Wywiady

“Taka korporacja jak PZPN trzyma łapę na wszystkim, ale trenerzy to nie dojne krowy”

Przymierzałem się do kursu wyrównawczego w 2016 roku. Okazało się jednak, że odbywa się on od niedzieli do środy i trwa dziesięć zjazdów. Pracując w szkole, raz w miesiącu musiałbym brać bezpłatny urlop na kilka dni, na co nie zgodziła się moja pani dyrektor. Zdałem sobie sprawę, że jestem zablokowany – wspomina Paweł Olszowski, były trener m.in. Fabloku Chrzanów i MKS-u Trzebinia Siersza, który od kilku lat sądzi się z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Finał sprawy… tuż tuż.

Na jakim etapie jest pańska sprawa przeciwko Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej?

Zakładamy, że rozstrzygnie się ona w marcu. Wszystko rozpoczęło się w 2019 roku i trwało bardzo długo. Żyjemy w czasach pandemii, z tego powodu przesunięto nam też pierwszą rozprawę. W kwietniu 2019 roku, wraz z panem Markiem Stopczyńskim złożyliśmy pozew o uznanie praw do wykonywania zawodu w pełnym zakresie, bo taki był i jest pierwotny zamysł. Opieraliśmy się na analogicznej sytuacji trenera piłki ręcznej – Krzysztofa Kotwickiego. Minęły trzy lata i można powiedzieć, że coś udało mi się wskórać, bo ustawa z 25 maja bieżącego roku została opublikowana dzień przed moją drugą rozprawą.

W ten sposób mógł pan wnioskować o uprawnienia UEFA A.

Zgadza się. I na 13 grudnia w PZPN w Warszawie wyznaczono mi termin posiedzenia Zespołu Kształcenia i Licencjonowania Trenerów, który rozpatruje wnioski w trybie nadzwyczajnym. Zapowiadała się wycieczka do stolicy, ale ktoś się zreflektował i zmieniono miejsce spotkania – na siedzibę MZPN w Krakowie, w trybie online. Na szczęście, bo spotkanie trwało pięć minut… Komisja zadała dwa oczywiste pytania: w jakich klubach pracowałem na czwartym poziomie rozgrywkowym i po co staram się o licencję UEFA A. Pozytywem było to, że nikt nie robił z tego spotkania egzaminu trenerskiego, ale wydaje mi się, że taka formuła jest stratą czasu, a komisja powinna weryfikować wnioski na podstawie zaświadczeń o pracy. Ja spełniłem kryteria, ale nie spełniają ich wszyscy trenerzy, którzy posiadają licencje trenera I i II klasy. Wszystko przez to, że jednym z punktów uchwały była praca przez dwie rundy z seniorami na czwartym poziomie rozgrywkowym. Tutaj dochodzimy do sytuacji kuriozalnej: pracowałem tam, a w roku 2019 mogłem funkcjonować co najwyżej na poziomie… A-klasy. W tamtym czasie wielkiej woli pojednania w związku nie było.

Czego oczekuje pan od PZPN-u?

Można by rzec, że moje roszczenia zostały zaspokojone, bo pierwotny zamysł był taki, żeby uznano mi prawo do wykonywania zawodu trenera w pełnym zakresie, co osiągnęliśmy pierwszym pozwem. Na drugiej rozprawie złożyliśmy roszczenie alternatywne – o przyznanie licencji UEFA A, gdyby sąd oddalił i nie przyznał licencji UEFA Pro. Można powiedzieć, że w tej chwili wszystko opiera się na uznaniu prawa do wykonywania zawodu w pełnym zakresie i tego się trzymamy. Po tym, jak otrzymałem uprawnienia w grudniu, roszczenie zostanie zmodyfikowane, również w kontekście roszczeń odszkodowawczych, które przysługują mi z tytułu niemożności wykonywania zawodu przynajmniej do 25 maja 2021 roku.

Jakie miał pan wcześniej uprawnienia i w jakich klubach pracował w przeszłości?

Jestem absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Podczas studiów zrobiłem dwuletnią specjalizację trenerską trenera II klasy piłki nożnej. Na dzień ukończenia studiów ten dokument uprawniał mnie do prowadzenia drużyn na poziomie drugiej ligi, wtedy zaplecza Ekstraklasy. Nie jestem trenerem wybitnym, chociaż pewne osiągnięcia mam. Jako trener pracowałem na czwartym poziomie rozgrywkowym w Fabloku Chrzanów, czyli w klubie, z którym byłem zżyty od dziecka. Później pracowałem w klasie okręgowej, a w latach 2013-2014 byłem związany z MKS-em Trzebinia Siersza, który występował w IV lidze. Udało nam się awansować do III ligi i zdobyliśmy Puchar Polski na szczeblu województwa małopolskiego.

Od kiedy nie mógł pan prowadzić zespołów z wyższego szczebla?

W 2015 roku straciłem uprawnienia do pracy w III lidze, a w 2016 roku – na klasę okręgową i juniorów, ponieważ, co jest dla mnie absurdalne, trenerzy I i II klasy nie mogą prowadzić nawet juniorów. Maksymalnie trampkarzy starszych. Ja akurat całe życie pracowałem z seniorami, ale miałem też krótkie epizody pracy z juniorami czy trampkarzami. Jestem nauczycielem w szkole średniej, więc spełniam wszystkie przesłanki, żeby pracować z nastolatkami.

Skąd pomysł, żeby wejść na ścieżkę sądową z Polskim Związkiem Piłki Nożnej, biorąc pod uwagę to, że trenerzy narzekali w całej Polsce, ale jednak… kursy wyrównawcze robili.

Ja też przymierzałem się do rozpoczęcia tego kursu. Znalazłem jednak program kursu trenerskiego UEFA A, popatrzyłem w swój indeks i stwierdziłem, że 95% przedmiotów zrobiłem na specjalizacji i na studiach. W dodatku – na kursie występowały one w mniejszym wymiarze godzinowym. Zrobiłbym więc kurs, który obejmował może ze 25% tego, czego nauczyłem się podczas studiów i specjalizacji… Oczywiście, pojawiły się nowinki technologiczne, ale każdy się rozwija w tym aspekcie i nie trzeba do tego robić specjalnego kursu. Mimo to przymierzałem się, zadzwoniłem do Małopolskiego ZPN-u, żeby zapisać się na kurs w 2016 roku. Wtedy okazało się, że kurs odbywa się od niedzieli do środy i trwa dziesięć zjazdów. Pracując w szkole, raz w miesiącu musiałbym brać bezpłatny urlop na kilka dni, na co nie zgodziła się moja pani dyrektor. Zdałem sobie sprawę, że jestem zablokowany, ale wtedy przeczytałem artykuł o trenerze piłki ręcznej, który był w sytuacji całkiem analogicznej. Skontaktowałem się więc z panem mecenasem i stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia. Tym bardziej, że tego kursu i tak bym nie zrobił. Zdecydowałem się na rozprawę. Tak, jak pan powiedział: takich trenerów jak ja były setki, jeżeli nie tysiące. Wydaje się, że jest to środowisko mocne i odporne psychicznie, ale taka korporacja, jaką jest Polski Związek Piłki Nożnej, trzyma “łapę” na wszystkim. Więc wszyscy podkulili ogony i stwierdzili, że zrobią kursy wyrównawcze. Bo się bali. Wyszło tak, że ja byłem pierwszy. Później z panem mecenasem kontaktowało się jeszcze kilkunastu trenerów, którzy również założyli sprawę przeciwko PZPN-owi.

Spotkaliście się 17 listopada 2021 roku w Warszawie, by poszukać polubownego rozwiązania sporu. Jaka była oferta PZPN-u?

Podobne spotkanie odbyło się przed pierwszą rozprawą. PZPN chciał zobaczyć, kim jest ten frustrat. Co to za facet, który tak miesza? W listopadzie dowiedziałem się, że moje roszczenia mogą być zaspokojone w każdej chwili, bo od ręki mogę przecież dostać już licencję UEFA A. Natomiast usłyszeliśmy też, że dobrze byłoby, gdybyśmy pozew sami wycofali…

Rozumiem, że nie o to walczyliście przez ostatnie lata?

Nie o to chodziło. Może zabrzmi to górnolotnie, ale odebrałem dziesiątki telefonów, wszyscy mnie klepią po plecach. Nie młodzi trenerzy, ale ci starsi, z dużym dorobkiem. Jakiś czas temu zadzwonił do mnie trener Edward Lorens, który przecież trenował kilka klubów w Ekstraklasie. Jemu też odebrano uprawnienia. Wydaje mi się, że nie powinno się tak robić. Dziwię się PZPN-owi, że tak zdecydował, ponieważ przez ich decyzje naprawdę wielu wartościowych szkoleniowców odeszło z zawodu. A byli to ludzie, którzy dalej mogliby pracować, szczególnie w mniejszych ośrodkach.

Klasa mistrzowska, I klasa i II klasa. Przypomnijmy tym, którzy nie pamiętają, co dawały te uprawnienia?

Byłem trenerem II klasy, ale mogłem zrobić I klasę trenerską. Najczęściej robiło się ją w Białej Podlaskiej, a dawała ona uprawnienia do pracy w Ekstraklasie. Klasa mistrzowska przyznawana była natomiast za jakieś dodatkowe osiągnięcia.

Dziś kurs UEFA Pro jest kursem bardzo elitarnym. Nieco ponad 200 trenerów może pochwalić się takim dyplomem. Zapytam prowokacyjnie: czy przyznanie UEFA Pro wszystkim trenerom, którzy są w podobnej do pana sytuacji, nie zaburzyłoby kompletnie rynku? Nie myśli pan, że ta licencja to już jednak trochę za wiele?

Zgadzam się w stu procentach. Licencja UEFA Pro jest przeznaczona dla trenerów wybitnych lub takich, którzy poświęcili naprawdę sporo pracy, żeby wejść na ten poziom. To nie jest mój problem. Ale ktoś stworzył przepisy, uchwałę, która sprawiła, że ludzie stracili uprawnienia do pracy, co najmniej na poziomie, na którym pracowali. Dlaczego „elitarności” trenera nie mógłby regulować rynek? Jeżeli, przykładowo, prezes Filipiak stwierdzi, że chce Olszowskiego, który pracował w IV lidze, to sobie go bierze, bo to on jest właścicielem. Nie bierze faceta z ulicy, ponieważ ma on uprawnienia trenerskie, doświadczenie i wiedzę. Odbiję piłeczkę i zapytam: dlaczego nie Olszowski, a np. pan Majewski?! Wcześniej istniały licencje PZPN A i PZPN B, które szły równolegle obok siebie. Te kursy zaczęto wygaszać, a ja przy licencji PZPN A mogłem prowadzić drużyny do III ligi włącznie. No i grupy młodzieżowe. PZPN stworzył sam sobie problem.

Marek Stopczyński: 15 grudnia 2021 roku Sąd Najwyższy uchylił i przekazał do ponownego rozpatrzenia wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 2018 roku w sprawie trenera piłki ręcznej Krzysztofa Kotwickiego. Nie mamy jeszcze uzasadnienia tego wyroku, ale możemy zakładać, że teraz złożymy skargę konstytucyjną do Trybunału Konstytucyjnego, bo nie może być tak, aby prawo związku sportowego do ograniczania wykonywania zawodu wynikające z art. 13 Ustawy o sporcie, jak możemy się domyślać, miało pierwszeństwo przed wynikającym z art. 65 Konstytucji RP prawem do wykonywania zawodu. W Niemczech wszystkim trenerom, którzy posiadali uprawnienia, przyznano je na poziomie UEFA Pro, dlatego tam jest w tej chwili ponad tysiąc trenerów z taką licencją. A u nas? Kazano trenerom kończyć kursy wyrównawcze. Poza tym związek – ustami pana Pawła Grycmanna – stworzył teorię, że ktoś, kto nie ma doświadczenia na poziomie Ekstraklasy, nie powinien prowadzić zespołu na poziomie Ekstraklasy. To jest zupełna aberracja, bo można odwrócić ten problem i powiedzieć, że ktoś, kto pracował przez 30 lat na poziomie Ekstraklasy, nie ma pojęcia o pracy z młodzieżą i nie może z nią pracować. A tak nie jest. Licencja UEFA Pro daje uprawnienia do pracy z młodzieżą, podczas gdy ci ludzie nie mają żadnego doświadczenia w pracy z dziećmi. Związek idzie w kierunku, żeby regulować to, o czym pan Paweł powiedział: kogo prezes klubu ma zatrudniać z wąskiego grona elity, która jest kształcona na kursach UEFA Pro.

Gdybyśmy jednak poszli w stronę taką, że kilka tysięcy osób otrzymałoby licencję UEFA Pro, a chwilę potem młodzi natrafiliby na ścieżkę do tych uprawnień tak skomplikowaną i wąską, jaka istnieje dziś, nie byłoby fair. W jakim kierunku mógł pójść PZPN? Darmowe kursy wyrównawcze?

Trenerzy stawiają ten problem właśnie odwrotnie. To nie kwestia zapłacenia za te kursy. Oni czują się pokrzywdzeni samą sytuacją, że muszą uczyć się tego, czego już się nauczyli. Tego, co przerabiali i kończyli egzaminami na wyższej uczelni. Często muszą robić kursy u osób, które same szkoliły. To absurdalne, że trener z 30-letnim doświadczeniem pracy w zawodzie, musi w tej chwili iść na kurs do osoby, którą sam wcześniej szkolił. Takie sytuacje zdarzają się bardzo często. W grę wchodzą nie tylko pieniądze, ale też emocje. Polski Związek Piłki Nożnej chyba zdaje sobie sprawę, że trenerzy są rozgoryczeni tym, jak ich potraktowano. Pamiętajmy, że sprawa dotyczy wyłącznie trenerów z II klasą trenerską. Trenerów, którzy na chwilę obecną są pokoleniem 50+. 

To teraz ja odbiję piłeczkę i odpowiem trochę ustami związku: większość trenerów, którzy dzisiaj domagają się uprawnień, kończyła uczelnie na tyle dawno, że nie podążają za trendami szkoleniowymi. Może się pan z tym zgodzić?

Marek Stopczyński: Znów wtrącę swoje trzy grosze: pan Stefan Majewski na rozprawie powiedział, że piłka nożna zmieniła się w trzech zasadniczych aspektach: w interpretacji spalonego, wprowadzeniu VAR-u i ciężaru piłki. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić trzy kursokonferencje, każda o jednej z tych zmian – sprawa byłaby załatwiona. Nikt mnie nie przekona, a jestem też trenerem (co prawda piłki ręcznej, ale jednak!), że piłka nożna zmieniła się tak, że wykształcenie, wiedzę i doświadczenie trenerów starszego pokolenia należy wyrzucić do kosza i wyzerować.

Trenerzy vs PZPN, a w puli 100 milionów?! “Związek nie miał prawa odbierać zdobytych uprawnień” >>

Zupełnie nie zgadzam się, że trendy szkoleniowe się nie zmieniły. Oczywiście wiedza i doświadczenia starszych trenerów są szalenie cenne i nie nadają się do kosza, jednak w treningach na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech dekad zmieniło się praktycznie wszystko…

W najgorszym razie tę kwestię powinien regulować rynek. Taka była intencja ustawy regulacyjnej zawodu trenera z 2013 roku: to prezes ma regulować czy trener jest dobry, ma wiedzę i umiejętności.

Ale w takim wypadku nie byłoby sensu, żeby istniały jakiekolwiek kursy. One byłyby tylko dla chętnych?

Marek Stopczyński: W tym zakresie pozostawiono kwestie weryfikacji przesłanek ustawowych polskim związkom sportowym. My tego nie kwestionujemy, bo wiedzą, doświadczeniem czy umiejętnościami trzeba się wykazać. I to nie na zasadzie, że zeruje się to, co się już miało i każe się kończyć kursy, które powielają wiedzę, którą trenerzy już mają.

Nie do końca się z tym zgadzam. Bardzo często mówi się o błędach, które popełniają byli zawodnicy czy osoby, które pracowały w seniorskiej piłce i schodzą do piłki dziecięcej, bo tam próbują robić dokładnie to, co robią z seniorami. Pan Paweł jest również pedagogiem, więc doskonale wie, że to nie jest żadna droga. Szczerze mówiąc, wielu prezesów nie ma pojęcia, że to coś złego. Opierają się na tym, co widzą w telewizji. Mało tego – wielu rodzicom to imponuje i idąc za trendami psychopedagogicznymi trenerzy mają… utrudnione zadanie. Myślę więc, że kształcenie i edukacja są istotne…

Pana pytanie jest oczywiście uzasadnione. Nie da się pracować, jeżeli człowiek nie sięga po wiedzę i nie aktualizuje jej. Teraz, żeby móc pracować z młodzieżą, trzeba posiadać licencję Grassroots C. Ja ją posiadałem do grudnia, po degradacji. Aby ją jednak zrobić, wystarczy ukończyć szkołę średnią i 70-godzinny kurs. Czyli rzucamy trenerów bez żadnej wiedzy pedagogicznej do pracy z dziećmi właśnie! Oni nie mają uprawnień na seniorów. Mój syn skończył 19 lat, jego kolega grał przez rok na poziomie A-klasy, zrobił kurs i pracuje już w szkółce. Czy tacy ludzie powinni pracować z młodzieżą? Co zmieniło się przez lata w piłce nożnej? Przyznaję, w kwestii taktyki trochę się zmieniło, ale wiedzę taktyczną da się nabyć, nie potrzeba do tego kursu. Wystarczą odpowiednie platformy, które PZPN swoją drogą mógłby zorganizować. Ale na temat fizjologii wysiłku pisałem pracę magisterską, znałem dobrze ten temat – i trzy lata temu spotkałem na kursokonferencji profesora Jana Chmurę, bardzo cenionego specjalistę od fizjologii – jak pan sądzi, czy powiedział on coś innego, niż ja dowiedziałem się w 1996 roku? 

Podejrzewam, że nie, chociaż u profesora Chmury też zmieniło się postrzeganie wielu zagadnień. Był u mnie w podcaście i opowiadał o odkryciach, które eksploruje wraz ze swoim zespołem.

Przepraszam, zmieniło się jego postrzeganie, ponieważ w tym momencie mamy o wiele więcej argumentów: w postaci technologii, które są wykorzystywane w treningu. Mnie i trenerom z IV ligi czy z klasy okręgowej zabrano jednak możliwość pracy na poziomach rozgrywkowych, w których tej „technologii” nie ma i nie będzie… Bo nie ma na to środków. Na tym poziomie wykonuje się rzemieślniczą pracę. Wielką korzyścią jest to, że możemy lepiej monitorować zawodników, ale ja pracowałem w IV lidze, a na tym poziomie mało kto ma asystenta czy trenera bramkarzy. Kiedyś szkoleniowiec był od wszystkiego. Nie mówię, że to dobrze, uważam, że teraz jest lepiej, ale trener, który chce się dokształcać, nie musi kończyć kursu, bo ma dużą bazę wiedzy, którą może wertować. Nie jest tak, że nasza myśl szkoleniowa opiera się na ladze do przodu, bo tak grało się 30 lat temu. Przecież, gdyby któryś trener tak postępował, to nie ma szans na znalezienie pracy.

Pan już trochę „obraził się” na trenerkę czy wręcz przeciwnie? Szkolił się pan, brał udział w kursokonferencjach?

Tak, kursokonferencje są przeze mnie regularnie realizowane. We wrześniu była jedna, w grudniu kolejna. Nie chcę już się wypowiadać na temat ich jakości, bo niektórym być może wydaje się, że PZPN i wojewódzkie ZPN-y przekazują ogrom wiedzy. Właśnie nie. Bez dokształcania nie ma szans utrzymać się w zawodzie. Przez ostatnie cztery lata pracowałem na poziomie A-klasy. To jest walka z wiatrakami. Niedawno w okolicy był trener z uprawnieniami UEFA Pro i chciał wprowadzić drużynę z A-klasy do okręgówki. Popracował trzy lata i… się go pozbyli.

A nie jest pan już trochę zmęczony tą walką?

Nie. Będę robił wszystko, żeby ten proces zakończył się powodzeniem. Dostałem licencję UEFA A, ale nie ukrywam, że trochę ręce mi już opadają. W 2016 roku mogłem prowadzić drużyny na określonym poziomie. Minęło pięć lat, nie zmieniło się nic, poza tym, że ktoś zmienił jeden przepis, i… teraz mogę nagle pracować na wyższym poziomie niż wcześniej, bo z licencją UEFA A można obecnie pracować w II lidze!

Czy pana zdaniem to była akcja ratunkowa? By tym osobom, które naprzeciw związku stanęły, wytrącić argumenty z rąk? I jednocześnie – czy ta decyzja nie jest policzkiem dla tych, którzy robili kursy wyrównawcze? Oni brali bezpłatne urlopy, płacili po cztery czy pięć tysięcy złotych za kursy, a… wystarczyło poczekać i złożyć… wniosek.

Jeżeli ktoś robił kursy, to dlatego, że mógł i chciał pracować. Doskonale zdaje sobie pan sprawę, że w IV lidze nie ma trenerów, którzy żyją wyłącznie z piłki nożnej. Moje pokolenie, osoby po studiach, najczęściej są nauczycielami. Dla innych jest to pasja, której oddają się po ośmiu godzinach pracy w zupełnie innej branży. Niektórzy robili kursy, żeby nie stracić dodatkowej pracy. Z mojej 20-osobowej specjalizacji obecnie tylko siedem osób trenuje. Trzy zrobiły kurs UEFA A i mówią, że drugi raz by na niego nie poszli.

Poza roszczeniem odnośnie licencji UEFA Pro, chcecie też domagać się odszkodowania. Co od 2016 roku stracił Paweł Olszowski? Czy miał pan jakieś oferty w tym czasie?

Najprzyjemniejsze dla trenera jest to, jak klub, z którego jest zwalniany, dzwoni za jakiś czas z pytaniem, czy jest wolny, bo przyznaje, że ta decyzja była pochopna lub popełniono błąd. Jesienią 2016 roku zadzwonił do mnie prezes z Trzebinii: szukał trenera do pracy w IV lidze. Ale wtedy byłem związany już z innym klubem. Później się okazało, że odezwali się do mnie z Chrzanowa, Fablok występował wówczas w A-klasie. Jaki był warunek? Potrzebują trenera do A-klasy, ale by jednocześnie prowadził juniorów starszych. 

A pan dostał w 2016 roku licencję Grassroots C, czyli juniorów prowadzić pan nie mógł…

Dokładnie tak. Przez pięć lat nie mogłem prowadzić tych juniorów. Musiałem odmówić. Na poziomie III ligi miałem jakąś pensję, więc hipotetycznie mógłbym przemnożyć różnicę między tym, co otrzymywałem na poziomie A-klasy, a tym co otrzymywałem wcześniej razy liczbę miesięcy i lat. Na tę chwilę nie ma jednoznacznej decyzji czy będziemy ubiegali się z panem mecenasem o odszkodowanie, bo trzeba byłoby złożyć kolejny pozew, a sądownictwo w naszym kraju wygląda w ten sposób, że mógłbym… nie dożyć rozstrzygnięcia procesu, tak jak jeden trener, którego sprawę pan mecenas prowadzi…

Jeżeli zwycięży pan z PZPN-em, inni trenerzy też będą mogli przeskoczyć z licencji Grassroots C na UEFA A? Czy to dotyczy tylko tych, którzy za bardzo nie mieli opcji robić kursów wyrównawczych, czy również tych, którzy zrobili kursy wyrównawcze i mogliby w takim wypadku domagać się zwrotu pieniędzy za nie?

Raczej nie będzie tak, że jeśli wygramy proces, to związek zmieni regulamin i nagle przyzna wszystkim trenerom II klasy licencję UEFA. Myślę, że będzie polityka taka, aby procesować się z każdym z trenerów oddzielnie i przywracać mu licencję dopiero po przegranych procesach. Część osób czeka na nasz wyrok, by pękła tzw. bariera psychologiczna. Bo każdy proces wiąże się nie tylko z czasem, ale również z pieniędzmi, które trzeba w niego włożyć. Wielu trenerów ma taką barierę, ale jeżeli wygramy – pewnie zdecydują się ruszyć do sądów.

Jak zakończy się ta sprawa?

Myślę, że dobrze dla mnie. Dla związku może to być „gorący kartofel”, bo uchwały z 2015 roku były uchwałami, które wprowadził poprzedni zarząd. W sądzie jednak zawsze jest 50% szans na wygraną i 50% na przegraną.

Jeżeli sąd przyznałby panu licencję UEFA Pro, to z pewnością byłoby to wydarzenie bez precedensu. Zrobiłoby się o panu głośno…

Pozywałem PZPN nie po to, żeby było o mnie głośno, ale po to, by odzyskać uprawnienia i zaprotestować przeciwko traktowaniu trenerów jako „dojne krowy”. Gdyby sąd przyznał mi licencję UEFA Pro, to mojego życia to nie zmieni. Realnie patrząc, zawodowym trenerem nigdy już nie zostanę…

ROZMAWIAŁ PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Fot. Michał Koryczan