Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Łukasz Sekulski

Łukasz Sekulski w dzieciństwie nie był wyróżniającym zawodnikiem. Trenerzy często pomijali go w wyborze składu czasami nie łapał się nawet do kadry meczowej w młodzikach czy w trampkarzach. Inaczej wyglądało to już w juniorach starszych, gdy wyrósł na kluczowego gracza swojego zespołu. Jak napastnik ŁKS-u Łódź wspomina swoje początki z piłką?

Wszystko zaczęło się od Stoczniowca Płock?

– Dokładnie. Starszy brat wziął mnie za rękę i poszliśmy na trening. Miałem wówczas 7 lat. Przeszliśmy przez most i byliśmy na boisku – tak to się zaczęło.

Przez most?

– Mieszkałem bardzo blisko starego mostu w Płocku i tamtędy było najbliżej. Dlatego zacząłem grać w piłkę w Stoczniowcu, a nie w Wiśle Płock, bo było bliżej z osiedla.

Treningi w Stoczniowcu polegały na rzucaniu piłki i ciągłym graniu?

– Tak, na początku była głównie zabawa, trener rzucał nam piłkę i graliśmy – poziom był raczej amatorski. Później mieliśmy drugiego trenera w Stoczniowcu, Tomasza Śmiechowskiego, który starał się, żeby zajęcia wyglądały bardziej profesjonalnie.

A boiska?

– Bardzo słabe. Świetlane lata klubu dawno odeszły w niepamięć, wszystko było raczej stare i zaniedbane.

Od początku występował pan w ataku?

– Tak się złożyło, że całe dzieciństwo grałem między słupkami, ale w klubie wybierałem bardziej ofensywne pozycje –  jak środkowy pomocnik czy napastnik.

Czym się pan wyróżniał na boisku?

– Myślę, że byłem wolnym zawodnikiem, ale brak szybkości nadrabiałem techniką.

Czyli nogą wiązał pan krawaty?

– Aż tak, to nie (śmiech). Bazowałem bardziej na technice niż na sprycie czy szybkości.

Na kim się pan wzorował? Kto był pana piłkarskim idolem?

– Jednego idola nie miałem. Pamiętam, że jak dostawałem od rodziców jakąś piłkarską koszulkę, tata zdobył gdzieś w pracy czy na targu, to od razu “stawałem się” tym piłkarzem. Zapadła mi w pamięć koszulka Alessandro Del Piero. Tak to kiedyś wyglądało.

Interesował się pan piłką w dzieciństwie?

 – Nie miałem dostępu do gazet, mediów – była tylko telegazeta. Jak w telewizji leciał jakiś mecz, to zawsze oglądałem. Od początku byłem zapatrzonych w starszych, wszędzie chodziłem za bratem i liczyła się tylko piłka.

Chodził pan na mecze Wisły Płock?

– Nie chcę skłamać, ale dosyć późno poszedłem na swój pierwszy mecz. Miałem około 12-14 lat, nie pamiętam już dokładnie. Podawałem wcześniej piłki na stadionie, ale mama nie chciała puszczać mnie samego na spotkania, bo tu się gdzieś racą dostało, tam jeszcze coś innego…

Ograniczał się pan tylko do piłki nożnej czy trenował również inne dyscypliny sportowe?

– Kiedyś nie było wielu Szkół Mistrzostwa Sportowego, ale mama szukała dla mnie klasy sportowej – znalazła na innej dzielnicy, w miarę niedaleko od naszego domu, bo miałem 15 minut spacerkiem. Dostałem się do klasy pływackiej. Ciężko to było łączyć, bo rano miałem basen, potem zajęcia w szkole, a po lekcjach znowu basen, ale ja wolałem chodzić wtedy na treningi piłkarskie, więc w końcu zrezygnowałem. Trener pływania mi odpuszczał, bo wiedział, że chcę być piłkarzem, a nie pływakiem.

Ile miał pan lat, gdy przeszedł pan do Wisły Płock?

– Odszedłem, gdy drużyna u trenera Śmiechowskiego się rozpadła. Nie było szansy kontynuowania treningów w Stoczniowcu. Myślę, że mogłem być wtedy w czwartej klasie podstawówki.

Brał pan z udział z płockimi drużynami udział w różnych turniejach?

– Owszem, dla szkół był organizowany Coca-Cola Cup. W Stoczniowcu było bidnie, ale solidnie. Jeździliśmy na różne turnieje halowe i udawało nam się też wygrywać. Mam z tego okresu miłe wspomnienia. Na turnieje czekało się cały rok. Zdarzało nam się, że rywalizowaliśmy z klubami z bloku wschodniego.

To zapytam jeszcze o inny Turniej, “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” – miał pan z nim kiedyś jakąś styczność?

– Słyszałem o tej inicjatywie nie raz. Bardzo fajny projekt, widać, że jest robiony z dużą pompą. Coś fantastycznego, że chłopcy i dziewczynki mogą zagrać na Stadionie Narodowym przed finałem Pucharu Polski. Zdaje się, że będąc w Gliwicach, byłem na tym Turnieju. Jako zawodnicy pojawiamy się na różnych zawodach i jest szansa, że na “Pucharze Tymbarka” też byłem.

Jakie miał pan marzenie związane z piłką?

– Myślę, że miałem bardzo przyziemne marzenie. Chciałem zadebiutować w pierwszym zespole Wisły Płock.

Jako nastolatek widział pan, że ten debiut jest tylko kwestią czasu?

– Nie, właśnie nie. Jak się rozmawia dużo o piłce w naszym środowisku, to często w futbolu wychodzi tym, którzy w dzieciństwie czy wieku nastoletnim mniej się wyróżniali.

Nie ma aż tak dużej presji.

– Tak i nikt im nie wmawia, że muszą tylko trenować, bo są skazani na sukces i nie mogą zmarnować talentu. Ja byłem średniakiem, miałem w niektórych aspektach piłkarskich duże braki. Pomijali mnie w składach w młodzikach, trampkarzach – zdarzało się, że nawet na mecze mnie nie brali. Dopiero w juniorach starszych przyszedł taki moment, że uświadomiłem sobie, że trener zaczyna wybieranie składu ode mnie. Wtedy się sporo rozwinąłem. Dostałem nawet powołanie do kadry Michała Globisza. Byłem zawzięty i uparty w dążeniu do sukcesu. Zdarzało się, że z powodu choroby opuściłem szkołę, ale nigdy treningi. Moja droga nie była usłana różami.

W jakim wieku zaczął pan zarabiać pierwsze pieniądze z gry w piłkę?

– Dostawałem dokładnie 500 złotych brutto, czyli 425 złotych na rękę. Pierwszą taką wypłatę dostałem po kilku miesiącach treningów z pierwszą drużyną. Mogłem mieć wówczas 17-18 lat.

Pamięta pan swój debiut w pierwszym zespole?

– Wszedłem za Sławomira Peszkę w meczu z… (chwila zastanowienia).

Niektórzy pamiętają nawet to, komu podali pierwszą piłkę czy jaka była wówczas pogoda…

– Na pewno zmieniłem Peszkę, było to jakoś w 70. minucie. Były dwa spotkania, w których debiutowałem. W Pucharze Polski było to zwycięstwo 8:0 z Turem Turek, a w meczu ligowym – bodajże wygrana 4:1 z ŁKS-em Łomża.

Obecnie jest pan w okolicach półmetku swojej przygody z futbolem. Jest pan zadowolony z tego, co udało się panu już osiągnąć?

– Jestem zadowolony, mimo wszystko. Można było osiągnąć więcej, ale teraz mam nadzieję, że jeszcze uda mi się coś zdziałać. Nie miałem jakiegoś wielkiego talentu, wywalczyłem sobie wszystko i miałem też trochę szczęścia, że udało mi się pozostać na szczeblu centralnym. Miałem też swoje zawirowania. Jeszcze się nie poddaję.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix