„Banda niedoj***w”. „Jesteś gówno, a nie kozak! Jesteś leszcz!”. „Leję na was ciepłym moczem”. Krzyki, szturchanie, a nawet fizyczna przemoc. Sport.pl piórem Dawida Szymczaka opisuje skandaliczne historie z udziałem Wojtka, założyciela Progresu Warszawa.
Za nagłośnienie sprawy możemy bić brawo dziennikarzowi, bo takie tematy opisuje się trudno. Dodatkowo wymagają one czasu, olbrzymiej inwestycji czasu.
Ale szczególne brawa należą się państwu Czwartosz, Latek, Bilik czy Multan, bo to oni, POD NAZWISKIEM, zdecydowali się o wszystkim opowiedzieć. Swój czas poświęcili nie tylko jednak na artykuł, a na pisma i zgłoszenia do PZPN, MZPN czy Rzecznika Praw Dziecka. Na spotkania z komisjami, na wyjaśnienia i zbieranie dowodów.
Lubimy zamiatać sprawy pod dywan. „Przepisałem już syna do innej szkółki, więc szkoda czasu i energii na tego barana” – pewnie tak pomyślało wielu. W sytuacjach podobnych, sytuacjach mniej poważnych, ale i tych zupełnie różnych.
Bo najczęściej gramy w półśrodki. Jak już wyjdziemy z patologicznej opresji i oddalimy ją od siebie choć trochę, uznajemy, że coś ze sprawą zrobiliśmy. Że nie naszą rolą jest większe zaangażowanie, że zająć tym powinien się KTOŚ INNY. Ale nie zajmie się, to tak nie działa.
– Gdy powiedziałem, że mam spotkanie z dziennikarzem, to usłyszałem, że po co jeszcze w tym grzebię. „Stary, bo trzeba doprowadzić sprawy do końca”. Nie przyszedłem zrobić afery dla afery, tylko ruszyć temat, żeby ktoś w końcu podjął decyzję i działanie wobec człowieka, który robi dzieciom krzywdę – mówi pan Jarosław Multan. I właśnie przez takich ludzi o sprawie dzisiaj jest głośno.
Mogło się skończyć na nieprzyjemnych wspomnieniach i na tym, że dla jego syna sprawa jest zamknięta. Ale to nie zatrzymałoby trwającej patologii, zagrożenia na przyszłość, dla kolejnych roczników, dla innych dzieci.
Nie jesteśmy pępkiem świata, świat nie kręci się wyłącznie wokół nas . Pamiętajmy o tym, gdy znów przyjdzie nam zdecydować: walczę do końca w imię idei, wartości i sprawiedliwości czy… z wygody zamiatam pod dywan, umywam ręce, bo to już mnie nie dotyczy.
I tylko martwi ostatni akapit materiału: „Rodzice dzieci, którzy zgłosili sprawę do Rzecznika Praw Dziecka, MZPN i PZPN, czekają. I mają wrażenie, że ta sprawa stoi w miejscu. K., jak mecze prowadził, tak prowadzi. Jak krzyczał, tak krzyczy”.
Pisaliśmy o angielskim safeguardingu. Przecież związek powołał koordynatora ds. bezpieczeństwa dzieci. Gdzie lepiej będzie mógł się on wykazać? Tu nie ma innej drogi: albo dowodów brak i uznajemy, że cała akcja jest krucjatą rodziców względem niczemu nie winnemu trenerowi (choć same screeny w artykule wskazują, że na to szanse są nikłe), albo… zawiesić nie tylko trzeba jego licencję, a zadbać, by człowiek ten nie mógł się zbliżać już do obcych dzieci w żadnej roli…
PRZEMYSŁAW MAMCZAK
Fot. Canva
Obserwuj @pmamczak
KOMENTARZE DODAJ KOMENTARZ