Weszło Junior

Trenerzy w zagranicznych klubach. Na kogo stawia się najczęściej?

Wyobrażacie sobie, że średniak ligi niemieckiej oraz włoskiej dzwoni do Dariusza Żurawia czy Waldemara Fornalika z propozycją, żeby objęli Hoffenheim lub Torino? My też nie. Dlaczego tak mało polskich szkoleniowców pracuje za granicą? Trenerzy jakiej narodowości przeważają w czołowych ligach Starego Kontynentu?

Nie jest tak, że nasi rodacy zupełnie nie potrafią znaleźć sobie zatrudnienia poza granicami Polski, tylko robią to bardzo rzadko i najczęściej trafiają na piłkarskie peryferia. Kto z polskich szkoleniowców może pochwalić się, że prowadził klub z europejskiego TOP 5? Henryk Kasperczak i Zbigniew Boniek, ale było to lata temu.

74-latek w trakcie swojej kariery piłkarza trafił ze Stali Mielec do FC Metz, gdzie później został trenerem. Z tym klubem sięgnął w sezonie 1983/1984 po Puchar Francji gwarantując sobie, że przez długie lata nie mógł narzekać na brak ofert ze strony francuskojęzycznych pracodawców. Natomiast “Zibi” wyrobił sobie we Włoszech dobrą markę jako piłkarz Juventusu oraz Romy, przez co w sezonie 1990/1991 objął Lecce, a później trafił do Bari.

Kolejne przykłady? Brak. Jan Urban prowadził drużynę w Segunda División, a Franciszek Smuda w Bundeslidze 2. Były też liczne wyjazdy na Cypr i Grecję, niektóre nawet całkiem udane. Przecież taki Jacek Gmoch zdobywał tytuły w obu tych krajach i nawet został honorowym obywatelem Grecji. Ogólnie jednak – bez szału…

Dlaczego Polacy nie są chętnie zatrudniani w zagranicznych klubach? Bo nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Boli? No i ma boleć, ale taka jest prawda. Czy któryś z naszych szkoleniowców jest znany ze swojej niesamowicie ciekawej wizji futbolu? Czy w Ekstraklasie pracują taktyczni geniusze? Czy inne kluby czerpią z naszych wzorce? Nie, nie i jeszcze raz nie.

Dostać się do czołowych lig Starego Kontynentu nie jest łatwo i wszyscy o tym wiedzą, ale naszych trenerów nie ma nawet w tych trochę mniej czołowych. Holandia, Turcja, Portugalia, Belgia, Rosja – tam również nie znajdziemy szkoleniowców znad Wisły.

Wygląda to źle, a jeżeli porównamy się z innymi nacjami, to ze źle robi się – dramatycznie. Nie było w tym stuleciu polskiego trenera, który prowadziłby dłużej niż pięć meczów zespół z europejskiego TOP 10! W tym wieku, czyli od dwudziestu lat. Nie, że ostatnio się uparli i nie chcą ich zatrudniać.

Nawet Islandia potrafiła mieć swoich przedstawicieli w lidze belgijskiej, Mołdawia – w Rosji. Możemy “mierzyć się” jedynie z Litwą, Estonią oraz krajami wielkości niektórych naszych województw.

O TYM PROBLEMIE PISAŁ TEŻ PRZEMYSŁAW MAMCZAK W SWOIM FELIETONIE. [LINK]

Dobrze, jeżeli nie zatrudnia się naszych, to kogo? Trenerzy jakiej narodowości najczęściej pracują poza granicami swojego państwa? Kto stoi za sterami najlepszych klubów świata?

Posłużymy się danymi z CIES. Szwajcarscy analitycy przeanalizowali 128 lig z całego globu i wyszło im, że najczęściej zatrudnia się szkoleniowców z… Argentyny.

Marcelo Bielsa w Leeds United, Diego Simeone w Atletico Madryt. Okej, no to mamy dwóch, a gdzie reszta?

Owszem, w zagranicznych zespołach pracuje najwięcej Argentyńczyków, ale… głównie w ligach Ameryki Południowej. Na Starym Kontynencie nie znajdziemy ich zbyt wielu. Był jeszcze Mauricio Pochettino, lecz po odejściu z Tottenhamu nie znalazł do tej pory nowego miejsca pracy.

Hiszpanie są piłkarską potęgą, mają jedną z najlepszych lig na świecie, mocną reprezentację. Dlatego nie dziwi fakt, że trenerzy z tego kraju są chętnie zatrudniani w zagranicznych klubach. Najlepszy przykład? Pep Guardiola, który prowadził niemiecki Bayern Monachium, a od kilku sezonów jest związany z angielskim Manchesterem City.

I to nie jest jeszcze jego ostatnie słowo. Szkoleniowców z Półwyspu Iberyjskiego znajdziemy w 21 różnych krajach.

Dla wielu zaskoczeniem może być nacja, która uplasowała się na trzecim miejscu. Mowa o… Serbii. Warto dodać, że trenerów z Bałkanów zatrudnia się w największej liczbie państw – 24, przez co Serbowie biją nawet Hiszpanów czy Argentyńczyków.

Przykład serbskiego trenera z czołowej ligi? Siniša Mihajlović w Serie A. Czy trzeba być europejską potęgą, żeby szkoleniowcy znajdowali pracę poza granicami własnego państwa? Jak widać – nie.

Ligę Mistrzów w sezonie 2019/2020 wygrała drużyna z niemieckim trenerem na ławce, a łącznie w półfinałach było ich aż trzech. Bayern Monachium i RB Lipsk się nie liczą, bo to kluby z własnego podwórka, ale już za sterami francuskiego Paris Saint-Germain również stał Niemiec.

Rok wcześniej w tych rozgrywkach triumfował przecież Jürgen Klopp z Liverpoolem.

Gdzie jest słynna holenderska szkoła? Na dwunastym miejscu, za: Włochami, Portugalią, Urugwajem, Anglią, Brazylią, Kolumbią oraz Francją. Holendrzy są jednak zatrudniani głównie w najlepszych ligach, dlatego ich liczba (13) nie jest tak duża.

Prowadzić zagraniczną drużynę, a prowadzić czołową zagraniczną drużynę, to zupełnie coś innego. Na nikim nie robi wrażenia, że Argentyńczycy prowadzą drużyny w Kolumbii, Chile czy w Ekwadorze.

Kto prowadzi najlepsze kluby Europy? Sprawdźmy:

  1. Bayern Monachium (Niemcy) – Hansi Flick (Niemcy)
  2. Real Madryt (Hiszpania) – Zinedine Zidane (Francja)
  3. FC Barcelona (Hiszpania) – Ronald Koeman (Holandia)
  4. Atletico Madryt (Hiszpania) – Diego Simeone (Argentyna)
  5. Juventus (Włochy) – Andrea Pirlo (Włochy)
  6. Manchester City (Anglia) – Pep Guardiola (Hiszpania)
  7. Paris Saint-Germain (Francja) – Thomas Tuchel (Niemcy)
  8. Sevilla (Hiszpania) – Julen Lopetegui (Hiszpania)
  9. Manchester United (Anglia) – Ole Gunnar Solskjær (Norwegia)
  10. Liverpool (Anglia) – Jürgen Klopp (Niemcy)
  11. Arsenal (Anglia) – Mikel Arteta (Hiszpania)
  12. Szachtar Donieck (Ukraina) – Luís Castro (Portugalia)
  13. Borussia Dortmund (Niemcy) – Lucien Favre (Szwajcaria)
  14. Tottenham Hotspur (Anglia) – José Mourinho (Portugalia)
  15. Olympique Lyon (Francja) – Rudi Garcia (Francja)

Trzech trenerów z Niemiec, po dwóch z Hiszpanii oraz Portugalii. Według rankingu UEFA, w najlepszych piętnastu klubach jest aż pięć drużyn z Anglii, za to… żadnego angielskiego trenera.

Czy kogoś to dziwi? Nie bardzo, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że ostatnim Anglikiem, który triumfował na krajowym podwórku był Howard Wilkinson w sezonie 1991/1992. Tym przed erą Premier League.

Bądźmy realistami. Nasi trenerzy nie muszą prowadzić Realu z Barceloną, ale fajnie byłoby zobaczyć jakieś polskie nazwisko, nawet w słabszych, ale jednak zagranicznych ligach.

Co musi się stać, żeby tak było? Trzeba osiągnąć jakiś sukces. Jerzy Brzęczek już wspiął się na szczyty europejskiego futbolu, a jakoś jego telefon nie jest rozgrzany do czerwoności, więc nie jest to takie proste. Polski zespół z polskim trenerem na ławce musiałby się pokazać z bardzo dobrej strony w europejskich rozgrywkach, najlepiej – kilka razy.

Na to się jednak nie zapowiada.

Inną drogą, trochę łatwiejszą, ale mniej dostępną, jest wykorzystanie swojego nazwiska. Nie mamy wątpliwości, że jeżeli Robertowi Lewandowskiemu uwidzi się kiedyś, że chciałby zostać trenerem, to nie będzie startował z pułapu naszej ligi.

“Lewy” nie ma jednak zamiaru podążyć tą ścieżką, a zdecydowanie bliżej do zostania szkoleniowcem jest Łukaszowi Piszczkowi. Czy zawodnik Borussii Dortmund przełamie polską niemoc? Ciężko wyrokować, ale akurat on ma na to jakąś szansę.

BARTOSZ LODKO

Fot. CIES, Newspix, za: CIES, Michał Trela Blog