Wywiady

Wypatrzony w 7 minut. Maciej Mas o treningach we Włoszech

Podróżowanie w czasie pandemii po innych krajach? W wyjątkowych przypadkach można wrócić do ojczyzny. Jak wygląda taki powrót? Ile trwa podróż? Kto i na jakiej podstawie wydaje zgodę? Temat koronawirusa we Włoszech przybliżył nam zawodnik Cagliari Calcio, Maciej Mas.

Mas to 18-letni napastnik, który zimą tego roku trafił do Cagliari z GKS-u Bełchatów. Dyrektor sportowy tego klubu przyjechał do Polski po innego zawodnika, ale wpadł mu w oko właśnie wychowanek UKS-u SMS-u Łódź, który na boisku przebywał… zaledwie 7 minut! Co takiego zrobił, że Włosi od razu dążyli do pozyskania młodego snajpera? W I lidze zagrał w 17 meczach tego sezonu, ale nie zdobył ani jednej bramki.

Czy Polacy trenują inaczej od Włochów? Czym różni się trening pierwszego zespołu od drużyny młodzieżowej? Gdyby nie reforma CLJ, to Maciej Mas nadal byłby zawodnikiem SMS-u?

***

Gdzie aktualnie się znajdujesz? Zdążyłeś wrócić do Polski przed pandemią?

– Jestem teraz w Polsce, natomiast dopiero 3 kwietnia otrzymałem zgodę, aby wrócić do kraju. Teraz czekam na jakąkolwiek informację na temat powrotu, ale nic jeszcze nie wiem.

Jak wyglądał powrót do Polski? Bo niewiele osób w tym okresie miało możliwość powrotu z zagranicy?

– Powrót był naprawdę skomplikowany, bo miałem przesiadki i cała podróż zajęła mi 22 godziny.

Wow. To naprawdę długa i wyczerpująca podróż. Jak to dokładnie wyglądało? Spora grupa osób próbowała podróżować wraz z tobą? Rozmawiałem ostatnio z Grzegorzem Kleemanem (TUTAJ), bramkarzem, który gra w Hiszpanii. Jego podróż trwała 17 godzin. Panował ogólny chaos. 

– Leciałem z Cagliari do Rzymu, z Rzymu do Frankfurtu i z Frankfurtu do Berlina. Na koniec jakoś z Berlina musiałem się dostać do domu, do Polski. Miałem sporo czekania na lotniskach, na których było naprawdę mało ludzi, wszystko praktycznie pozamykane, nic przyjemnego, naprawdę… dochodzą do tego jeszcze te wszystkie środki ostrożności, to naprawdę wszystko  zajmuje dużo czasu, ale cieszę się, że finalnie udało mi się dotrzeć do domu bez większych problemów.

Zaznaczyłeś, że otrzymałeś zgodę na powrót. Mowa tu tylko o zgodzie od klubu? Czy o instytucjach państwowych?

– Zgoda klubu to jedno, ale jeszcze trzeba było zorganizować zgodę od władz Sardynii na opuszczenie wyspy, o które trzeba się ubiegać 48 godzin przed planowanym odlotem.

Trudno taką zgodę otrzymać od władz Sardynii?

– Trzeba podać dane osobowe, a podaniem powodu zajmuje się klub. Pamiętam, że ja tylko podawałem swoje dane, a resztą zajmował się klub.

Długo czekałeś na decyzję? Jak to wyglądało – najpierw decyzja i potem kupujesz lot? Czy najpierw kupujesz lot i ubiegasz się o pozwolenie na opuszczenie Sardynii?

– Czeka się 48 godzin. Trzeba było najpierw pokazać władzom Sardynii plan powrotu, a po tym, jak wyrażą zgodę, kupuje się bilety.

Plan powrotu? Czyli to ty z klubem musiałeś ustalić, w jaki sposób wrócisz? Rozumiem, że wszystkie przesiadki były planowane?

– Tak, wspólnie z klubem szukaliśmy najlepszego połączenia, a że wybór był naprawdę mały, to musiałem wybrać taką ciężką podróż.

A jak inni zawodnicy z akademii i pierwszej drużyny? Też dążyli do powrotów do ojczystych krajów?

– Tak, nawet Włosi, którzy mieszkają poza Sardynią, musieli długo czekać na zgodę na powrót, z resztą podobnie jak ja. Ale ostatecznie nie wszyscy wrócili do domów.

Jesteś w stałym kontakcie z klubem, zawodnikami i trenerami?

– Oczywiście, dostajemy wskazówki do indywidualnego treningu i często też mamy zajęcia z trenerem od przygotowania motorycznego na FaceTime.

Jak często? Jak w ogóle wygląda twój tydzień pod względem treningów? Jestem ciekawy czy czymś różni się rozpiska indywidualna z Cagliari od polskich akademii?

– Trenuję codziennie lub 6 dni w tygodniu, ale aktywność fizyczną mam codziennie, a treningi od Cagliari mamy np. jeden tydzień na FaceTime – ćwiczenia na macie, typowo siłowe, a następny tydzień dla przykładu – treningi bez FaceTime, czyli treningi biegowe. Generalnie, co tydzień dostajemy nowy plan, więc to wszystko bardzo się zmienia, ale mniej więcej tak to wygląda.

Do Polski wróciłeś 3 kwietnia, czyli gdy tak naprawdę szalał koronawirus, to ty byłeś we Włoszech. Jak to wyglądało z twojej perspektywy? Włosi rzeczywiście olewali sobie temat wirusa?

– Nie wiem, jak to wyglądało na zewnątrz, bo odkąd padła decyzja o zawieszeniu treningów, bodaj 9 marca, to rzadko wychodziłem z mieszkania… ale klub dość poważnie to wszystko traktował.

Jak wygląda kwarantanna? Bo na pewno musiałeś ją przejść po przyjeździe do Polski?

– Zgadza się, nic nadzwyczajnego, codziennie o podobnej porze w okolicach godziny 10-11 przyjeżdżała policja zobaczyć czy jestem, ja się pokazywałem, pytali, czy wszystko w porządku i tyle.

A masz informacje, czy ktoś z klubu zachorował na koronawirusa?

– Nic mi nie wiadomo na ten temat, wszyscy zdrowi, z tego co wiem.

Wiesz coś o powrocie na boisko, treningach grupowych w Cagliari?

– Żadnych pewnych informacji jeszcze nie ma.

A wiesz coś o Primaverze? Czy Włosi planują w ogóle dokończyć te rozgrywki? Czy raczej tam w ogóle jeszcze nie myślą o piłce?

– Są plany, aby Serie A i Primaverę dokończyć. Z tego, co wiem, młodsze drużyny skończyły już rozgrywki. Mam na myśli drużyny U-17 i U-15. One już sezonu nie wznowią.

Co głównie porabiasz w czasie pandemii, gdy nie trenujesz?

– Głównie staram się wykorzystać czas z rodziną, z którą nie przebywam na co dzień, ale nie potrafię żyć bez żadnej aktywności fizycznej, więc również dochodzi do tego jakiś rower czy nawet siatkonoga z tatą.

Jak to się stało, że trafiłeś do Cagliari? Proszę przedstaw kulisy transferu.

– Dyrektor sportowy Cagliari był na meczu w Bełchatowie, bo był oglądać kogoś innego, ja w tym meczu wszedłem na ostatnie 7 minut i po tych siedmiu minutach był zdecydowany, że chce mnie w Cagliari. Wszystko działo się bardzo szybko, nie mogłem wtedy w to uwierzyć. Cagliari było bardzo konkretne i zdecydowane, nie było większych problemów z moimi przenosinami, choć potrzebowaliśmy zgody Bełchatowa na skrócenie wypożyczenia i zgody SMS-u na wypożyczenie do Cagliari. Ostatecznie wszystko się udało, więc się cieszę.

Co ty takiego zrobiłeś przez te 7 minut na boisku, że zdecydowali się ciebie pozyskać?

– Nie strzeliłem wtedy bramki. Wszedłem i dałem z siebie tyle, ile mogłem. Dyrektor sportowy Cagliari zwrócił uwagę na kilka rzeczy, potem zobaczył nagrania z innych meczów i dostrzegł pewne zachowania, które mam we krwi. To mu zaimponowało.

Opowiedz, jak wyglądał twój pierwszy dzień w Cagliari? 

– Pierwszy dzień to głównie testy medyczne, podpisanie kontraktu, a później trening. Wszystko nowe, w innym języku. Generalnie byłem pod wrażeniem całej bazy i naprawdę dobrych warunków jak na młodzieżową drużynę.

Miałeś problem z aklimatyzacją? Czułeś się samotny, czy swobodnie wprowadziłeś się do nowego środowiska?

– Pierwsze kilka dni były dość ciężkie, bo tak naprawdę ciągle ktoś musiał mi coś pokazywać, tłumaczyć. Byłem zależny od innych, później, kiedy już wszystko poznałem, to było już w porządku.

A jak wygląda u ciebie kwestia komunikacji i języka obcego?

– Początkowo oczywiście po angielsku, ale stopniowo coraz więcej mówię po włosku.

Trenerzy znają angielski? Zwracają się bezpośrednio do ciebie? Czy już te podstawowe zwroty piłkarskie znasz i wiesz, co od ciebie wymagają trenerzy?

– Na początku, gdy był trener Canzi, to było mi łatwo, bo świetnie mówił po angielsku i wszystko mogłem bez problemu zrozumieć. Lecz on chciał też, żebym nauczył się języka włoskiego i z czasem coraz częściej zwracał się do mnie po włosku, ale jeśli były jakieś skomplikowane rzeczy do przekazania, to oczywiście mogłem liczyć na to, że powie mi to po angielsku. Teraz już rozumiem podstawowe komunikaty boiskowe po włosku.

Masz kontakt z Sebastianem Walukiewiczem? Pomagał ci w procesie aklimatyzacji w Cagliari?

– Tak, mam, spotkaliśmy się, opowiedział mi trochę, a teraz jesteśmy w stałym kontakcie.

Patrząc na twoje statystyki w drużynie Cagliari U-19, można odnieść wrażenie, że szybko wkomponowałeś się do nowego zespołu. I z marszu zacząłeś strzelać. Cztery gole w sześciu meczach. Niepotrzebny był proces aklimatyzacji i przyzwyczajanie się do nowego stylu gry?

– Oczywiście, że był potrzebny, ale chyba idealnie trafiłem z formą i udało się strzelić szybko kilka bramek, oby tylko tak dalej.

Czy Włosi trenują inaczej od nas? Jak wygląda intensywność na treningach?

– Grałem w drużynie GKS-u Bełchatów, gdzie intensywność też była bardzo wysoka, więc może w tym aż takiej różnicy nie było, natomiast pod względem motorycznym we Włoszech jest więcej biegania niż w Polsce, ale za to w Polsce było więcej siłowni. Jeśli chodzi o boisko, to zdecydowanie więcej taktyki, wariantów otwarcia gry od bramki, nie pozostawiają nic przypadkowi. Generalnie dużo więcej ćwiczeń z piłką przy nodze.

Dużo nowości? Trudno było tobie to załapać?

– Dzięki temu, że trener doskonale mówił po angielsku, to nie miałem z niczym problemu, ale to prawda kilka nowych rzeczy było, ale udało mi się dość szybko odnaleźć w tym wszystkim.

Co najbardziej cię zaskoczyło po przyjeździe do Cagliari?

– Myślę, że najbardziej zaskoczyło mnie bardzo profesjonalne podejście i organizacja drużyny Primavery – zawodników, sztabu, wszystkich. W Polsce w drużynach nie zawsze jest takie profesjonalne podejście, a tu w Cagliari U- 19, organizacja i podejście do zawodnika jest na bardzo wysokim poziomie.

To może skupmy się bardziej na tej organizacji. Co masz dokładnie na myśli? I to pewnie się z tym wiążę, ale wypukle ten temat, sztab szkoleniowy w Primaverze, jak wygląda? 

– Co do organizacji to mam na myśli wyjazdy, a raczej wyloty na mecze, na pewno nie jest łatwo organizować coś takiego, co jakieś dwa tygodnie, a tu jest zawsze wszystko gotowe na czas. W sztabie jest pierwszy trener, asystent trenera, trener bramkarzy, trener od przygotowania motorycznego, dwóch fizjoterapeutów na każdym treningu i analityk, który tylko i wyłącznie zajmuje się nagrywaniem każdego treningu.

Czy jest jakiś zawodnik, który zrobił na tobie wielkie wrażenie w zespole U-19? I pomyślałeś: “dlaczego on jeszcze nie gra w Serie A”?

– Największe wrażenie zrobił na mnie Riccardo Ladinetti, kapitan naszej drużyny, defensywny pomocnik. Świetnie wyszkolony zawodnik z cechami przywódczymi. Nie jestem pewien, czy już jest na takim poziomie, aby regularnie występować w Serie A, ale tak, jak mówię, to on zrobił na mnie największe wrażenie.

Ze względu na umiejętności czysto piłkarskie? Czy to, jak się zachowuje na boisku?

– Przede wszystkim na umiejętności piłkarskie, ale zachowania na boisku również są imponujące, widzi wiele rzeczy, a także potrafi odpowiednio zmotywować resztę drużyny.

Czy pierwszy trener Cagliari obserwuję wnikliwe waszą drużynę? Walter Zenga w marcu objął stanowisko szkoleniowca pierwszego zespołu, ale możesz odnieść się również do jego poprzednika, Rolando Marana. 

– Trener Maran był na bieżąco z postępami zawodników Primavery, choćby dlatego, że dość często miał okazję przyjrzeć się wielu z nas na treningu pierwszej drużyny.

Też miałeś już okazję trenować z pierwszą drużyną?

– Tak, byłem na kilku treningach.

To było za kadencji trenera Marana, tak? Jak wrażenia?

– Tak, było to na pewno fajne uczucie przebywać na boisku z takimi zawodnikami, których wcześniej mogłem tylko oglądać w telewizji. W skrócie – bardzo duża intensywność.

A jak byś mógł scharakteryzować bardziej szczegółowo, jak te treningi wyglądały? Myślę, że to ciekawy wątek. I jak byś mógł zestawić to z treningami w Primaverze. Trenuje się tak samo?

– Chłopaki z Primavery aż tak dużego udziału w treningach pierwszej drużyny nie mają. Mam na myśli to, że nie uczestniczą we wszystkich grach, ale samo bycie tam i w mniejszym, bądź większym stopniu, branie udziału w takim treningu, pozwala ocenić i porównać. Tak, jak mówię – osobiście największą różnicę odczułem w intensywności, konkretniej w tym, że trzeba zdecydowanie szybciej myśleć, w Primaverze jest trochę więcej miejsca, trochę więcej czasu na pomyślenie, co zrobić z piłką. W pierwszej drużynie tego nie ma, bo pół sekundy za długo pomyślisz i tracisz piłkę. Bardzo agresywna gra w defensywie.

Na treningu pierwszej drużyny największe wrażenie robi Radja Nainggolan?

– Tak, to prawda i nie chodzi tu o samo nazwisko, ale rzeczywiście o umiejętności. Mam na myśli to, że gdybym przyszedł na trening, nikogo nie znając z nazwisk, to i tak wskazałbym właśnie Nainggolana na zawodnika, który zrobił na mnie największe wrażenie.

Luigi Lavecchia to postać szerszej publice może nieznana, ale grywał w Serie A, ma też na swoim koncie sporo meczów w Serie B. To były piłkarz Juventusu czy Bolonii. Jakim on jest trenerem i człowiekiem? W jakim stopniu zdążyłeś już go poznać?

– Jest z nami dość krótko, po przejściu do nas bardziej oddał pałeczkę trenerowi Agostiniemu, i obserwował więcej z boku, aby każdemu z nas się przyjrzeć, ale z czasem coraz bardziej przejmował stery. Sprawia wrażenie dobrego trenera, jest pomocny i także jest fanem ciężkiej pracy. Niestety, nie zdążyliśmy zagrać meczu pod jego wodzą, ale mam nadzieję, że to nastąpi jak najszybciej.

Jak wygląda twoja edukacja? Nie chodzi mi o ten moment, ale od momentu wyjazdu do Włoch?

– Odkąd przeprowadziłem się do Włoch, zaliczam przedmioty zdalnie, przez internet, jakoś udało mi się to wszystko pozaliczać.

A jakby wyglądała sytuacja z maturą?

– Skupiłem się na tym, aby zdać klasę, bo to był w ogóle fundament do tego, aby cokolwiek myśleć o maturze w tym roku lub w innym, dlatego mówiąc na początku nauczycielom, że nie zdaję matury w tym roku, oni wzięli to pod uwagę. I bez większych problemów udało mi się skończyć liceum.

A planujesz zdać maturę w przyszłym roku?

– Pomidor? (śmiech)

Dobrze, nie było pytania.

– Jeden pomidor się należy! (śmiech)

Do Włoch wyjechałeś sam? Czy towarzyszył ci ktoś bliski? I czy szybko odnalazłeś się w nowym otoczeniu? Bo wcześniej byłeś mocno związany z województwem łódzkim i go nie opuszczałeś.

– Tak, wyjechałem sam, jestem taką osobą, że dość szybko się przyzwyczajam do nowych miejsc, więc dość szybko poczułem się swobodnie. Masz racje, wcześniej raczej województwa nie opuszczałem, ale już bardzo długo mieszkam poza domem.

W zeszłym roku rozmawiałem trochę dłużej z trenerem Mirosławem Dawidowskim. I gdy poruszyliśmy temat reformy CLJ (TUTAJ) powiedział mi, że właśnie z tego powodu musiałeś odejść z SMS-u Łódź. Gdybyś mógł grać w CLJ, zostałbyś w SMS-ie?

– Zaskoczyłeś mnie trochę tym pytaniem. Nie jestem przekonany, czy zostałbym w SMS-ie, bo już po moim ostatnim sezonie czułem, że to ten moment, aby odejść, tym bardziej, że pojawiło się naprawdę wiele ofert. Jednak prawdą jest to, że reforma CLJ jeszcze bardziej przekonała mnie w tym, że pora odejść. Ale tak jak mówię, nie była to jedyna i główna przyczyna.

Jak wspominasz okres spędzony w tym klubie?

– Był to klub, w którym byłem najdłużej i to tam przygotowywałem się, do wypłynięcia na szersze wody. Przeżywałem tam bardzo dużo wzlotów i upadków, ale cieszę się, że to właśnie z SMS-u odszedłem do pierwszoligowego GKS-u Bełchatów, z którego oczywiście przeniosłem się do Cagliari. Bardzo dużo zawdzięczam temu klubowi i trenerom, wspaniałe miejsce dla młodych zawodników, niczego tam nie brakuje.

Mówiłeś o tym, że było kilka ofert oprócz Bełchatowa. Dlaczego zdecydowałeś się na GKS? Dlatego, że blisko domu?

– Nie sugerowałem się jakoś bardzo lokalizacją, choć na pewno dla mamy to była dobra informacja, że będę blisko domu (śmiech), natomiast ja starałem się wybrać klub, w którym będę miał realną szansę na dość regularną grę i który będzie naprawdę mnie chciał. Także interesował mnie poziom, czułem, że poradzę sobie w I lidze, wiec zdecydowałem się na Bełchatów, mimo tego, że były propozycje z Ekstraklasy.

W Bełchatowie grałeś dosyć często, bo wystąpiłeś w 17 spotkaniach i osiem razy zaczynałeś w pierwszym składzie. Ale brakowało ci liczb, jak na napastnika. Zero goli w pierwszej lidze. Za wysoki poziom? Blokada?

– Myślę, że nie chodziło o to, że był to za wysoki poziom, bo mimo braku goli, tak jak mówisz, trener Artur Derbin dość często na mnie stawiał, czy to od pierwszych minut, czy wpuszczał z ławki w drugiej połowie. Bardziej bym podejrzewał, że to jakaś blokada. Mimo wszystko GKS preferował dość defensywny styl gry, więc to nie było też tak, że co mecz marnowałem po pięć stuprocentowych sytuacji. Tylko po prostu czegoś brakowało, nie jestem do końca pewny, co to było, ale to już historia. W Bełchatowie także nauczyłem się sporo, bo trener Derbin naprawdę dobrze wprowadzał tak młodych zawodników jak ja. To, że dawał mi tyle szans, pozwoliło mi w pewien sposób się „pokazać” i między innymi też dlatego teraz jestem, gdzie jestem.

Pociągnę jeszcze temat Bełchatowa. Jak ci się współpracowało z trenerem Derbinem? Często rozmawialiście? Jak podchodził do tego, że tych bramek nie strzelasz?

– To jeden z najlepszych trenerów, z jakimi miałem okazję pracować. Od samego początku mówił, nad czym muszę się skupić, pokazał mi, w jaki sposób mogę wykorzystywać moje warunki fizyczne. Bardzo często ze mną rozmawiał indywidualnie i pokazywał na zapisach wideo moje poruszanie się w polu karnym. Podnosił mnie często na duchu, bo poza tym, że to świetny trener, to w dodatku jeszcze bardzo dobry człowiek, wieczny optymista.

Jak wygląda twoja sytuacja kontraktowa? Wiesz coś na ten temat czy zostaniesz w Cagliari na dłużej? Bo umowę masz do 30 czerwca, tak?

– Tak, mam umowę do 30 czerwca, ale nie wiem nic o tym, co dalej. Niebawem powinno się to wyjaśnić.

ROZMAWIAŁ ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Newspix