Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Piotr Tomasik

Zaczynał jako napastnik, skończył jako boczny obrońca. Praktycznie we wszystkich młodzieżowych zespołach Hutnika grał razem ze starszym bratem. Czy miał od niego większy talent? Komu najwięcej zawdzięcza? Jak Piotr Tomasik wspomina swoje początki z piłką?

Swoją przygodę z piłką rozpoczął pan w Hutniku?

– Miałem wtedy pięć lat, więc rozpocząłem dosyć szybko. Tata zaprowadził nas razem z bratem na pierwszy trening. Pamiętam, że było to w zimie. Złapaliśmy szybko bakcyla i mi do tej pory udaje się grać, brat już kilka lat temu zrezygnował.

Brat jest starszy tylko o rok, więc całe dzieciństwo pewnie graliście razem?

– Graliśmy razem w jednej drużynie do juniorów młodszych. Później już nie było takiej możliwości, bo przedzielały się roczniki i musieliśmy się rozłączyć.

Też był obrońcą?

– Było tak, że… ja zaczynałem w ataku! Z biegiem lat “ciągnęło” mnie w dół, praktycznie do poziomu Ekstraklasy grałem jako pomocnik, a dopiero później zostałem obrońcą. Zawsze lubiłem się kiwać. Trenerzy mi powtarzali jednak, że tego nadużywam, i jak przejdę do seniorów, to mi nogi połamią. Wie pan, jak to kiedyś wyglądało. Ciężko było się kiwać, nikt się nie patyczkował, tylko od razu sanki w nogi i można było zrobić sobie krzywdę.

Chodził pan w dzieciństwie na mecze Hutnika?

– Pewnie, że chodziłem. Każdy chłopak w klubie otrzymywał legitymację i dzięki niej mógł wejść na mecz. Wychowywałem się w Nowej Hucie, grałem w Hutniku – to była naturalna kolej rzeczy.

Kto był pana idolem w dzieciństwie?

– Moim ulubionym klubem był AC Milan i bardzo podobał mi się George Weah. Jeżeli miałbym kogoś wskazać, to właśnie jego.

Jakie miał pan marzenie w dzieciństwie związane z piłką?

– Na pewno marzeniem było zagrać w Ekstraklasie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc potem pojawiła się opcja z grą w reprezentacji. W pierwszej kadrze nie było mi dane zadebiutować, ale mam tam jakiś epizod z młodzieżówkami.

Pamięta pan swoją pierwszą koszulkę piłkarską?

– Tak, rodzice kupili nam wtedy po koszulce – brat dostał trykot VfB Stuttgart, a ja miałem Karlsruher SC. Nie była to koszulka, o której marzyłem, ale była z Adidasa i często w niej grałem. Utkwiła mi w pamięci. Zawsze, jak było jakieś wyjście do babci na obiad, to ja chciałem iść właśnie w tej koszulce.

Który z dwójki braci miał większe papiery na grę?

– Trzeba byłoby zapytań naszych trenerów, kogoś z boku, ale jeżeli ja mam się wypowiadać, to brat był był obrońcą, miał inne predyspozycje. Ja byłem bardziej ofensywnym zawodnikiem, więc ciężko nas porównywać. Nie chciałbym mówić, że ja byłem lepszy od niego…

Mówili tak czy nie mówili?

– Z tego, co się tam obijało o uszy, to trenerzy powtarzali, że większą smykałkę do gry mam ja.

A jak wyglądało to w szkole?

– Nauka była bardzo ważna, ale mogę policzyć na palcach obu rąk sytuacje, kiedy opuściliśmy z bratem treningi z naszego powodu. Zawsze trening był świętością. Nie było wymówek, że lekka choroba czy coś, tylko ubierało się ciepło i szło trenować. Jak się zdecydowaliśmy na to, że chcemy grać w piłkę, to się tego trzymaliśmy – dyscyplina musi być. Wracając do pytania, że taką większą predyspozycją do nauki miał jednak brat.

Jeździliście w tamtym czasie już na pierwsze turnieje młodzieżowe?

– Owszem. Hutnik słynął w tamtym czasie z bardzo dobrego szkolenia. Jeździliśmy po turniejach po całej Polsce i tam z reguły byliśmy najlepsi, bo mieliśmy naprawdę bardzo fajny zespół. Począwszy od Michała Pazdana, po Daniela Jarosza czy Krzyśka Świątka, który całe życie gra w Hutniku. Chłopacy mieli nieprzeciętne umiejętności, jak na tamten czas. Zazwyczaj zgarniali wszelkie indywidualne statuetki, wracaliśmy do domu z pucharami. Nie było jeszcze za to zagranicznych wyjazdów, bo wtedy wszystko rozchodziło się o pieniądze, dlatego z reguły jeździliśmy po Polsce.

Miał pan kiedyś jakąś styczność z innymi ogólnokrajowymi zawodami dla dzieci, Turniejem “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Nie miałem okazji oglądać tych rozgrywek na żywo, ale naturalnie słyszałem o inicjatywie. Teraz mamy Turniej “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”, ale mam wrażenie, że kiedyś takich turniejów ogólnokrajowych było rozgrywanych więcej. Na pewno jest to dobra inicjatywa, bo można wypatrzeć prawdziwe piłkarskie perełki, więc jestem za. Kiedyś wszystko wyglądało inaczej – nie było to tak rozwinięte. Byli fajni zawodnicy w wielu rocznikach, ale potem zatrzymywali się w rozwoju, bo nie dostawali nowego bodźca. Ciężko było odejść z klubu, a teraz tym młodym jest dużo łatwiej. Przykład Kamila Piątkowskiego, który rozegrał dobrą rundę w Ekstraklasie i już biją się o niego czołowe europejskiej kluby.

Ma pan takiego jednego trenera, któremu najwięcej pan zawdzięcza?

– Jak pan do mnie zadzwonił, to tak przeanalizowałem sobie w głowie wszystkich szkoleniowców, którzy mnie prowadzili. Trochę ich było, szczególnie w Hutniku. Każdy z nich miał wkład w to, jakim jestem teraz zawodnikiem. Jednym z najważniejszych był trener Duda – dużo mu zawdzięczam, szlifował mnie jako piłkarza. Później był, tak się złożyło, że ostatnio wrócił do piłki na najwyższym poziomie – Kordian Wójs – któremu także sporo zawdzięczam. Tak samo trenerom Pawłowi Szcześniewskiemu i Robertowi Orłowskiemu. Bardzo mi kibicowali, żebym zaszedł daleko w piłce. Tę czwórkę mógłbym wyróżnić.

Miał pan “plan awaryjny” na życie?

– Może to dziwne, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze wiedziałem, co chcę robić. Byłem, jestem i będę jeszcze ambitnym zawodnikiem. Żyję teraźniejszością, dzisiaj jestem, jutro może mnie nie być – tak do tego podchodzę.

Kiedy przyszedł taki pierwszy moment, w którym pomyślał pan, że może faktycznie uda się zostać tym piłkarzem?

– Moja droga do poważnego grania było wyboista. Trener Kasperczyk zrezygnował ze mnie w Hutniku i musiałem odejść do IV-ligowego Wolbromia. Potem przeszedłem do Polonii Bytom. Wtedy wydawało mi się, że coś w tej piłce osiągnę, ale niby byłem w Ekstraklasie, a tak naprawdę skrzydłem nie rozwinąłem. Potrzebowałem trenera, który by mi zaufał i stawiał na mnie, a w Polonii było tak, że rozegrałem jeden mecz, w następnym wchodziłem już z ławki, a potem kolejne pięć spędziłem na ławce rezerwowych. Rywalizacja była duża, ciężko było się przebić. Ale wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może naprawdę uda się zostać piłkarzem. Chyba nawet trochę za bardzo uwierzyłem w to wszystko, bo dostałem potem pstryczka w nos. Odszedłem z Polonii Bytom i musiałem przejść do Floty Świnoujście. Od tego momentu wszystko szło już w odpowiednim kierunku.

Jest pan zadowolony z tego, co udało się panu osiągnąć?

– Myślę, że tak. Patrząc przez pryzmat tego, jak to się wszystko rozwijało, to jestem zadowolony. Oczywiście, że zabrakło pewnych rzeczy – zawodników zapamiętuje się po tym, co wygrywają. W Jagiellonii byliśmy krok od mistrzostwa, w Lechu też było blisko. Reprezentacja również była w zasięgu, bo było jakieś zainteresowanie ze strony trenera Nawałki, ale cały czas czegoś brakowało. Tego można żałować, ale widocznie tak miało być. To życie pisze scenariusze, ja wylosowałem taki.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix