, z różnym stażem zawodniczym i motywacjami. Trafi się zapewne prezes jakiegoś klubiku, w którym grający trener nie ma licencji; nauczyciel wuefu, który chce sobie dorobić do pensji w jakiejś rekreacyjnej grupie; wieloletni trener młodzieży, który musi szybko nadrobić braki w papierach, bo akademia zgłosiła się do programu certyfikacji; rodzic, który w ramach wolontariatu będzie pomagał prowadzić trenerowi zajęcia, w grupie swojego syna (albo chce zweryfikować wiedzę trenera i udowodnić mu, że się nie zna). Ale to tylko rodzynki. 90% uczestników kursu widzi siebie oczami wyobraźni na ławce trenerskiej w reprezentacji, w Lidze Mistrzów, w Ekstraklasie. Ewentualnie w akademiach Legii lub Lecha. I wszystko w porządku, każdy z nas na pewno to przerabiał – za dzieciaka marzyliśmy o strzeleniu gola w finale mistrzostw świata, a w pewnym momencie przygody z trenerką o tym, że gazety będą pisać o naszej wirtuozerii taktycznej. Pytanie tylko, czy nadal bujamy w obłokach, czy określamy sobie realne cele.

Nie oszukujmy się, wybitne postaci zaczynały swoją drogę do sukcesu bardzo wcześnie i wykazywały się od razu dużą determinacją, by swoje zamierzenia osiągnąć. Sławni pisarze często w wieku dziesięciu lat zapełniali swoje kajety dziecinnymi opowieściami. Aktorzy czy piosenkarze z topu wygrywali młodzieżowe konkursy, festiwale i byli wypychani przez rodziców na niezliczone castingi i prywatne lekcje śpiewu. Pomyślcie o pianistach lub tenisistach. Ale co z trenerami? Powiecie, że Klopp nie analizował przecież w kołysce systemu 1-4-3-3. No to przypomnijcie sobie historię Jose Mourinho, który robił dla ojca trenera analizę przeciwników w wieku dwunastu lat. Kolejny Portugalczyk, Andre Villas-Boas, i jego znana historia z Bobby Robsonem, która miała początek w podobnym do Mourinho wieku. A cała rzesza uznanych trenerów, mających za sobą owocną karierę piłkarską, uczyła się i wyciągała wnioski z codziennej pracy z bardziej lub mniej utalentowanymi trenerami, skrzętnie wszystko notując i zasypując pytaniami sztab szkoleniowy oraz obcowała w szatni z kalejdoskopem gwiazd. Poza wszystkim oczywistym jest, że znane nazwisko szerzej otwiera drzwi do wymarzonej posady. Więc jeśli zakiełkowała ci w głowie myśl, że krok po kroku dojdziesz na najwyższy poziom lub chociaż na szczebel centralny, to uświadom sobie, że masz bardzo małe szanse. Jakieś 1%.

Zjeżdżamy Europę wzdłuż i wszerz, szukając inspiracji na stażach lub przynajmniej z wypiekami na twarzy czytamy relacje tych szczęśliwców, którym dane było zajrzeć za zasłonki topowym akademiom. Często w tych relacjach pojawia się obraz przykładowego Miguela lub innego George’a, który nieprzerwanie od dziesięciu, piętnastu, bywa, że czterdziestu lat, pracuje w danej akademii. Wykonuje przy tym robotę na swoim wąskim odcinku, tj. danego etapu szkolenia. W naszych realiach rzadka sytuacja. Prowadzimy nasze grupy dziecięce czy młodzieżowe w przekonaniu, że jesteśmy tu tylko na chwilę, że to tylko pewien etap w drodze do… no właśnie, gdzie? Szukamy ciągle możliwości, by wskoczyć wyżej, pół roku tu, jeden rok tam, trzy lata jeszcze gdzie indziej, a jednak sowite oferty nie napływają. A my odbębniamy te treningi, myślami będąc gdzie indziej.

“Ja tam pracuję od 1995 roku u siebie i jest mi dobrze. Nigdzie się nie wybieram” – stwierdza właśnie jeden z doświadczonych trenerów, czytając moje wypociny. Pytanie, czy rzeczywiście może być spokojny o to, że robi wszystko dobrze, bo nie tylko o samo ustabilizowanie się w danym miejscu pracy się rozchodzi. Powiedzmy, że przez te 25 lat pracy prowadził w swym klubie trzy roczniki. Średnio jeden rocznik około ośmiu lat. Na pewno przez cały okres pracy z każdą z grup popełnił jakieś błędy, czego jest świadom, ale też wiele rzeczy zrobił dobrze, z czego też doskonale zdaje sobie sprawę. Jednak na wprowadzenie w życie swoich refleksji i korekt w swoim trenerskim warsztacie na danym etapie szkolenia, musi czekać parę lat. Przykładowo: zaczyna pracę z rocznikiem 2000 od etapu U-8. Z rocznikiem pracuje kolejne osiem sezonów. Następnie przejmuje rocznik 2009 na tej samej zasadzie. Tak więc ma okazję ponownie pracować z ośmiolatkami dopiero po ośmiu latach od zakończenia etapu z poprzednim rocznikiem. A przecież piłka się zmienia, trendy w treningu ewoluują i co najbardziej istotne – kolejne pokolenia dzieciaków są zupełnie inne od poprzednich. Pracując z każdym rocznikiem przez dwa lata, tylko na odcinku Żak, “przerobiłby” przez ten czas dwanaście grup, na bieżąco korygując i udoskonalając swe treningowe metody.

Są też inne zagrożenia mogące pojawić się podczas prowadzenia zawodnika przez tego samego trenera w dłuższym okresie czasu. Pracując z piłkarzami, czy to są dzieciaki, czy seniorzy, mamy swoje sympatie i antypatie – ten mi parę razy podpadł, a tamten wygrał drużynie parę meczów w pojedynkę. Niebywale trudno taki osąd o kimś jest zmienić, co może wpłynąć na to, że ocena postępów futbolowego adepta jest nie do końca obiektywna. Inna sprawa, że nawet pomijając kwestie posiadania w drużynie swoich ulubieńców, najzwyczajniej w świecie dodatkowo para oczu może dostrzec coś więcej. Kolejny trener, który przejmie proces szkolenia zawodnika na następnym etapie, być może będzie w stanie wyłapać jakiś niuans, który do tej pory umknął poprzednim szkoleniowcom, a także da mu nowy impuls, inne bodźce, które sprawią, że zawodnik ów wyjdzie ze swojej strefy komfortu. Zupełnie odrębną kwestią jest to, że w zawodzie trenera, podobnie jak w innych profesjach, pracują jednostki wybitne, jak i bardzo słabe. Posyłając dziecko do klubu, gdzie występuje model pracy, w którym jeden trener prowadzi rocznik przez większą część procesu szkolenia, rodzice ryzykują, że przez parę lat ich pociecha może być prowadzona przez nie do końca kompetentnego szkoleniowca. W klubie natomiast, w którym panuje inna filozofia, takie ryzyko można zminimalizować. Zakładając, że mniej więcej co dwa lata zawodnik ma innego trenera (niemniej metodologia szkolenia w tym klubie musi być oczywiście spójna), to nawet gdy natknie się na swojej sportowej drodze na jednego czy dwóch gorszych trenerów, zapewne spotka też na tej ścieżce czterech albo pięciu dobrych.

Świadomy trener nie próbuje być futbolowym omnibusem. Michel de Montaigne powiedział, że “człowiek mądry widzi tylko tyle, ile powinien, a nie wszystko, co może zobaczyć”. Tak więc poświęcając się pracy tylko i wyłącznie ze Skrzatami, nie będę dogłębnie analizował na trenerskim blogu artykułu o tym, jak Julian Naglesmann swoją maestrią taktyczną przechytrzył Lucienn’a Favre’a. Trenując z kolei Juniora Starszego, nie będę, przebywając na tygodniowym stażu, nagrywał i skrzętnie opisywał w notesie treningów Bambini. Wreszcie, będąc trenerem przygotowania motorycznego, nie muszę znać i umieć wykonać wszystkich zwodów i trików piłkarskich. Oczywiście podstawową wiedzę ze wszystkich tych dziedzin trzeba mieć i raz na jakiś czas ją odświeżać, a także śledzić na bieżąco futbol na najwyższym poziomie i wyłapywać nowe trendy, szukając tam inspiracji, niemniej nasi podopieczni odniosą więcej korzyści, mając trenera wykształconego i wybitnego w jednym obszarze, a nie średniego, we wszystkich po trochu.

Przyjmijmy, że mamy już trenera, który ma jasno określone preferencje, co do swojego udziału i miejsca w piramidzie szkolenia. Jest on sfokusowany na pracę z seniorami. Nie bierze pod uwagę licznych ofert zatrudnienia w akademii, ponieważ nie ma cierpliwości do pracy dziećmi. W końcu pojawia się propozycja z niższej ligi. Miejsce pracy wydaje się na ten moment całkiem w porządku – nie za daleko od domu, do tego boisko w dobrym stanie i paru niezłych grajków w kadrze. W pewnym momencie dochodzi oczywiście do rozmowy o pieniądzach:

– U nas możesz dostać tego tysiaka – oznajmia prezes.
– No nie wiem, czy mi się to będzie kalkulowało – odpowiada trener, spoglądając badawczo na swojego rozmówcę.
– Słuchaj, dostaniesz jeszcze grupę Żaków, to dołożymy ci sześć stówek. Dwa razy w tygodniu trening.
– Świetnie, to by mi odpowiadało.

Mało jest takich historii rekrutacji trenerów grup młodzieżowych? Sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy facet będzie wykazywał takie samo zaangażowanie w pracę z dzieciakami jak w pracę z seniorami.

Pomijając już te wszystkie niedomagania związane bezpośrednio ze świadomością trenerów, jeden warunek jest absolutnie konieczny do zachowania ciągłości szkolenia i czerpania garściami z przebytych doświadczeń. Tym niezbędnym składnikiem jest trwałość danego projektu. Przy zmieniających się co dwa lub trzy sezony szefach akademii, ciężko jest o stabilizację i ewaluację przyjętej koncepcji. Pół biedy, jeżeli nowy szef nie wywraca wszystkiego na dzień dobry do góry nogami, a jest kontynuatorem dotychczasowej filozofii przyjętej w danej “fabryce” produkującej przyszłych piłkarzy. Niestety w naszych realiach jest dokładnie na odwrót. Kolejne rewolucje w akademiach wiążą się najczęściej z wymianą większości kadry szkoleniowej. W takim wypadu trener, mimo najlepszych chęci, jest często pozbawiony możliwości oddania się w pełni systematycznej pracy z daną kategorią wiekową, w oparciu o konkretny plan szkolenia w określonym podmiocie.

Jakiś czas temu trener Paweł Grycmann apelował w “Jak Uczyć Futbolu”: bądźmy specjalistami w danych dziedzinach, szukajmy takich osób. Trudno się z tym nie zgodzić, szczególnie patrząc na zagraniczne akademie, mogące poszczycić się znamienitymi wychowankami. Trener akademii Genk (miejsca, z którego wypłynął na szerokie wody Kevin De Bruyne), przy okazji wywiadu udzielanego podczas turnieju w Polsce, wyjaśniał, że swoją obecną drużynę będzie prowadził tylko przez jeden sezon, za rok dostanie kolejny rocznik na tym samym etapie. I tak to działa, jakoś się kręci, jak widać.

U nas nadal zbyt duże ego trenerów (mam mega mocny rocznik, na pewno ich nie oddam) w mniejszych ośrodkach oraz często brak konsekwencji osób decyzyjnych w tych większych, utrudnia wprowadzenie takiego modelu. Oczywiste jest, że będąc na początku przygody z trenerką, powinniśmy spróbować pracy na różnych poziomach, choćby po to, by przekonać się, w czym będziemy czuć się dobrze, a co nie jest nam pisane. Niezaprzeczalnie też, w wielu przypadkach praca na najwyższym poziomie poprzedzona jest mozolną wspinaczką po kolejnych szczeblach zawodowej drabiny, którą zaczynamy często od szkolenia najmłodszych adeptów.

ŁUKASZ STEFANIAK