Wywiady

“Haaland był pod wrażeniem gry mojego zespołu” – Maciej Tarnogrodzki

Maciej Tarnogrodzki, po latach spędzonych za granicą, wrócił do Polski i został nowym dyrektorem sportowym Escoli Varsovia. Kim jest? Co udało mu się osiągnąć? Czy w Irlandii ma uznane nazwisko? W jaki sposób chce rozwijać warszawską szkółkę? Czy ma wspólną wizję szkolenia z prezesem Wiesławem Wilczyńskim?

Sam był pan kiedyś piłkarzem i swoją przygodę z futbolem rozpoczął w Lechu Poznań, tak?

– Jestem z Gniezna i tam zaczynałem grać w trampkarzach. Później, jak miałem 15 lat, wyjechaliśmy z mamą i bratem do Włoch. Mieszkaliśmy pod Rzymem i tam też trenowałem. Miałem nawet epizod z juniorami AS Roma. Tam spędziliśmy półtora roku i później, jak wróciliśmy do kraju, to występowałem w juniorach Lecha Poznań. Chodziłem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Poznaniu, tam grałem przez dwa lata, a później przeszedłem do Sokoła Pniewy, gdzie grałem przez półtora roku. Później było tak, że doznałem poważnej kontuzji, poszła mi łąkotka i tak się zaczęła moja zła seria między 18. a 22. rokiem życia.

W kluczowym dla zawodnika okresie. 

– Tak, przez praktycznie trzy lata byłem wyłączony z uprawiania sportu. Gdy wróciłem, miałem ciężki wypadek, w którym straciłem śledzionę. W wieku 23 lat wróciłem do gry w piłkę, ale to już nie było to samo i wyjechałem rok później do Irlandii. Pojechałem, spodobało mi się, chciałem coś zmienić. W tym samym czasie zacząłem studiować prawo, żeby mieć drugą furtkę, bo w piłce ze względu na liczne urazy – nie wychodziło.

Dlaczego zakochał się pan w Irlandii? Co pana tak urzekło?

– Nie wiem czemu, ale ciągnęło mnie jako młodego chłopaka za granicę – chciałem poznawać świat. Mój tata przez wiele lat był marynarzem i zawsze fascynowały mnie jego historie czy wizytówki, które przywoził. Będąc młodym chłopakiem, taki wyjazd może rozwinąć człowieka. Spodobała mi się ta Irlandia. Wtedy byli we wzroście ekonomicznym, dosyć dobrze to wszystko tam wyglądało i zostałem na stałe. Irlandię będę zawsze wspominał bardzo dobrze.

Wtedy było już tam dużo Polaków?

– Wtedy jeszcze nie, to zaczęło się dziać dopiero po dołączeniu do Unii Europejskiej – w 2004 roku. Ja wyjechałem w 2000 roku. Wówczas potrzebowałem jeszcze różne pozwolenia, ale nie było z tym większego problemu.

Tam grał pan jeszcze na profesjonalnym poziomie?

– Owszem. Jak przyjechałem, trenowałem na początku w Premier Division w Bray Wanderers – z tym klubem byłem też później długo związany jako szkoleniowiec. Teraz piłka w Irlandii wygląda inaczej niż dwadzieścia lat temu. Niektóre kluby były profesjonalne, a inne półprofesjonalne, co było trochę dziwne, bo wielu zawodników potrafiło być bardzo dobrych, wcześniej grali nawet w angielskiej Premier League, ale zdecydowali się wrócić do Irlandii. Jeżeli chodzi o ich sposób gry, to królowała piłka wyspiarska, fizyczna. Teraz się już sporo zmieniło. Miałem zadebiutować w najwyższej lidze, byłem tam tylko trzy miesiące, podpisałem z nimi kontrakt, ale nie mogłem zagrać z powodu braku pozwolenia z Polski. Sokół Pniewy podobno chciał jakieś większe pieniądze, a przecież kluby tutaj nie miały większych budżetów – wszystko działało wtedy raczej na zasadach wolnego transferu czy za jakimiś drobnymi opłatami. Potem to trochę siadło, bo nie mogłem grać przez pół roku, potem już rok. Zacząłem pracować, a później grałem w piłkę już tylko na niższym szczeblu.

Jak został pan trenerem?

– Grałem w piłkę do 32. roku życia, cały czas trenowałem i pomyślałem, że muszę zostać przy futbolu, więc rozpocząłem kursy trenerskie. Zrobiłem praktycznie wszystkie, teraz, jak o tym myślę, to nawet nie musiałem robić tych najprostszych. Byłem na jednym kursie, UEFA C lub D, i dostałem chyba z cztery czy pięć ofert od osób, którzy razem ze mną kończyli ten kurs. Objąłem zespół U-15 w Shelbourne, to była moja pierwsza praca. Było to w 2008 roku. Później trenowałem drużyny do lat 17 i 20. W Shelbourne spędziłem łącznie trzy lata – tak wyglądały moje początki.

To była praca, z której można było się utrzymać?

– Nie. Na poziomie U14-U15 dostawało się raczej pieniądze na drobne wydatki. Takie kieszonkowe. Pierwsze lata to była inwestycja w siebie. Trenowałem dosyć dobrych chłopaków – zawsze pracowałem na najwyższym poziomie w Irlandii. Szczerze mówiąc, to przez cały okres mojej pracy w Irlandii prowadziłem około 30 młodzieżowych reprezentantów kraju i 50 zawodników, którzy później zadebiutowali na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

Jak ogląda pan mecz ligi irlandzkiej, to tylko: tego prowadziłem, ten u nas trenował…

– Prawie w każdym meczu jest ktoś, kogo wcześniej prowadziłem. Uzbierało się tego trochę, to największa satysfakcja. Dla każdego trenera. Nie pieniądze, nie wyniki, a właśnie to, że naszym podopiecznym się udało. Na 20 drużyn w dwóch najwyższych dywizjach, w 16 zespołach są zawodnicy, których trenowałem. W Dundalk oraz Shamrock Rovers, czyli najlepszych klubach w kraju, gra po 2-3 zawodników, a w niektórych drużynach z II ligi zdarza się, że występuje nawet po sześciu moich byłych piłkarzy.

Kto jest pana taką największą perełką?

– Wielu chłopaków jest jeszcze młodych. Dopiero zaczynają swoje poważne kariery i z pewnością ktoś z nich wypłynie. Takim zawodnikiem, którego prowadziłem ponad dwa lata, jest Neil Farrugia. Jest Irlandczykiem, ale jego ojciec pochodzi z Francji. Miały już oferty z Leeds, QPR czy Middlesbrough, ale odmówił. Pochodzi z akademickiej rodziny i chciał ukończyć studia. Trenowałem go w University College Dublin. Jest to największy profesjonalny klub w kraju, który jest jednocześnie collegem. To tak samo, jakby AZS Warszawa grał w Ekstraklasie. Praktycznie sami studenci, najbardziej utalentowani sportowcy w Irlandii, którzy dostają stypendia i wszyscy rano studiują, a popołudniu trenują futbol. Neil gra obecnie w najlepszej drużynie w Irlandii, w Shamrock Rovers, ale wydaje mi się, że zimą lub latem odejdzie do lepszego klubu w Anglii. Jest też wielu innych, którzy moim zdaniem niedługo wyjadą do Anglii.

W Irlandii ma pan dobrą opinię? Ludzie ze środowiska wiedzą, że Maciej Tarnogrodzki dobrze szkoli?

– Ciężko jest o sobie mówić, trzeba by się spytać innych, ale wydaje mi się, że wyrobiłem o sobie dobrą opinię na przestrzeni tych wszystkich lat. Z tego, co słyszałem, to byłem pierwszym obcokrajowcem z Europy, który prowadził zespoły seniorskie drużyn z najwyższego szczebla rozgrywkowego, a udało mi się to, przechodząc przez wszystkie szczeble piłki juniorskiej. Wydaje mi się, że miałem respekt wśród trenerów – wiedzieli, w jaki sposób gram, a grałem zupełnie inaczej niż jest to przyjęte w Irlandii. Byli często zdziwieni, że wychodzę z systemu. Niektórych to trochę drażniło, że robiłem coś innego, ale wydaje mi się, że irlandzcy piłkarze, których prowadziłem, bardzo lubili taki styl – każdy zawodnik chce mieć piłkę przy nodze, a do tego wyniki były całkiem dobre. Gdy prowadziłem drużynę do lat 19 w University College Dublin, to graliśmy dobrą piłkę – w dwa sezony przegraliśmy cztery spotkania. Występowaliśmy również w UEFA Youth League, trafiliśmy na dość silne norweskie Molde. To było zaledwie trzy lata temu. Na mecz rewanżowy zszedł z pierwszej drużyny Erling Haaland. W pierwszym meczu wygraliśmy 2:1, a na wyjeździe przegraliśmy po rzutach karnych, remisując w dwumeczu 3:3. Haaland był niesamowity w tym spotkaniu, chwilę później strzelał już gole w Salzburgu w seniorskiej Lidze Mistrzów. Po meczu nawet podszedł do mnie i powiedział, że graliśmy super piłkę i był pod wrażeniem naszej gry – bardzo sympatyczny chłopak i jeszcze lepszy piłkarz. My mieliśmy dobry skład, ale oni mieli ośmiu młodzieżowych reprezentantów Norwegii oraz Erlinga. Często moje drużyny grają piłkę z rozegraniem od tyłu, w Irlandii prawie nikt tak nie robi. Nie jestem też takim trenerem, który wali głową w mur. Lubię być elastyczny – w 80% sytuacji staram się grać w określony sposób, według pewnego modelu gry, ale jak coś trzeba zmienić, to zmieniam, aby pomóc drużynie.

Na kim się pan wzoruje?

– Jestem pasjonatem piłki. Poza rodziną, myślę bardzo dużo o piłce nożnej. Na pewno wzoruję się w jakimś stopniu na Guardioli. Lubię Marcelo Bielsę, dużo jego treningów robiłem, ale nie jestem w pełni przekonany do jego sposoby treningów. Czasem biorę też coś z Serie A, jeżeli chodzi o defensywę. Podpatrywałem zespoły Mauricio Sarriego. Od każdego staram się coś brać.

W Irlandii spędził pan 20 lat. Nie miał pan takich myśli, żeby wcześniej wrócić do ojczyzny?

– Miałem. Chciałem coś osiągnąć w piłce, miałem również oferty z Anglii z akademii Reading i Brentford, już tam miałem trafić, tylko że patrzyłem na rodzinę, finanse. Muszę panu powiedzieć, że w angielskich akademiach nie płacą wielkich sum, a dodatkowo – życie jest bardzo drogie. Często są zatrudniani młodzi trenerzy bez większego doświadczenia. W zeszłym roku dostałem też propozycję ze Stanów Zjednoczonych. Mogłem trafić do MLS, ale zaczęła się pandemia i cały temat upadł. Do Polski wróciliśmy też z powodów rodzinnych. Musiałem to wszystko wypośrodkować, czekałem, aż zdobędę trochę więcej doświadczenia. Zaczynałem praktycznie od zera. Wierzę w taką szkołę. Wielu sławnych trenerów od razu startowało z wysokiego pułapu, ale niektórzy z nich zaczynali od piłki dziecięcej, potem trenowali w niższych ligach, a dzisiaj są na szczycie. Szkoleniowiec Atalanty Bergamo, która w poprzednim sezonie doszła do półfinału Ligi Mistrzów i błyszczała w Serie A – Gian Piero Gasperini – przez kilka lat prowadził juniorów Juventusu, a potem przejął zespół z… III ligi.

Escola sama się do pana odezwała?

– Dostałem telefon około miesiącu temu, a w kraju jestem zaledwie od dwóch. Bardzo mi się spodobał cały projekt. Mamy podobną filozofię szkolenia, co jest dla mnie dużą zaletą – to mnie w pewien sposób ujęło. Spodobała mi się pasja i przywiązanie do klubu prezesa Wilczyńskiego i to, co byli w stanie osiągnąć jako klub w tak krótkim czasie. Widzę dużo zapału, aby klub się rozwijał i wszedł na jeszcze wyższy poziom. Wydaje mi się, że jest bardzo duży potencjał, aby tego dokonać i osiągnąć jeszcze większe sukcesy.

Podczas pobytu w Irlandii śledził pan polską piłkę?

– Tak, szczególnie w ostatnich latach. Rozmawialiśmy z żoną o powrocie już od kilku lat. Życie na Zachodzie z rodziną, dziećmi, nie jest łatwe. Wtedy zacząłem się jeszcze bardziej interesować futbolem w Polsce. Śledziłem, co się dzieje, ale nie oglądałem tylu spotkań, co teraz. Obecnie oglądam sporo meczów – ostatnio kilka starć Lecha Poznań. Mój kolega, Michael Beale, jest asystentem Stevena Gerrarda w Glasgow Rangers. Pisaliśmy ze sobą i pytał się Lecha, więc oglądałem mecze, żeby przekazać kilka moich uwag.

Ale tak przeciwko Polakom…?

– Wie pan, nie pracuję dla Lecha Poznań (śmiech). Wracając do wcześniejszego pytania, oglądam nie tylko Ekstraklasę, ale też niższe ligi. Chcę mieć lepsze rozeznanie w poziomie, jaki jest w polskich ligach.

Jak pan wspomina swoje kursy trenerskie?

Byłem na stażach w bardzo dobrych klubach i na kursach z bardzo dobrymi trenerami lub byłymi sławnymi piłkarzami, ale wychodzę z założenia, że nauki trzeba szukać w różnych miejscach i od ludzi na różnych poziomach. Tak samo jest w piłce nożnej. Na kursie UEFA Pro w Irlandii Północnej było dwóch zwycięzców Ligi Mistrzów – Benny McCarthy i Harry Kewell. Był to niesamowicie ciekawy kurs, można było się dużo nauczyć. Dużo dawały wieczorne rozmowy z innymi trenerami z kursu odnośnie ich doświadczeń w pracy z wieloma trenerami, jak z Jose Mourinho czy z innymi szkoleniowcami z topu. Poza tym, co można się nauczyć podczas wykładów kursie, to bardzo dużo dają właśnie właśnie rozmowy. Na tym kursie byli również Herman Hreidarsson, który spędził w Premier League ponad 10 lat, poza tym wspomniany już Michael Baele, Christian Lattanzio – asystent Patricka Vieiry w Nicei czy Liam Rosenior, wówczas zawodnik Brighton, a teraz trener w Derby County. Na pewno bardzo dobrze wspominam ten kurs, na który muszę przyznać, że nie jest łatwo się dostać.

W Escoli Varsovia będzie pan piastował stanowisko dyrektora sportowego, ale rozumiem, że pana rola w klubie nie ograniczy się do siedzenia za biurkiem?

– Oczywiście, od początku tak ustalaliśmy. Jestem trenerem, ale mam też duże doświadczenie w biznesie, bo w Irlandii wiele lat pracowałem w Microsofcie czy w IBM, jako analityk biznesu. Na pewno będę spędzał trochę czasu też w biurze, ale moim głównym celem będzie przede wszystkim pomoc trenerom, prowadzenie zajęć – po prostu bycie na boisku.

Ma pan wspólną wizję szkolenia dzieci i młodzieży z prezesem Wilczyńskim?

– Podczas naszych wspólnych rozmów wizja była taka, żeby kontynuować to, co jest już zaczęte, czyli w młodszych rocznikach klub ma podpisaną umowę z Barcelonę, i żeby tę tożsamość kontynuować też w starszych rocznikach, a nie żeby to się rozchodziło. Chciałbym z tego zrobić spójność. Szczerze mówiąc, od kilku dni pracuję już w domu. Jestem bardzo kreatywnym trenerem i czasami było mi z tego powodu ciężko, szczególnie w Irlandii. Podoba mi się w Escoli, że jest kontynuacja pracy od kategorii wiekowych U6-U12 do wieku juniora. Z mojego doświadczenia, nie jest łatwo wpoić im tę wiedzę, gdy mają po 14-17 lat. Chciałbym, żebyśmy stawiali na kreatywność u młodych zawodników i grę ofensywną. Oczywiście, z zachowaniem równowagi. Tak naprawdę, to ważna jest codzienna praca, model gry i konsekwentne wdrażanie tych aspektów. Mówić potrafi wielu, więc nie chcę tutaj za dużo się w tym aspekcie wypowiadać, tylko skoncentrować się na pracy. Czas zweryfikuje. Myślałem również o tym, że piłka powinna ewoluować. Wydaje mi się, że w przyszłości nastąpią pewne zmiany – nie wiem dokładnie, za ile lat, ale myślę, że kiedyś nastąpią. Jeżeli wiele zespołów będzie grać piłkę często destrukcyjną, spotkania będą wyłącznie oglądać ich kibice. Sam oglądam mecze, żeby analizować przeciwnika, ale jako kibic czy fan futbolu i widzę starcie drużyn, która jedna tylko się broni, a druga też nie jest zbyt kreatywna…

Mało ludzi włącza spotkania Atletico Madryt dla przyjemności. 

– No właśnie. Trzeba się trochę tą piłką nacieszyć. Wolę się z dzieckiem pobawić, jak mam na niektóre mecze patrzeć. Piłka powinna być bardziej ofensywna. Żeby była widowiskiem, niczym koszykówka. Nie może być tak, że niektórzy się tylko bronią i zespół ma 25% posiadania piłki. Jeszcze rozumiem, jak gra drużyna z dołu tabeli z liderem, ale często klasowe drużyny z wieloma bardzo dobrymi piłkarzami grają w podobny sposób. Jako neutralny kibic nie za bardzo miałbym ochotę takie mecze oglądać. Oglądam mnóstwo meczów pod kątem analiz, ale niektóre dość trudno obejrzeć spotkanie w pełnym wymiarze czasowym.

Czego panu życzyć?

– Chciałbym sobie życzyć, żebym się dobrze wdrożył w Escolę, żeby ten projekt szedł do przodu i żebyśmy osiągnęli duży sukces jako klub. Mam pewne plany na przyszłość, ale wolę je zostawić dla siebie i skoncentrować się na teraźniejszości.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. FotoPyk