Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Ireneusz Kościelniak

Ireneusz Kościelniak przez ponad 16 lat gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym w kraju zdobył trzy Puchary oraz dwa Superpuchary Polski. Dzisiaj jest trenerem z licencją UEFA PRO, który latem był przez chwilę w Miedzi Legnica, ale nie udało mu się z tym zespołem wywalczyć awansu. Jak wspomina swoje początki z piłką? Jaki mecz zapamięta do końca życia? Od kogo mógł się nauczyć najwięcej?

Jak rozpoczęła się pana przygoda z piłką?

– Lata wczesnego dzieciństwa to osiedle, dzielnica bloków i trzepak. Musieliśmy się wykazywać sprytem i kreatywnością, żeby pograć w piłkę. Zawsze mieliśmy z tym problem, bo boiska od rana do wieczora były zajęte przez starszych chłopaków – nam zostawały skrawki lub granie pod balkonami. Starsze panie regularnie nas stamtąd przeganiały, krzycząc i oblewając nas gorącą wodą z okna. Pasja do piłki była silniejsza od wszystkiego. Rodzice bardzo szybko zorientowali się, że mam smykałkę do gry, więc tata zaprowadził mnie na pierwsze treningi do GKS-u Katowice.

Ile miał pan lat, gdy poszedł pan na pierwszy trening?

– Poważniejsze granie zacząłem w wieku 8 lat. Wtedy zapisywano dzieci do klubów dopiero od 10. roku życia, jednak ja wyróżniałem się na tle rówieśników i mogłem grać ze starszą drużyną. Miałem bardzo blisko na treningi, bo od klatki do boiska było raptem 600 metrów. Co ciekawe, pierwsze treningi, które odbyłem, prowadził… gospodarz klubu. Takie to były czasy.

Jakimi warunki dysponował wówczas GKS Katowice?

– Delikatnie mówiąc – średnimi. Do dyspozycji mieliśmy dwa boiska, z czego po jednym żwirowym do dzisiaj mam na kolanie “tatuaż” (śmiech), a druga murawa była ziemista, bez ani jednego źdźbła trawy i nie różniła się niczym od betonu. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, liczyło się tylko to, że jestem już zawodnikiem GKS-u.

Od początku występował pan w obronie?

– Początkowo byłem bramkostrzelnym pomocnikiem, ale z czasem trenerzy przesunęli mnie na pozycję bocznego defensora, żeby ostatecznie zostać środkowym obrońcą.

Czym się pan wyróżniał na boisku w dzieciństwie?

– Głównie szybkością oraz wytrzymałością – te cechy odziedziczyłem po tacie. Wyróżniałem się również dobrym wyszkoleniem technicznym. Spędzałem z piłką minimum pięć godzin dziennie, więc chcąc nie chcąc człowiek czegoś się nauczył.

Ktoś w pana rodzinie był związany ze sportem?

– Zawodowo nikt, ale tata był zagorzałym kajakarzem górskim. Urodził się w Nowym Sączu i tam na Dunajcu naprawdę ciężko trenował. Szczerze mówiąc, to była prawdziwa pasja, ponieważ wstawał o piątej rano, szedł na trening, a nikt mu za to nie płacił i nigdy na nic nie narzekał.

Kto był pana piłkarskim idolem?

– Wychowałem się przy stadionie GKS-u, więc chodziłem na wszystkie mecze katowiczan. Moim idolem był naturalnie Jan Furtok.

Ma pan jeden taki mecz, który szczególnie zapadł panu w pamięć?

– Oczywiście! Będąc młodym chłopakiem, miałem okazję podawać piłki na spotkaniach przy ul. Bukowej. Mecz, który zapamiętam do końca życia, to finał Pucharu Polski z 1986 roku, który odbył się na Stadionie Śląskim. Miałem wtedy 12 lat, na trybunach zasiadło ok. 55 tys. kibiców i na własne oczy widziałem, jak faworyzowany Górnik przegrał z moim GKS-em. Jan Furtok strzelił wówczas hat-tricka i skradł serca kibiców z całej Polski. No, może poza tymi z Zabrza (śmiech).

Pamięta pan swoją pierwszą piłkarską koszulkę?

– Tak, była o jakieś cztery rozmiary za duża, ale wtedy nie miało to żadnego znaczenia. Natomiast, szczególnie cenię sobie moją pierwszą koszulkę z “orzełkiem” – otrzymałem od śp. Janusza Wójcika powołanie na konsultację reprezentacji Polski i mam ją do dzisiaj ładnie złożoną i schowaną w szafie. Kiedyś pokażę ją moim wnukom.

Uprawiał pan także inne dyscypliny sportowe poza piłką nożną?

– Mieszkałem blisko hali GKS-u, która miała dobrze rozwijającą się sekcję zapasów. Z tego, co mówił mi trener, byłem bardzo dobrze zapowiadającym się zapaśnikiem, ale wybrałem piłkę.

Jakie miał pan marzenie związane z futbolem? Zagrać w pierwszej drużynie GieKSy? Zadebiutować w kadrze?

– Jak każdy młody chłopak, wychowujący się kilkaset metrów od stadionu piłkarskiego, marzyłem o tym, żeby kiedyś zagrać w barwach ukochanego klubu. Nawet kilka minut, ale dostać tę szansę. To marzenie się spełniło, zadebiutowałem w Ekstraklasie z Zagłębiem Lubin, a w mojej drużynie grali zawodnicy, którzy wcześniej byli moimi idolami. Potem zmieniłem klub, konkurencja w Katowicach była bardzo duża, więc musiałem zrobić “krok w tył, żeby potem zrobić dwa w przód”. To przyniosło zamierzony efekt, ponieważ przez następne kilkanaście lat grałem w Ekstraklasie.

Szkoła i oceny były dla pana ważne?

– Najważniejsza była piłka nożna i wszystko było pod nią dostosowane – nawet szkoła. Mieliśmy jednak bardzo dobrego trenera, który zadbał o to, żeby nauka nie zeszła kompletnie na dalszy plan. Każdy zawodnik z potencjałem trafiał do Technikum Górniczego w Chorzowie, w którym mieliśmy indywidualny tok nauczania. Wszyscy zdaliśmy maturę i większość z nas wybrała się później na studia – w moim przypadku była to Akademia Wychowania Fizycznego w Katowicach.

Braliście udział w tamtym czasie w różnych turniejach młodzieżowych czy to jeszcze za wcześnie? 

– Tak, braliśmy już wtedy udział w różnych turniejach. Dobrze pamiętam wyjazd do Francji w 1987 roku. Nasz trener w tym czasie miał koncentrować się przede wszystkim na wyniku, nikogo nie obchodziło, w jakim stylu zdobyliśmy brązowe medale – ważne, że był sukces. Wielka szkoda, bo to właśnie styl na etapie rozwoju młodych zawodników jest najważniejszy. Już wtedy w niektórych drużynach było widać, że są kilka kroków przed nami – doskonaliły grę w każdej formacji, budowały grę od obrony z wykorzystaniem bramkarza. Oczywiście, chłopcy popełniali błędy, ale dzięki nim sporo się uczyli. Nasza taktyka opierała się głównie na długiej piłce, trener naciskał, żeby wyeliminować wszystkie straty na własnej połowie do minimum. To było skuteczne, ale nie sprawiało, że stawaliśmy się lepszymi piłkarzami. Z tego zespołu tylko ja i Piotr Mosór dotarliśmy do profesjonalnej piłki, reszcie chłopaków czegoś brakowało. Dzisiaj już wiem czego.

Miał pan kiedyś styczność z Turniejem “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Słyszałem bardzo dużo pochlebnych recenzji na temat tego Turnieju, ale osobiście nie miałem z nim bezpośredniej styczności. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa, która pozwala na obserwację najbardziej utalentowanych dzieciaków z całego kraju i to nie tylko tych z wielkich miast.

Ma pan jednego trenera z czasów początków kariery, któremu zawdzięcza pan najwięcej?

– Takim trenerem jest Marek Mandla, który prowadził mnie w trampkarzach i juniorach. Do dzisiaj utrzymujemy kontakt. To szkoleniowiec z ogromną pasją, bardzo zaangażowany w to, co robi. Miałem szczęście, że trafiłem właśnie pod jego skrzydła. W późniejszej przygodzie z piłką dobrze wspominam trenera Stefana Majewskiego, z którym miałem możliwość współpracować w Amice Wronki. Był ogromnym profesjonalistą w każdym aspekcie.

Jak pan wspomina swoje początki z piłką seniorską? Było przebieranie się w innej szatni i mówienie “dzień dobry” starszym kolegom?

– Młodemu chłopakowi nie było łatwo wejść do seniorskiej szatni. Miałem wtedy 17 czy 18 lat i przypomnę, że nie było przepisu o młodzieżowcach, więc musiałeś po prostu być bardzo dobry, żeby się tam znaleźć. Starsi koledzy, którym nie tak dawno mówiłem “dzień dobry”, widząc moje ogromne zaangażowane, dyscyplinę, a także to, że znałem swoje miejsce w szeregu, bardzo szybko przekonali się do mnie.

Miał pan “plan B” na siebie, gdyby nie udało się w piłce?

– Zawsze trzeba mieć jakąś opcję awaryjną, ale nie myślałem wówczas o tym. Skupiałem się wyłącznie na piłce i byłem przekonany o tym, że mi się uda. Myślę, że wykształcenie i wszystko to, co w sporcie młody człowiek doświadcza, jest dobrym fundamentem do dalszego życia i osiągania sukcesów w innych branżach, np. w biznesie. Obecnie prowadzą własną działalność gospodarczą oraz jestem prezesem w dwóch spółkach.

Już jako piłkarz myślał pan o tym, żeby w przyszłości zająć się trenerką?

– Tak, ale dopiero pod koniec przygody z piłką. Coraz bardziej dochodziło do mnie, że nadchodzi dzień, w którym będę musiał zawiesić buty na kołku. Ta świadomość zrobiła swoje i zacząłem mocniej myśleć o tym, co zrobić po zakończeniu kariery piłkarza. Taki mały fundament już był, gdyż za trenera Jacka Zielińskiego byłem kapitanem zespołu. Na pewno mogłem zobaczyć i uczyć się tego, jak łączyć relację “szatni” ze sztabem szkoleniowym.

Jest pan zadowolony ze swojej piłkarskiej kariery?

– Tak, jestem osobą, która twardo stąpa po ziemi. Przez prawie 17 lat na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce zdobyłem trzy Puchary Polski i dwa Superpuchary, miałem okazję mierzyć się w europejskich pucharach, a także być powołanym do reprezentacji. Był to dla mnie ogromny zaszczyt i duma. Oczywiście, nie jestem minimalistą i zawsze dążę do tego, by stawiać sobie poprzeczkę coraz wyżej, ale nie oszukujmy się – zawsze gdzieś jest też granica możliwości. Myślę, że wykorzystałem swoją szansę.

Jakie sobie pan stawia cele jako trener?

– Chciałbym jako trener przeżyć podobną przygodą do tej, jaką miałem jako zawodowy piłkarz, więc krok po kroku zmierzam do pracy na najwyższym poziomie. Pracowałem już na poziomie centralnym z GKS-em Katowice, Polonią Bytom czy z Miedzią Legnica. Mogłem również zbierać doświadczenie w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Jestem gotowy na nowe wyzwania.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Odwiedziliśmy też szkółkę Ireneusza Kościelniaka – Lukam Skoczów. Za jakiś czas na łamach naszego portalu będziecie mogli przeczytać reportaż z miejsca, które staje się na Śląsku coraz poważniejszym “graczem”.

Fot. Newspix