Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

BOOM! We wtorkowy wieczór wybuchła bomba. Huk tego wybuchu dźwięczeć nam w uszach będzie jeszcze przez długi czas. Tak czuję. Choć, w gruncie rzeczy, można powiedzieć, że uchwała PZPN-u o możliwości podnoszenia kwalifikacji trenerskich przez trenerów, którzy posiadają dyplomy pierwszej i drugiej klasy, nie jest dla środowiska szczególnie istotna (masowo), zrobiło się dosyć niesmacznie.

Widziałem, że jest pan zbulwersowany? – zapytał mnie trener Dariusz Pasieka, kiedy w środę próbowałem się do niego dodzwonić. Chodziło mu o lakoniczny artykuł na Weszło Junior, który na bazie komunikatu związku wstawiłem na stronę.

Zbulwersowany? Nie, jestem zaskoczony, a nawet zszokowany – odpowiedziałem, choć mój rozmówca uznał, że to to samo.

Ale czy ktoś, kto bacznie śledził tę sprawę, zszokowany nie był? Czy moje zaskoczenie jest rzeczywiście czymś dziwnym?

Przecież nagle okazało się, że kilka tysięcy złotych wydane na kurs wyrównawczy, wszelkie dojazdy i noclegi oraz zwolnienia z pracy – były w przypadku tysięcy polskich trenerów bezzasadne. Choć związek utrzymywał, że tak być musi, nagle zmienił front i reguły gry, uznając, że wyrównywanie tych kwalifikacji nie będzie problemem.

Związek zwraca uwagę na furtkę, która pojawiła się w konwencji UEFA z roku 2020, co w naszym wywiadzie wyśmiewa radca prawny Marek Stopczyński (oczywiście liczę też na odpowiedź  i wyjaśnienia związku, na które jednak czekam już od środy – wtedy kontaktowałem się z kilkoma osobami z PZPN oraz przesłałem, zgodnie z ich prośbą, pytania, na które chciałbym otrzymać odpowiedzi).

Dla mnie ta sprawa wygląda tak, że od kilku lat wszyscy nieco starsi trenerzy, na każdym kroku psioczyli na związek. – Jak to możliwe, że przez pięć lat uczyłem się fachu na wyższej uczelni, a teraz nagle ktoś każe mi odbyć kurs, który potrwa kilka weekendów i od którego zależeć będzie, czy mój dyplom nadal będzie ważny?! Dlaczego dodatkowo muszę zapłacić za niego 4500 zł?! – pieklili się.

Z roku na rok irytacja ustępowała, bo PZPN twardo trzymał się stanowiska, że konwencja UEFA nie pozwala na inne rozwiązania. Pal licho, że w analogicznej sytuacji Niemcy kilkuset dyplomowanych szkoleniowców uhonorowali licencjami UEFA Pro – u nas pojawiły się kursy wyrównawcze.

Machina ruszyła, tysiące kursantów z portfelami udało się do kas wojewódzkich ZPN-ów i u większości licencje zostały z czasem “wyrównane”. Część tych najbardziej doświadczonych dało sobie z piłką spokój, uznając, że na emeryturze dodatkowe dojazdy i wydatki nie są już im potrzebne, a swoje dla futbolu zrobili. Było jednak tych kilkunastu, którzy postanowili odpalić lont. I ich pod swoje skrzydła wziął Marek Stopczyński, z którym porozmawiałem pod koniec tygodnia.

W tym całym zamieszaniu chichotem losu jest, że ja wcale nie jestem wielkim zwolennikiem AWF-ów. Ani starej ścieżki kształcenia…

Nie zgadzam się z tym, o czym pisał na Twitterze kilka dni temu Marek Wawrzynowski. Z tym, że taka ścieżka to 500-600 dobrych trenerów rocznie więcej. Nie przesadzajmy. Z AWF-ami jest trochę tak, jak z kursami UEFA: znajdziemy uczelnie na fajnym poziomie, tak jak województwa, w których kursy są względnie okej, ale do większości można mieć zastrzeżenia.

Dziś uczelnie wyższe, nie mam na myśli tylko tych sportowych, to model starego świata. Model świata, w którym tytuł magistra był czymś wyjątkowym. Stemplem jakości. Wyróżnikiem dostępnym dla nielicznych. Lecz świat ewoluował i mocno się zmienił. Dziś uczelnie wyższe to ani twarda wiedza na najwyższym poziomie, ani kompetencje przydatne faktycznie w pracy. Ludzie są wykształceni, ale niewiele potrafią. Tak samo jak absolwenci uczelni ekonomicznych nie zawsze są przedsiębiorcami pierwszego sortu, tak większość trenerów po AWF-ach wymaga dużej pracy, by gwarantować boiskową jakość.

I znowu – nie zamierzam deprecjonować wielu wykładowców, bo sam ostatnio zaprosiłem Jana Chmurę do “Jak Uczyć Futbolu” i byłem zachwycony jego pasją, wiedzą oraz sposobem jej przekazywania. Ale jednocześnie mam świadomość, że to jeden z rodzynków, bo większość wykładowców to starej daty profesorowie, którzy będą patrzeć tylko jak uwalić studenta, a którzy jednocześnie nie mają pojęcia co znaczy periodyzacja taktyczna czy trening strukturalny Paco Seirullo. Jeżeli chcemy iść do przodu – musieliby mieć pojęcie, tak jak pojęcie to musieliby mieć wszyscy edukatorzy. Ba, oni musieliby mieć wiedzę znacznie większą niż ambitny student, który dużo czyta.

Bo warunkiem koniecznym, by to wszystko o czym piszę, a o czym wcześniej mówił związek, miało sens, jest wysoki poziom edukatorów w każdym z województw.

Przez te ostatnie lata, kiedy wielu szkoleniowców żaliło mi się, przytakiwałem, jednocześnie zwracając uwagę, że ich wiedza, nabyta często 20 czy 30 lat wstecz, mogłaby ewoluować. Fajnie, by za wyrównywaniem uprawnień poszły nowe trendy, bo piłka się zmienia. W motoryce pojawiło się sporo nowinek, nikt przecież nie pracował w przeszłości tak masowo jak dziś na sport testerach. Zmieniło się pod kątem taktyki. A najbardziej zmieniło się pod kątem metodologii. Jerzy Talaga, kiedy zaprosiłem go do radia, jasno przyznał, że zdaje sobie sprawę, iż jego książki to już przeszłość. Dziś kierunki portugalski czy hiszpański są nie tylko modne, ale w oparciu o nie pracuje cały świat. Ktoś, kto zatrzymał się w poprzedniej epoce, musi się dokształcać.

A więc kiedy słyszałem o złym związku i konieczności wyrównywania licencji, trochę zwykle tego związku broniłem… – Podobno tak mówi konwencja UEFA – powtarzałem za działaczami PZPN, szukając też plusów w rozwoju osobistym każdego. Dodawałem jednak, że kursy te powinny być albo znacznie tańsze, albo nawet i darmowe. Że związek, postawiony pod ścianą, powinien trenerów dokształcić, budując, a nie niszcząc fundament w postaci dobrze wyedukowanych przez uczelnie wyższe pasjonatów.

I to była moja konkluzja, moje proste myślenie. Moje poczucie sprawiedliwości i ocena sytuacji. Tak mi wychodziło “na chłopski rozum”.

Było jednak inaczej, a kursy wyrównawcze nie dość, że straszyły wplątanych w nie szkoleniowców, to jeszcze stanowiły olbrzymi wydatek, co tak naprawdę stało się kością niezgody.

Kilkunastu najwytrwalszych, najbardziej zdeterminowanych w walce o sprawiedliwość, postanowiło się ze związkiem sądzić. Według Stopczyńskiego – będzie wesoło. Ale tylko dla powoda…

Wiadomo, że większość odpuści. Rany się zabliźniły, uprawnienia są, działają i wszystko gra. Po co więc wspominać stare krzywdy? Większość uzna, że szkoda zachodu. Wiemy jak funkcjonują polskie sądy. Komu będzie się chciało przepychać? Żeby ugrać więcej i zdecydować się na roszczenia odszkodowawcze związane z udowadnianiem tego, że dany trener mógł gdzieś pracować, ale przez brak licencji tego nie robił – napracować się będzie trzeba jeszcze więcej. No i widzę też po komentarzach w sieci, że większość ludzi będzie się po prostu… bać konsekwencji. Choć w teorii nic złego im się stać nie może, wiedzą, że w tym środowisku wszyscy się znają, a sprawa przeciwko PZPN-owi czy któremuś z wojewódzkich związków może spowodować, że znajdą się na cenzurowanym…

Podsumowując – nie zmienię nagle frontu, bo nie byłem wielkim przeciwnikiem tego, o czym mówił związek. Lubię systemowe rozwiązania i zaakceptowałem, że licencję UEFA powinni zdobyć wszyscy nią zainteresowani. Nie dostać, a zdobyć. Droga ku unormowaniu tego wszystkiego była moim zdaniem dobra, co podkreślałem też w rozmowach ze zbulwersowanymi interlokutorami. Nieprzemyślanym ruchem było jednak to, że ktoś, kto posiadał uprawnienia wcześniej, poprzez zmianę zasad gry w trakcie jej trwania, musiał za podwyższenie kwalifikacji zapłacić (i to niemałe kwoty).

Swoją drogą, ciekawi mnie – czy skoro PZPN i inne związki nie mają prawa ograniczania wykonywania zawodu innym, to czy licencja UEFA Pro jest w ogóle legalna? Ja się nie znam, ale może któryś z prawników kiedyś zechce to sprawdzić?

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].