Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

Duża zmiana szykuje się od przyszłego sezonu w rozgrywkach dziecięcych. W całej Polsce zniknąć z nich mają wyniki i tabele. W tych województwach, w których żaki i orliki grały ligi, lig ma nie być, a na kolejnych etapach szkolenia poziom, na którym występować będzie dana drużyna, ma być zależny od wyników całej szkółki.

Nareszcie. Likwidacja rozgrywek i ewidencji wyników wśród najmłodszych to znakomity, ale długo wyczekiwany pomysł. I nawet, jeżeli dziś części osób wydaje się, że przesadzony, to jest to jedyna słuszna decyzja, jaką można było w tej kwestii podjąć.

Ostatnie lata to lata szaleństwa. Szaleństwa rodziców i grona trenerów. Szaleństwa za medialnymi doniesieniami, transferami, milionowymi kwotami i powstającymi na ich podstawie oczekiwaniami wobec najmłodszych. Nie możemy wciąż tego problemu zamiatać pod dywan. Bo problem istnieje. Znający i doświadczający futbolu w wydaniu profesjonalnym dorośli, którzy futbol znają z ekranu telewizora, obserwując swojego syna… dużo myślą. Nie mają jednak punktu odniesienia i w tym myśleniu nie są nigdy obiektywni. Dziesiątkom tysięcy więc ludzi wydaje się, że ich pociecha ma to coś. Że to diament, który wystarczy oszlifować. Że to materiał na gwiazdę, która powinna pójść ścieżką Roberta Lewandowskiego.

I nawet jeśli tak trochę jest, to wciąż dopiero początek. To zalążek tego, co wydarzyć może się w przyszłości. Dzisiejsze umiejętności poprzeć trzeba ogromem pracy, by dotrzeć choćby do Ekstraklasy. Nie mówiąc o większych triumfach. A ślepa pogoń za profesjonalizacją i dążenie za wszelką cenę do tego, by syn zrobił karierę, zaczęły przeradzać się w chorą presję. Dziś nawet na poziomie grassroots niektórym wydaje się, że ich pociecha to wybitnie uzdolniony zawodnik. Czemu tak się dzieje?

Bo rodzic na co dzień funkcjonuje w swoim świecie. Jeździ do firmy czy korporacji, gdzie spędza cały dzień i nie ma pojęcia jaki poziom jest tych, wśród których on widziałby swą latorośl. Zawsze postawę swojego dziecka odnosić może tylko i wyłącznie do tego, co widzi na boisku treningowym. Do grupy rówieśników na danym osiedlu. Gdy młody mija rywali jak tyczki, jego tacie do głowy nie przyjdzie, że tak fatalni są po prostu jego przeciwnicy. Że wyselekcjonowane grupy oddziałowe, to zupełnie inna rzeczywistość, a co dopiero najlepsze szkółki w mieście czy ekstraklasowe akademie.

To wszystko jest jednak źródłem takich niezdrowych emocji, że na stadionach robi się często bardzo niemiło. Możemy sobie pisać o uświadamianiu, możemy mówić o zebraniach z rodzicami – i to oczywiście też jest konieczne. Ale w dzisiejszym świecie, gdy nikt nie ma na nic czasu, wyjątkowo mały procent rodziców uświadamianiem tym będzie realnie zainteresowany. Coś tam usłyszy, coś może przemyśli, ale w znaczącej większości kolejne teoretyczne lekcje nie będą miały większego wpływu na życie rodziców.

A co stanie się w przypadku likwidacji tabel? Przede wszystkim KAŻDY zapyta – o co tu chodzi. “Nie ma tabel? A dlaczego?”

Wnet nawet najwięksi ignoranci, gdy zapytają po zawodach syna o miejsce, na którym jego zespół zakończył rywalizację, usłyszą: “Tato, przecież my nie mamy tabel”.

Z początku pojawi się pewnie cień zaskoczenia. Nutka zdziwienia. Wyobrażam sobie jednak to tak, że ci dzisiaj “problematyczni rodzice”, w takim momencie dociekać będą DLACZEGO wyników nie ma. Przy pierwszej lepszej okazji porozmawiają o tym z trenerem i choć na początku nie będą w stanie zaakceptować jego argumentów, z czasem – zrozumieją, że tak gra cała Polska. Że taka jest rzeczywistość. I skupią się podczas turnieju na grillowaniu, zamiast na wydzieraniu się i “wspomaganiu” swojej ekipy z trybun. Bo przecież to będą mecze towarzyskie.

Zupełnie inaczej będą za to patrzeć na kolejne gry dzieci. One będą grały w piłkę, dla nich nie będzie różnicy, czy dopiszą tego dnia trzy punkty w ligowej tabeli. One i tak dawać z siebie będą wszystko. Bo dzieci nie kalkulują. Dzieci to nie dorośli.

Brak tabel i wyników mogą przynieść naprawdę piękne efekty. Pamiętacie, jak eksperyment “Pierwsza Piłka” w “Jak Uczyć Futbolu” przedstawiał Marek Safanów? Obyśmy za półtorej sezonu takie historie mogli opowiadać sobie bez względu na szerokość geograficzną.

***

O ile inicjatywie PZPN-u przyklasnąć trzeba zdecydowanie i to jak najgłośniej, o tyle warto dogłębnie przemyśleć, co dalej. Bo w końcu, w kategorii młodzik, ligi się rozpoczną.

Chcielibyśmy zlikwidować wyniki, ale mamy ponad 200 drużyn w rozgrywkach żaków. Nie jesteśmy w stanie, bez trwających lig, podzielić ich na późniejszych etapach względem poziomu. W jaki sposób wybierzemy tych, którzy grać mają w ligach wojewódzkich?zastanawiał się w rozmowie ze mną Marcin Sasal. I to jest faktyczny problem, z którym trudno się będzie uporać. To on blokował wiele związków wojewódzkich, gdy te rozpoczynały dyskusje na temat sensu dziecięcej bitwy o punkty.

W naszej propozycji przedstawionej przed zarządem PZPN, zaprezentowaliśmy pomysł utworzenia rankingu klubowego. Cel? Najlepsze akademie i szkółki grają z najlepszymi, i tam też trafiają najlepsi zawodnicy. Ranking klubowy ma także na celu podniesienie pracy w całym klubie, a nie tylko funkcjonowanie na wysokim poziomie pojedynczych zespołów. W naszym założeniu ranking klubowy ustalany będzie na podstawie wyników uzyskiwanych w rozgrywkach ligowych przez zespoły od U-12 do U-18 w ostatnich pięciu sezonach przez każdy klub – pisze na fanpejdżu “Łączy nas trening” Michał Libich.

Wszystko ma być więc odpowiednio zważone i wypunktowane. Na zespół U-11 pracować będzie cała akademia.

Ta propozycja ma sporo sensu. Ale nie dziś. To propozycja na przyszłość. To propozycja, która może się zadziać, w momencie, gdy oddzielimy szkolenie profesjonalne od tego na poziomie grassroots. Gdy gwiazdki w programie certyfikacji będą faktycznie dzieliły ośrodki na te, które są akademiami oraz na te, które po prostu popularyzują aktywność ruchową.

W Polsce podziału dziś nie ma. Odseparowanie klubów ekstraklasowych od reszty byłoby totalnie niesprawiedliwe, patrząc na to, co dzieje się w niektórych miejscach i porównując je do znacznie sprawniej funkcjonujących odpowiedników – “komercyjnych” czy na co dzień występujących w niższych ligach seniorskich.

Chyba każdy się ze mną zgodzi – dzisiaj AP Reissa, Escola Varsovia, FASE Szczecin, Gwarek Zabrze, SMS Łódź czy Hutnik Kraków szkolą po prostu lepiej od Wisły Płock, Stali Mielec czy Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Za każdym razem, przy okazji takich dywagacji, linkuję do mojego pomysłu związanego z suplementem do podręcznika licencyjnego. Jeśli zadziałoby się coś w tej materii, bądź PZPN utworzyłby platynowe gwiazdki dla największych, a wyróżnionych nie będzie kilku, tylko kilkudziesięciu… Jeżeli faktycznie powiedzieć będziemy mogli o systemie, trwałym podziale, który jest klarowny i jasny dla wszystkich (szkółek, rodziców czy trenerów), którego nikt nie kwestionuje bo nie ma ku temu argumentów – wtedy sugerowane punktowanie ma rację bytu. Ale dzisiaj niczym takim w Polsce pochwalić się nie możemy. Bo nawet złote gwiazdki w certyfikacji – przecież otrzymują je niektórzy malutcy, a najwyższych wyróżnień nie mają Legia Warszawa, Lech Poznań czy (póki co) Zagłębie Lubin.

W rozwiązaniu trenera Libicha widzę więc znacznie więcej minusów niż plusów. W mojej opinii za dziedziczeniem awansów nie stoją racjonalne argumenty. No chyba, że mówimy o argumentach tych, którzy chcą mieć ciepłe papcie i nie musieć obawiać się, że ktoś, kto lepiej gra w piłkę, wyeliminuje ich z najwyższych lig. Długo dyskutowaliśmy o tym już ponad rok temu w JUF:

I w zasadzie tamte wątki wciąż są aktualne. Wyobraźmy sobie rocznik U-11 w szkółce, który leje wszystkich wokół. Ekipę, w której znaleźć można kilku wyróżniających się na tle całego kraju graczy, z zaangażowanym i bardzo świadomym trenerem. Ekipę, która dodatkowo reprezentuje praktycznie jedno osiedle. Kumpli z klasy, ze szkoły. I ona przez to, że starsze roczniki szkółki, której herb nadrukowany ma na koszulkach, grały kiepsko, trafia do ligi okręgowej młodzika. Tam znów leje wszystkich, ale przez 2 czy 3 lata musi piąć się w górę, tracąc cenny czas na rozwój. Wygrane po “15 do jaja” to przecież żaden rozwój.

W drugą stronę: w szkółce trafia się rocznik słabszy. Ale że któraś ze starszych CLJ-ek nabiła jej punktów w klasyfikacji, a inne drużyny grały w przeszłości na poziomie lig wojewódzkich – z automatu trafia do elity. Do elity, w której grać nie powinna. Na którą nie zasłużyła i nie zasługuje. W której od przeciwników znacząco odstaje, przegrywając mecz za meczem. I zniechęcając poszczególnych członków drużyny do futbolu i sportu w ogóle.

Istnieje wiele podmiotów, które szkolą do 13. czy do 15. roku życia. Co w takiej sytuacji z nimi? One specjalizują się we wprowadzaniu dzieci do piłki, do tego mają po jednej drużynie młodzików i trampkarzy, ale na etapie juniora oddają już swoich zawodników do większych klubów. One nie chcą iść dalej, brakuje im boisk, piłka 11-osobowa nie interesuje ich tak bardzo, ale w U-15 mogłyby powalczyć nawet o ligę centralną. Zdaje się, że taki pomysł mają choćby w Krośnie działacze Beniaminka. Te szkółki będą mocno pokrzywdzone, a znów – ich pozytywny wpływ na nasz piłkarski krajobraz trudno jakkolwiek zakwestionować.

Dziś przystanie na to, co wyżej, spowoduje, że PZPN zabetonuje mniejszym szkółkom wejście do wszystkich poważniejszych rozgrywek młodzieżowych w kraju. Kluby będące dziś minimalnie przed konkurencją (bo nie widzę też wielkich przewag w funkcjonowaniu FC Wrocław Academy nad Olympikiem Wrocław czy Polonii albo Ursusa Warszawa nad Varsovią, Talentem czy inną Deltą), zaryglują się wyżej, a ci, którzy dziś na pięć meczów z nimi pewnie by jeden wygrali, dwa lub trzy remisując, będą musieli oddawać najlepszych, by oni z kolei nie tracili życia na kopanie się po przysłowiowych “wioskach”.

Być może ktoś uzna teraz, że przecież o to chodzi. O to, by najlepsi trafiali do najlepszych środowisk i trenowali z równymi sobie. Jasne, że tak. I z tym się również zgadzam. Ale ku temu trzeba stworzyć podwaliny. Przecież dziś kluby z górnej półki nie oferują dołowi piramidy niczego. Bilety na mecze pierwszego zespołu to moim zdaniem nieśmieszny żart z programów klubów partnerskich, które funkcjonują (tu znów odnieść muszę do mojego felietonu i kwestii licencyjnych norm). Jeżeli do tego dodamy, że od 2019 roku zawodników do 12. roku życia nie obowiązują ekwiwalenty za wyszkolenie… to ja się tu zastanawiam czy my chcemy totalnie odpuścić tę piłkę najmłodszych? Czy wszystkie szkółki wrzucamy do worka tych złych, komercyjnych, żerujących na portfelach rodziców? Czy naprawdę nie widzimy roboty, którą one wykonują? Tego, że bez nich, te wielkie, stawiane za wzory akademie, nie będą w stanie w naborze wybrać choć kilku utalentowanych chłopaczków na rocznik?

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].