Weszło Junior

Piłkarskie dzieciństwo: Radosław Janukiewicz

Radosław Janukiewicz jako dzieciak marzył o tym, żeby zadebiutować w pierwszej drużynie Śląska Wrocław, którego był wychowankiem. Swój cel osiągnął jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Kto był jego pierwszym idolem? Kiedy stanął między słupkami? Czy jest zadowolony ze swojej przygody z piłką?

Od małego chciał pan zostać bramkarzem?

– Nie, wyszło to przypadkowo. Zaczynałem jako zawodnik z pola, a w jakimś meczu zabrakło nam bramkarza. Byłem wyrośnięty jak na swój wiek, więc trener zaproponował mi, żebym stanął między słupkami i tak już zostało.

To był jednorazowy epizod czy po tamtym spotkaniu został pan na stałe golkiperem?

– Od razu mi się to spodobało. Już wtedy wiedziałem, że z tej mąki może być chleb.

Swoją przygodę z piłką rozpoczął pan w Śląsku Wrocław. 

– Tak, jestem wychowankiem Śląska. Na pierwszy trening poszedłem, gdy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

Przez trzy dekady wiele się w tym temacie zmieniło, ale jak kiedyś wyglądało szkolenie dzieci i młodzieży w Śląsku?

– Wiadomo, że na samym początku treningi były w formie różnych zabaw z piłką. Wydaje mi się, że te pierwsze lata trzeba właśnie poświęcić na taką adaptację, żeby dzieciaki czerpały radość gry i zbyt wcześnie nie ponosiły pierwszych porażek, bo może to później rzutować na ich psychice. Jak to u nas wyglądało? Mama zaprowadziła mnie i mojego brata na pierwszy trening, była selekcja, przez którą przeszedłem. Każdego roku kolejna, zostawali ci najlepsi, aż w końcu w wieku 17 lat zadebiutowałem w Ekstraklasie. Jedyne, czego mogę zazdrościć teraz młodzieży, to warunków do trenowania. My na początku ćwiczyliśmy na boisku żwirowym, a od kategorii trampkarza starszego przechodziliśmy na trawę. Na pewno na plus jest też obecnie to, że młodzież ma bardziej wyspecjalizowanych szkoleniowców, chociażby trenerów bramkarzy – w Śląsku z takowym spotkałem się dopiero w pierwszym zespole.

Chodził pan w dzieciństwie na mecze Śląska Wrocław?

– Owszem. Mieszkaliśmy niedaleko stadionu przy ul. Oporowskiej, więc byłem częstym gościem. Jako trampkarz zdarzało mi się też podawać piłki na meczach. Byłem zżyty z klubem, a moim marzeniem było, żeby zagrać w pierwszej drużynie, a to udało mi się… 177 razy.

Kto był pana piłkarskim idolem w dzieciństwie?

– Wówczas w Śląsku bronił Tomek Bobel, który później grał w 2. Bundeslidze. On był moim pierwszym idolem, a jeżeli chodzi o bramkarzy zagranicznych, to Peter Schmeichel.

Tylko panu udało się przebić do profesjonalnego futbolu?

– Jeszcze Paweł Sasin zanotował sporo występów na szczeblu centralnym, ale reszta się nie przebiła. Byli chłopcy z ogromnymi talentami, ale przeszkodziły im kontuzje, źle się prowadzili albo wpadali w nieodpowiednie towarzystwo.

Jest pan pierwszym sportowcem w swojej rodzinie?

– Mój tata, z racji wzrostu, jak jeszcze był bodajże w ósmej klasie podstawówki, dostał propozycję grania w koszykówkę w Śląsku, ale podziękował. W rodzinie raczej nie mieliśmy zawodowych sportowców, natomiast ja od początku wiedziałem, co chce robić w życiu.

Szkoła i oceny także były dla pana ważne czy piłka nożna stała na pierwszym miejscu?

– Uczniem byłem średnim. Dla mnie liczyła się tylko piłka nożna, była całym moim życiem i dalej nią pozostaje.

Jeździł pan ze Śląskiem Wrocław na różne turnieje dziecięce?

– Tak, wyjeżdżaliśmy też za granicę. Na swój pierwszy zagraniczny turniej pojechałem do Drezna, gdzie mogłem się zmierzyć z rówieśnikami z Niemiec czy Francji. Sporo graliśmy także na krajowym podwórku.

Z sukcesami?

– Drużynowymi oraz indywidualnymi. Kilka statuetek udało się zdobyć.

Dzisiaj dzieciaki nie muszą wyjeżdżać za granicę, żeby wziąć udział w największym turnieju piłkarskim w Europie. Miał pan kiedyś okazję oglądać rozgrywki Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”?

– Kojarzę inicjatywę, miałem okazję oglądać rozgrywki, ale nie przypomnę sobie teraz szczegółów.

Szybko zadebiutował pan w pierwszej drużynie, więc zakładam, że przeskok z piłki juniorskiej obył się bez większych problemów?

– Wchodziłem do szatni, w której byli Grzesiek Szamotulski czy Leszek Pisz, czyli piłkarze już ograni. Od zawsze byłem charakternym chłopakiem, więc starszyzna dobrze mnie przyjęła i wzięła pod swoje skrzydła.

Pamięta pan swój premierowy mecz w Ekstraklasie?

– Tak, wszedłem na boisko w 73. minucie, zastąpiłem na placu gry Krzyśka Pyskatego, a naszym rywalem była Pogoń Szczecin. Pojawiłem się przy wyniku 0:3, a skończyło się 0:4, bo sprokurowałem karnego, którego wykorzystał Jurek Podbrożny. Fajna historia, bo później przez lata mogłem grać dla Pogoni.

To była planowana zmiana czy nie wiedział pan wcześniej, że tego dnia zadebiutuje?

– Nie, Krzysiek doznał kontuzji i trzeba było wejść między słupki. Prawdziwy debiut w pierwszym zespole miałem w Pucharze Polski, z ówczesnym mistrzem kraju, czyli Legią Warszawa. Przegraliśmy po bramce Bartka Karwana w 119. minucie i wydaje mi się, że ten bardzo dobry występ w moim wykonaniu sprawił, że potem nie bano się postawić na młokosa w bramce.

W cyklu “Piłkarskie dzieciństwo” skupiamy się na początkach przygody z piłką, ale patrząc z perspektywy czasu na całą swoją karierę, jest pan z niej zadowolony?

– Zawsze można było wycisnąć z tej przygody coś więcej, natomiast jestem człowiekiem, który nie narzeka. Cieszę się z tego, co miałem, mogłem przeżyć, że ludzie do dzisiaj pamiętają mnie z dobrych występów – to się dla mnie najbardziej liczy.

Ma pan już plan na to, czym się będzie zajmował po karierze?

– Obecnie gram w klasie okręgowej w Pomorzaninie Nowogard, podpisałem kontrakt na trzy lata. Klub ma ambicje, chcemy awansować do wyższej ligi. Dodatkowo trenuję młodych bramkarzy i na horyzoncie pojawia się opcja grania w troszeczkę inny sport, ale na razie nie ma oficjalnej informacji, więc nie chciałbym się teraz tym dzielić. Myślę, że w przeciągu najbliższych dwóch tygodni wszystko się wyjaśni i ukaże.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix