Wywiady

Piłkarskie dzieciństwo: Bartłomiej Konieczny

Bartłomiej Konieczny odmówił Stefanowi Majewskiemu wyjazdu na trzytygodniowy obóz do Hiszpanii z Amicą Wronki, bo bał się… zaległości w technikum. Jak wspomina swoje początki z piłką?

Jak zaczęła się pana piłkarska przygoda?

– Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się od biegów przełajowych. Zawsze zajmowałem wysokie miejsca, startowałem ze starszymi rocznikami. W pewnym momencie, gdy wchodziłem na dłuższe dystanse, stwierdziłem, że to jednak nie dla mnie, więc odpuściłem. Piłkę nożną regularnie oglądałem w telewizji, pamiętam czasy Marco van Bastena i Ronalda Koemana. Kiedyś nie pokazywano tylu meczów, co obecnie, więc z utęsknieniem czekało się na jakieś spotkanie. Doszedłem do wniosku, że na boisku mogę przecież dalej biegać, a tak się nie zmęczę, więc będę piłkarzem.

I rozpoczął pan treningi w Zjednoczonych Przytoczna.

– Na pierwsze zajęcia poszedłem dopiero w wieku 12 lat. Nasz nauczyciel historii organizował mecze międzyklasowe, była nawet liga. Patrzył tak na mnie i pewnego razu zaproponował, żebym przyszedł do niego na trening, do grupy 16-latków. Odpowiedziałem, że oczywiście. Nie mogłem się doczekać pierwszych zajęć i już sześć miesięcy później odnieśliśmy pierwszy sukces, bo zostaliśmy mistrzami byłego województwa gorzowskiego. Przypomnę – ja miałem 12 lat, a koledzy z drużyny byli o cztery lata starsi. Do dzisiaj mamy fajny kontakt. Tak wyglądały moje początki.

Jakie panowały wówczas warunki treningowe w Zjednoczonych?

– Nie pamiętam już dokładnie, ale na całą drużynę były pewnie ze trzy piłki. Trzy dobre. Nie mieliśmy siatek w bramkach, ale to nie było istotne, bo dla nas najważniejsze było, że mogliśmy wyjść na boisko i sobie pokopać. Nie da się tego porównać z warunkami, które są teraz w akademiach.

Od początku występował pan na pozycji obrońcy?

– Cały czas grałem w obronie.

Dzieciaków raczej ciągnie do ataku.

– No właśnie, ale czułem jakąś taką odpowiedzialność… Wręcz chciałem kiedyś zostać bramkarzem. Kto wie, może wyszedłbym na tym lepiej?

Warunki pan ma.

– Tak, tylko że raz kolega nie przyszedł na mecz, stanąłem między słupkami i nie czułem się zbyt pewnie. To nie było to.

Kto był pana piłkarskim idolem?

– Ronald Koeman.

Czyli trzymał pan kciuki za Barcelonę?

– Tak, za to mój brat kibicował Milanowi. Pamiętam, jak „Duma Katalonii” przegrała z nimi 0:4 w finale Ligi Mistrzów. Miałem przerąbane przez pół roku (śmiech).

Co było pana piłkarskim marzeniem w dzieciństwie?

– Oczywiście chciałem grać w Barcelonie. Kto by nie chciał? Mając 14 lat, tata zauważył moje predyspozycje i upór do tego, żeby grać w piłkę. W Amice organizowano wówczas testy, do Wronek mieliśmy 60 kilometrów, więc powiedział, że mnie zawiezie, pokazałem się i… wyszło.

Jak wyglądała u pana nauka? Szkoła i oceny były ważne?

– Owszem. Tata zawsze mi powtarzał, że w piłce liczy się głowa i to ona zdecyduje o tym, czy komuś uda się coś osiągnąć. Szkoła była dla mnie ważna. Była nawet taka historia, że miałem jechać z pierwszą drużyną Amiki na trzytygodniowy obóz do Hiszpanii. Byłem na przedostatnim roku w technikum, na profilu elektronika i dosyć ciężko radziłem sobie z różnymi układami, podłączaniem. Zwłaszcza, że ta szkoła pilnowała uczniów: jesteś piłkarzem? To ci udowodnię, że nic nie umiesz. Stwierdziłem, że jak nie będzie mnie przez trzy tygodnie na zajęciach z elektroniki, podłączania rezystorów itd., to mogę sobie nie poradzić. Powiedziałem wtedy trenerowi Stefanowi Majewskiemu, że szkoła jest dla mnie ważna. Zrozumiał to, powiedział, że jak wrócą z obozu, to wrócę do zespołu i tak było.

W wieku 14 lat debiutował pan w ówczesnej III lidze, więc musiał się pan wyróżniać w drużynach młodzieżowych.

– Wyróżniałem się na pewno warunkami fizycznymi. W mniejszych ośrodkach zwracano wówczas na to dużą uwagę. Byłem szybki, zadziorny i miałem dobre uderzenie, więc było mi łatwiej się dostać. Udało mi się zadebiutować w pierwszym zespole, zanim odszedłem do Amiki Wronki za „ileśdziesiąt” piłek (śmiech).

Trenerzy liczyli na to, że uda się panu zagrać na najwyższym poziomie?

– Ogólnie rzecz biorąc, życie piłkarza jest sumą szczęść i nieszczęść. Miałem masę szczęścia, bo na początku dostałem się do Amiki, potem był drugi rzut i się nie dostałem, ale już jedną nogą tam byłem, przez pół roku się uczyłem, w klubie na szczęście zmienili trenera, przyszedł Ryszard Łukasik i zapytał czemu ten chłopak nie jest u niego w drużynie. Dostałem się do Amiki jako niby ten ostatni, a potem jako jedyny zagrałem w Ekstraklasie.

Zabawna jest historia, jak dostałem się do drugiego zespołu, Pojechałem z Amicą na MP U-17 i udało nam się wygrać, a ja walczyłem o tytuł najlepszego strzelca, bo ciocia mnie podpuściła, że tata obiecał, że za każdą bramkę dostanę stówę. To byłyby duże pieniądze. Jak się rozstrzelałem, to potem już tata tylko prosił, żebym w finale nie strzelił, a tu pierwsza minuta i łup – bramka. Dostrzeżono mnie gdzieś w strukturach klubu, dostałem się do drugiego zespołu, byliśmy w finale wojewódzkiego Pucharu Polski, siedziałem jako 17-latek na ławce rezerwowych, ale kolega z mojej pozycji doznał kontuzji, musiałem wejść nierozgrzany na boisko i zacząłem tak biegać, że uznano mnie za gracza meczu. Na trybunach siedzieli wtedy Paweł Janas ze Stefanem Majewskim, którzy wzięli mnie chwilę potem do pierwszej drużyny.

O szczęśliwych sytuacjach pan powiedział, ale były też te mniej radosne chwile…

– Przeszarżowałem z treningami, nakładałem na siebie zbyt dużo obciążeń i doznawałem różnych kontuzji. Leczenie różnych urazów zabrało mi trzy lata z piłkarskiej przygody, a i tak przecież jedna kontuzja spowodowała, że zakończyłem karierę.

Któremu trenerowi zawdzięcza pan najwięcej?

– Mógłbym wyróżnić wiele osób. Pierwszą z nich jest Witold Podkowiński, czyli mój pierwszy szkoleniowiec i nauczyciel historii, o którym wcześniej wspomniałem. Potem był Tadeusz Docz, który wprowadzał mnie jako nastolatka do seniorskiej piłki. Następnie prowadził mnie Ryszard Łukasik, on wziął mnie do Amiki i nie wiadomo, co by było, gdyby postąpił inaczej. A po nim był Stefan Majewski, który dał mi szansę w pierwszym zespole Amiki Wronki. W moje umiejętności wierzył również Jurij Szatałow i to dzięki niemu w głównej mierze trafiłem w 2006 roku do Widzewa Łódź. Lista trenerów, którym coś zawdzięczam, jest dosyć długa.

Kiedy zaczął pan zarabiać pierwsze pieniądze z gry w piłkę?

– Był to pierwszy kontrakt z Amicą, który gwarantował mi… 800 złotych brutto. Podpisałem wtedy kontrakt na pięć lat, do 23. roku życia.

Sodówka raczej panu nie groziła.

– Raczej nie, ale jak przychodziła premia za wygrany mecz w Ekstraklasie, to można było wariować. Nawet obecnie nie zarabia się na najwyższym szczeblu rozgrywkowym takich pieniędzy za zwycięstwo.

Jest pan zadowolony ze swojej piłkarskiej kariery?

– Myślę, że wyciągnąłem maksa. Uważam, że przy tych moich urazach i tak udało się sporo osiągnąć. Cieszę się z tego, co mam. Przychodząc do Podbeskidzia, powiedziałem sobie, że chcę rozegrać 100 meczów w Ekstraklasie i to się udało. Miałem nowy plan, ale jego już nie zdążyłem zrealizować…

Jaki był nowy plan?

– Rozegrać 200…

Tego już panu nie udało się osiągnąć. Skończył pan grać w piłkę i zabrał się za szkolenie dzieci i młodzieży. Skąd ten pomysł?

– Już wcześniej o tym myślałem. Spędziłem kilka lat w szkółce Podbeskidzia Bielsko-Biała, a teraz mam własną akademię (jutro na Weszło Junior znajdziecie nasz reportaż z wizyty w szkółce Football4pro – dop. red.) w Bielsku-Białej. Skupiamy się na tym, żeby efektywnie szkolić dzieciaków i trafiały potem do większych ośrodków z całego województwa. Bierzemy udział w różnych turniejach, m.in. w Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” – udało nam się nawet zająć 4. miejsce w Finałach Wojewódzkich na Stadionie Śląskim. Mieliśmy nawet szansę na brąz, prowadziliśmy w decydującym meczu 3:1, ale postanowiłem dać szansę wszystkim chłopakom, rywalom udało się wyrównać i przegraliśmy w rzutach karnych. Było to dla nas piękna przygoda i życzę sobie, żeby takich chwil było więcej.

ROZMAWIAŁ BARTOSZ LODKO

Fot. Newspix