Reportaże

Weszło Junior na turnieju bez wyników. Obalamy mity! [KULISY]

Decyzja PZPN-u o zniesieniu ewidencji wyników i tabel w ligach dziecięcych to temat wokół którego cały czas jest głośno. Przeciwnicy tego rozwiązania nadal nie mogą się do niego przekonać. Zapewne jest to spowodowane tym, że te osoby po prostu nie zdają sobie sprawy jak przebiegają turnieje bez wyników. Udaliśmy się do Starych Oborzysk, żeby sprawdzić jak w praktyce wyglądają rozgrywki „w nowym formacie”.

Stare Oborzyska to wieś w gminie Kościan w województwie wielkopolskim, gdzie w niedzielę 26 września odbył się turniej bez wyników i tabel. Dlaczego udaliśmy się akurat tam? Wielkopolski ZPN już drugi sezon organizuje rozgrywki w tej formule, więc jedno było pewne: pod względem organizacyjnym wszystko powinno przebiec płynnie. Jeśli doszukiwać się błędów i wad to na produkcie najwyższej jakości.

Niedziela, godziny przedpołudniowe, naturalne boisko klubu LZS Juna-Trans Stare Oborzyska. Pięć klubów, trzy kategorie wiekowe i kilkanaście drużyn. Całe wydarzenie zaczęło się o godzinie 10, a zakończyło przed 13, uwzględniając wszystkie sprawy organizacyjne, turnieje dla skrzatów, żaka młodszego i żaka starszego – trwało to niecałe trzy godziny.

Dużo? Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że każda kategoria wiekowa miała wyznaczoną inną godzinę do rozgrywania spotkań, to dojdziemy do wniosków, że wszystko odbyło się szybko i sprawnie. Skrzaty wchodziły na boisko o 10, a już o 11:30 do gry szykowały się żaki. Z perspektywy rodzica: zawozi dziecko na turniej, który trwa tylko półtorej czy dwie godziny, a jego pociecha bawi się i gra kilka spotkań jednego dnia. Czy nie jest to dobry scenariusz?

Wiele osób miało obawy, że takie turnieje będą trwać pół dnia i będzie to bardzo kłopotliwa sytuacja dla rodziców i samych dzieci. Że co tydzień lub dwa tygodnie będą musieli rezerwować sporo czasu na turniej syna lub córki. – Podstawowa sprawa: nie bójmy się nazwy “turniej”. Jeśli mamy do dyspozycji cztery boiska to maksymalnie w dwóch godzinach muszą zakończyć się takie rozgrywki.  – mówi nam Dawid Dominiczak, trener edukator w Wielkopolskim ZPN.

Cztery boiska? Główna płyta stadionu w Starych Oborzyskach była podzielona na cztery części, gdzie równocześnie odbywały się cztery spotkania, dlatego też wszystko sprawnie przebiegało. Nie ma większych przestojów. Kończy się jeden mecz, minutka przerwy i dzieciaki grają kolejny z innym rywalem. Chyba, że do turnieju przystąpiła nieparzysta liczba zespołów to wtedy zawsze jedna z nich pauzuje kilkanaście minut.

– Przy organizacji takiego turnieju nie ma większego zachodu. Nie widzę różnic w porównaniu z organizacją ligowego meczu. Tylko tyle, że na te rozgrywki musisz uszykować min. cztery boiska, żeby sprawnie przebiegły te mecze, by nie trwało to niewiadomo jak długo. Oczywiście, że też trzeba zadbać o sprzęt sportowy czy nagłośnienie, ale nie jest to wielki problem, wystarczy tylko dogadać się z kilkoma osobami i jest luz. Warto zorganizować taki turniej dla tak dużej liczby dzieci, gdzie wszyscy grają  – mówi nam Marcin Adamczak, wiceprezes LZS Juna-Trans Stare Oborzyska i organizator tego turnieju.

Żeby też nie przynudzać w punktach przedstawimy wam organizacyjne sprawy:

  • Przed turniejem odbywa się zebranie organizacyjne, na którym trenerzy zgłaszają drużyny do turnieju i ustalają: ile będzie trwał pojedynczy mecz (zgodnie z unifikacją), dzielą zespoły do grup pod względem poziomu.
  • Każdy klub może wystawić więcej niż jedną drużynę.
  • Na podstawie tabeli Bergera jest ustalone, kto z kim i na jakim boisku gra.
  • Na turnieju czuwa opieka medyczna.
  • Nie ma sędziów. Czasu pilnują trenerzy, a sprawy boiskowe rozstrzygają dzieci.
  • Rodzice nie mogą stać od razu przy boisku, są wyznaczone strefy, chociażby trybuny, gdzie mogą oglądać poczynania swoich pociech.

Brak sędziego. Czy to problem?

Z wyżej wymienionych punktów warto zatrzymać się na jednym – brak sędziego. W kilku naszych tekstach już o tym wspominaliśmy, ale warto to przypominać i podkreślać, że te turnieje towarzyskie bez ewidencji wyników i tabel to nic innego jak powrót do gry podwórkowej. Zapewne wielu z was grało kiedyś w piłkę z kolegami na podwórku, gdzie nie było sędziów, osób dorosłych, a i tak grało się po to, żeby pokonać przeciwników i spory rozwiązywało się na bieżąco.

I to samo było widać w Starych Oborzyskach. Gdy obserwowaliśmy z bliska te rozgrywki to przypomniały nam się czasy, kiedy codziennie grało się takie mecze na podwórku czy orliku. Można się uśmiechnąć, gdy zauważy się zachowania, które były też u nas widoczne podczas gry w dzieciństwie np. dyskusja o tym, kto powinien wznowić grę od autu: “nasza! to ty dotknąłeś ostatni” i odpowiedź: “nie, to od ciebie się odbiła”. 

Nigdy nie unikniemy kontrowersji, nawet w momencie, gdy jest sędzia, a dzieci szybko dogadują się i ustalają, komu należy się stały fragment gry. Byliśmy świadkami jednej takiej sytuacji, gdzie dwóch zawodników dyskutowało o tym, kto powinien rozpocząć grę z boku boiska. Podbiegł do nich trzeci i powiedział: “nie Maciek, to ty dotknąłeś ostatni piłkę, im się należy aut”. I problem został szybko rozwiązany.

Pamiętam czasy, gdy była napinka wśród trenerów na meczach dzieci, gdy padał gol 10 sekund regulaminowym czasie gry. Szkoleniowcy wręcz biegali po linii i żyli mocno meczem. Teraz jest luz, swoboda i nie ma to znaczenia, czy mecz zakończy się o dokładnej godzinie czy kilkadziesiąt sekund wcześniej lub później. Rodzice też wywierali presję na trenerach: “dlaczego pan zmienia najlepszych zawodników przy stanie 1:0, przez to przegraliśmy”. W rozmowach często padały argumenty związane z tabelą i punktami. Szkoleniowiec podświadomie też nieraz zagrał na wynik. Teraz tego nie ma. Wszystko odbywa się w luźniej atmosferze, wszyscy grają po równo, dzieci się cieszą. To jest najważniejsze  – opowiada Adamczak.

Czy brak sędziego i protokołów meczowych spowodował, że dzieci przestały liczyć wyniki? Nie, dalej żyją rywalizacją i każdym kolejnym meczem, bo chcą wygrywać. I to też było widać na tym turnieju. Urocza była jedna z wymian zdań między zawodnikami podczas meczu:

– Ile strzeliliście goli? – pyta jeden z chłopców.

Dwa – odpowiada kolega z drużyny przeciwnej.

– O! My też dwa, więc jest remis, musimy strzelić jeszcze jedną bramkę – mówił z podekscytowaniem zawodnik.

Ta sytuacja jasno pokazuje, jak dzieci podchodzą do takiego meczu, nie liczą nawet wyniku… a tylko swoje gole. Jednak, gdy obie drużyny dowiedziały się, że jest remis to od razu był widoczny zryw i jeszcze większe zaangażowanie, żeby zdobyć zwycięskiego gola.

Nierzucający się w oczy rodzice

Nie wiemy, czy ktoś ostrzegł rodziców, że przyjedziemy obserwować ten turniej, ale jedno jest pewne, że nie możemy się przyczepić do ich zachowania. Warto zaznaczyć, że wiele osób zebrało się, żeby obejrzeć te rozgrywki. Trybuna wypełniona prawie po same brzegi, a do tego były grupy ludzi, którzy siedzieli na trawie albo stali przy płocie za obiektem sportowym.

Nie słyszeliśmy żadnych podpowiedzi ani komentarzy dotyczących gry dzieci na tym turnieju. Można wręcz powiedzieć, że była cisza. Siedzieli i oglądali tak, jak my. Nie udzielały im się żadne emocje. Jedynie po zakończonym spotkaniu bili brawo, ale tak poza tym to było bardzo spokojnie.

Nieraz opisywaliśmy na naszych łamach różne nieprzyjemne historie z udziałem rodziców, którzy nie potrafili odpowiednio się zachować na meczu dzieci. Sami też byliśmy świadkami takich sytuacji na turniejach, gdzie opiekunowi klnęli i krzyczeli na sędziego czy swoje pociechy. Takie sytuacje nie sprzyjają rozwojowi dzieci i sprawiają, że te po czasie rezygnują ze sportu. Oczywiście, że jest to daleko idący wniosek, ale zawsze zaczyna się od małych rzeczy, które po prostu mogą zabierać radość z gry w piłkę.

– Kiedyś było tak, że rodzice dyrygowali zespołem i swoją pociechą: “nie kiwaj”, “podaj”, strzelaj” itd. Praktycznie w każdym zespole był przynajmniej jeden opiekun, który emocjonalnie przeżywał mecz, stał przy po boisku i było go słychać. Odkąd nie ma u nas wyników i tabel ta mentalność się zmienia i takie sytuacje się nadal zdarzają, ale są marginalne. Bo rodzic siedzi sobie na trybunach i nie wie, jaki jest wynik i do tego też to nie przekłada się na punkty i tabele. To spowodowało, że mają chłodniejsze głowy – uważa Adamczak.

Czy brak wyników i tabel sprawi, że więcej chłopców i dziewczynek zostanie przy piłce i będzie w nią grało przez długi czas? Po latach będzie trzeba zrobić statystyki, ale najważniejsze w tej reformie jest przede wszystkim edukacja rodziców i trenerów, że najważniejsze u tych najmłodszych jest to, żeby z własnej nie przymuszonej woli aktywnie spędzali wolny czas i czerpali z tego wielką radość. Negatywne emocje wokół błędów, niepowodzeń, porażek mogą po prostu zniechęcić dzieci do uprawiania sportu.

Czy dzieci po takich rozgrywkach przejmują się tym, że przegrali mecz lub nawet kilka z rzędu? – Zauważyłem, że mój syn mniej stresuje się meczem, gdy gra na turnieju bez wyników. Wcześniej było tak, że jak jego drużyna przegrała mecz, dajmy na to 0:12 to był podłamany i trudno było go pocieszyć. Teraz gra kilka spotkań w ciągu jednego dnia i mam wrażenie, że piłka bardziej go cieszy niż wcześniej. Zawsze wraca zadowolony do domu, mimo że jego drużyna nie wygrywa wszystkich meczów na turnieju – mówi nam jeden z rodziców młodych zawodników LZS Juna-Trans Stare Oborzyska.

– Dla nich najważniejsze jest to, że razem spędzają czas. Cieszą się z każdego treningu jak i wyjazdu na mecz, gdziekolwiek by on nie był. To jest dla rodzica najważniejsze, że widzi uśmiech na twarzy dziecka podczas aktywności fizycznej – podkreśla jedna z mam zawodnika PKS-u Racot.

Nie przejmują się porażkami na takim turnieju bez wyników. Z każdego wyjazdu wracają z uśmiechami na twarzy. Gdy grają z zaprzyjaźnionym zespołem to przez chwilę po przekomarzają się, kto wygrał ostatnio, ale nie mówiłabym tutaj o przejmowaniu się danym meczem czy turniejem – dodaje.

– Piłka nożna to jest rywalizacja i nigdy nie uciekniemy od wyników. Wszystko zależy od trenerów, rodziców i działaczy, w jaki sposób przedstawią wynik dzieciom, tak one będą go postrzegać. Jeżeli w tym wieku nie liczymy bramek to one nie będą czuć stresu i dodatkowej presji. Bo i tak zawsze będą chciały strzelić więcej goli od przeciwnika, bo na tym ten sport polega. Dzieci liczą wyniki w głowie, ale po takim turnieju nie pamiętają wszystkich rezultatów, tylko konkretne akcje, gole itd. – opowiada Marcin Klabiński, rodzic i działacz klubu LZS Juna-Trans Stare Oborzyska.

Granie z tymi samymi rywalami – nuda?

W Wielkopolsce jest tak, że kluby są podzielone na grupy składające się z czterech, pięciu klubów z uwagi na lokalizację. I co tydzień lub dwa jest rozgrywany taki turniej. Gospodarzem a zarazem organizatorem rozgrywek jest zawsze ktoś inny z grupy. My byliśmy na turnieju w Starych Oborzyskach, a jutro odbędzie się w Kościanie. Skład klubów jest taki sam – PKS Racot, Victoria Wysogotowo, AS Czempiń, LZS Juna-Trans Stare Oborzyska i Obra Kościan.

– To jest jeden sezon, a co pół roku można to zmienić. Jednak lokalizacja ma tu ogromne znaczenie. I też tych turniejów nie ma aż tak dużo, bo mówimy tu o pięciu, sześciu terminach, więc raczej dzieciom nie nudzi się granie z tymi samymi rywalami, aczkolwiek zawsze jest furtka do tego, żeby to zmodyfikować, jeśli będzie taka potrzeba – tłumaczy Dominiczak.

Co ważne te grupy są tak poukładane, żeby rodzice i dzieci nie musieli daleko jeździć na mecze. Wszystkie te miejscowości są oddalone od siebie w promieniu 20 kilometrów. Kluby też nie muszą organizować busów czy innego transportu, gdyż te odległości są na tyle niewielkie, że nie stanowią problemu dla rodziców czy trenerów, którzy mogą zabrać kilka osób jednym autem.

Jedynie można zastanawiać się, co do tego, że dzieci grają cały czas z tymi rywalami i może im się to po prostu znudzić. – Mają taki zapał do gry, że im się to nie nudzi. Nieważne, z kim grają, bo najważniejsze jest to, że w ogóle grają i aktywnie spędzają czas. W tygodniu mają treningi, a w weekend grają mecze na turnieju. Nie ukrywajmy, że w dzisiejszych czasach, gdy dziecko nie żadnego zajęcia na dworze to, co robi? Bierze komórkę, tablet czy konsolę i gra w gry. Fajne jest to, że się ruszają – tłumaczy nam jedna z mam zawodników PKS-u Racot.

I tak cały czas jest rywalizacja. Mogę powiedzieć, że do tej pory przegrywali wszystkie mecze z Obrą Kościan, a dzisiaj udało im się wygrać z lokalnym rywalem, który za tydzień będzie chciał się odegrać. Do tego też oprócz tych turniejów jeżdżą na inne, więc przeciwnicy i tak są różnorodni – uważa inny rodzic.

***

Szczerze? Pod względem zaangażowania, walki i radości po strzelonych golach nie zauważyliśmy żadnych różnic względem turniejów z wynikami. Z jednej strony wydaje się to zaskakujące, bo przecież te mecze nie mają żadnej stawki, a i tak jest dążenie do zwycięstwa. Jednak, gdy o tym głęboko pomyślimy to sobie przypomnimy nasze czasy dzieciństwa, gdy wygrywaliśmy na podwórku z lokalnym rywalem. Wyniki liczyliśmy na bieżąco, ale nikt tego nie dokumentował i nie przyznawał punktów do tabeli.

To były czasy, gdzie piłka sprawiała wiele radości i chciało się cały czas w nią grać, o niej mówić i ją oglądać w telewizji czy na stadionie. To była prawdziwa dziecięca zajawka. I to widać u tych skrzatów i żaków na turnieju bez wyniku. Nikt nic nie mówi, a one sobie grają w piłkę i czerpią z tego radość. To jest bardzo przyjemny widok i do tego towarzyszą temu sprzyjające okoliczności – spokojni trenerzy i opanowani, stonowani rodzice, którzy też mile spędzają czas i sami zauważają, że ich dzieci inaczej się zachowują, gdy nie mają ligi z wynikami.

Temu projektowi trzeba się przyglądać. Jeden turniej jest jak jaskółka – wiosny nie czyni. Aczkolwiek warto na to spojrzeć z perspektywy swojego zainteresowania piłką i dzieciństwa, wtedy inaczej postrzega się ten wynik, który dla zawodnika zawsze będzie ważny – na turnieju z wynikami i temu bez nich, podwórku, czy nawet w grze FIFA. Zawsze chcemy wygrywać niezależnie od tego, czy są nagrody czy ich nie ma. Dzieci nie potrzebują wytykania błędów, krzyków i instrukcji. Chłopak nie strzeli gola to wie, że nie strzelił gola i będzie chciał to poprawić przy następnej okazji, sam dojdzie do tego, co zrobił źle.

Tak, jak robiliśmy to na podwórku. Zawsze był ktoś, kto miał dobrą tylko lewą nogę i na początku robił wielkie wrażenie, wymiatał. Wystarczyło inaczej się ustawić, pilnować jego lewą nogę i nie mógł nic z robić. Nikt nam tego nie mówił to wynikało z obserwacji i własnych wniosków. Dzieci do tego dojdą same. Ten ruch PZPN-u o rezygnacji z ewidencji wyników i tabel zmusił przede wszystkim rodziców i trenerów do refleksji, i pokazuje, że najważniejsze dla dzieci jest czerpanie radości z gry w piłkę, a nie wygranie ligi żaka czy orlika.

Oczywiście – w tym wszystkim mocno skupiamy się na poziomie grassroots. To, co dzieje się w profesjonalnych szkółkach powinno pozostać pod ich jurysdykcją. Tu znów docieramy do problemu braku podziału między szkółkami grassroots oraz akademiami z topu.

ZE STARYCH OBORZYSK – ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Newspix/Arkadiusz Dobruchowski