Blogi i felietony

Wtorkowa rozgrzewka z Mamczakiem: nie na raz

Dobre wieści popłynęły do nas w grudniu z oficjalnych kanałów Polskiego Związku Piłki Nożnej. Trener Michał Libich, Koordynator ds. Szkolenia Dzieci i Młodzieży, poinformował, że rozgrywki ligowe w kategoriach od U-8 do U-11 zostaną zlikwidowane. Taka decyzja niesie jednak za sobą konsekwencje.

O ile ruch ten oceniam jako potrzebny i bardzo rozsądny, o tyle po jego realizacji odpowiedzieć sobie będziemy musieli na pytanie co dalej. Bo w którymś momencie ligi się zaczynają, a tysiące drużyn w całym kraju trzeba będzie przydzielić do odpowiedniego poziomu. Jak to zrobić? Na fanpejdżu “Łączy Nas Trening” przedstawiono propozycję klubowego rankingu i tego, jak mógłby on wyglądać. Dlaczego uważam to za pomysł raczej na przyszłość, niż na dziś, pisałem przed miesiącem. Jak mogłoby więc wyglądać optymalne rozwiązanie na kolejny sezon?

– Jesteśmy otwarci na propozycje ludzi ze środowiska. Jeżeli ktoś wymyśli jakąś ciekawą ideą, na pewno zostanie doceniony. Gwarantuję, że z setek komentarzy zrobi się pięć. Wszyscy narzekają, ale żeby samemu coś zrobić… – powiedział Libich w rozmowie z Bartkiem Lodko. I ja się z nim zgadzam. Dlatego sam przysiadłem nad tematem, podzwoniłem po znajomych w różnych stronach Polski i… chętnie podzielę się swoimi przemyśleniami.

W rozmowie Bartka zabrakło mi pytania czy trener uważa, że WSZYSTKIE drużyny w Centralnej Lidze Juniorów gwarantują dziś wyższy poziom szkolenia. Bo bardzo przytomnie brzmi zdanie, że najlepszych trzeba oddawać wyżej. Jasne, że tak. Ale nie znam  też nikogo, kto tego by nie chciał docelowo robić. Pytanie rozbija się więc o to, o czym piszę na wstępie – co znaczy “wyżej”?

Bo mnie się wydaje, że podmioty szkolące przyszłych piłkarzy, które dziś są w CLJ, wcale nie zawsze mają się czym chwalić. Okej, to jest porządny poziom, zgodzę się. PORZĄDNY. Tylko i aż porządny. On nie jest jednak taki, że zwala z nóg. Po prostu wiele jest innych miejsc, gdzie działa to też naprawdę dobrze. A CLJ-ki czy zespołu seniorów na poziomie centralnym tam nie ma.

Najłatwiej będzie pokazać to na przykładzie stolicy. Będę trzymał się porównania tego, co ostatnio. W Varsovii byłem dłuższą chwilę (reportaż). Rzucam więc okiem na skład lig centralnych U-15 czy U-17 – czy tak ZNACZĄCO od niej odstają dziś Ursus lub Polonia?

Mogę się mylić, nie jestem przecież w środku. Ale moje wrażenie jest takie, że te różnice wielokrotnie są nieznaczne. Ot, jeden rocznik lepszy jest tutaj, drugi na osiedlu obok. Dziś jeszcze nie ma takich rozbieżności jak w Anglii czy w Niemczech. Wiadomo, że Man City, Chelsea, Wolfsburg czy Hertha nie mogą się równać z angielsko-niemieckimi odpowiednikami Ursusa (to oczywiście przykład, żeby ktoś nie obraził się za to zdanie), bo są od nich tysiące lat świetlnych. Czy tysiące lat świetlnych dzisiaj przed Varsovią są Wisła Płock lub SMS Łódź?

Inną kwestią pozostaje odpowiedź na pytanie co ze szkółkami młodymi. Tymi, które po prostu za krótko istnieją na rynku? Ranking klubowy będzie trudną do przeskoczenia barierą. Załóżmy, że na naszym wciąż nienasyconym szkoleniowo rynku pojawia się nowy podmiot i liczy, że coroczną dobrą pracą wreszcie dostanie się do elity. Żeby daleko nie szukać – przecież nie tak dawno temu w Goczałkowicach powstała Akademia BVB. Tworzone są zatem fantastyczne warunki, jednak przez kilka lub kilkanaście lat kolejne roczniki ogrywają rywali z potencjałem na poziomie kilku pięter pod nimi. Rankingiem zamykamy więc rynek. Rynek, który wciąż stoi (względem jego europejskich odpowiedników) na niskim poziomie. Zamykamy się na świeże pomysły i nowych ludzi. Czy to odpowiedni moment na taki ruch? Mi znów wydaje się, że to za szybko.

No dobra, to co można zrobić zamiast klubowego rankingu?

Na starcie musimy odpowiedzieć sobie co jest dla nas najważniejsze. Według mnie stworzenie jasnego podziału na profesjonalnie szkolące podmioty i szkółki grassroots to dalsza przyszłość. I to nie zdarzy się samo. Do tego potrzeba poważnego bodźca oraz cierpliwości, wytrwałego trzymania się obranej strategii i planu. Trzymania się założeń, na które przystaną włodarze największych klubów. Decyzji, które podejmą ludzie zainteresowani inwestycją w szkolenie na poziomie tego, co dzieje się w Lechu Poznań, Legii Warszawa, Zagłębiu Lubin, Stali Rzeszów czy Rakowie Częstochowa.

Na dzień dzisiejszy, moim subiektywnym zdaniem, kluczem jest więc, by ligi wojewódzkie stały się jak najmocniejsze. By najlepsze drużyny rywalizowały z innymi najmocniejszymi z regionu. Bez względu na to, czy w danej szkółce starszy rocznik był równie silny, czy w ostatnich latach starsi koledzy z danej miejscowości lub osiedla ogrywali przeciwników, czy raczej dostawali od nich łomot. Dany zespół, dany rocznik – pracują na siebie. Są kozakami? Niech wchodzą do CLJ-ki. Trafiła się banda na medal? Niech o medale więc walczy.

Wynik idzie za rocznikiem. Awansujesz jako 14-latek do ligi wojewódzkiej? Graj jako 15-latek właśnie tam. Jeśli przeskoczysz poziomem swoją drużynę i tak zgłosi się po ciebie topowa akademia. Dziś prawdziwej perełki nie sposób przegapić.

W województwie zachodniopomorskim raz na jakieś pięć lat pojawia się taki rocznik Vinety Wolin, który jak równy z równym rywalizuje z Pogonią i FASE Szczecin. Po prostu – w mniejszym miasteczku trafia się super rocznik, a w Wolinie jest to standard co kilka lat – mówi Marek Safanów. Takich przykładów moglibyśmy mnożyć.

Ważnym aspektem jest też, by nie stracić zbyt wiele czasu na klasyfikowanie poszczególnych klubów. Skoro po etapie orlika, etapie gier turniejowych i meczów sparingowych, żadnego podziału nie mamy, musimy go jakoś stworzyć. Dobrze, by nie trwało to trzy lata, bo to czas stracony dla dzieciaków, które przecież muszą znów rywalizować na poziomie odpowiednim do swoich umiejętności. 

Jedno jest pewne: w każdym województwie sytuacja jest zgoła odmienna. W samej Warszawie w rozgrywkach żaków występowało w tym sezonie 170 zespołów. W całym województwie opolskim takich drużyn jest natomiast około 90. Przyjęcie jednego schematu nie ma racji bytu. Ale to jest trochę jak z nauką gry w piłkę – nie schematy, a zasady. Wobec nich możemy już się spróbować poruszać.

A zasadą numer jeden dla mnie byłoby kompletne przestawienie wajchy. Odpuszczenie walki z wiatrakami. Koniec ze skupieniem na trenerach, którzy konferencji z godzinami do licencji poszukują tylko po to, by podpisać się na liście i zaliczyć z niej angielskie wyjście. Koniec z utrudnianiem im życia i próbami zawrócenia kijem Wisły. Zaufajmy wolnemu rynkowi. Zaufajmy ludziom. Dajmy przestrzeń tym, którzy są chłonni wiedzy i którzy będą w stanie zmienić polskie szkolenie.

Na początku będą błędy. One będę nieuniknione. Ale za dwa lata obudzimy się w innej rzeczywistości. W takiej, w której to kombinatorzy mają pod górkę. W której to oni są wytykani palcami i jest im w środowisku tak źle, że opuszczają je sami z siebie. Ludzie. Odpowiedni ludzie, na odpowiednich stanowiskach. Reszta zadzieje się sama.

Upraszczając, moja strategia mogłaby wyglądać tak:

  • KROK 1. Zbudować świadomość trenerów

Rozgrywki żaków i orlików odbywać się będą bez tabel. Pomimo tego, w każdym z roczników wszyscy zainteresowani nimi będą dokładnie wiedzieli, kto ma drużynę lepszą, a kto gorszą. Osoba odpowiadająca w związku za turniejowe zmagania przez cztery lata (od U-8 do U-11), obudzona w środku nocy będzie mogła każdy rocznik poukładać według własnego subiektywnego zdania. I to zdanie nie będzie odbiegało od zdania 90% trenerów i innych zaangażowanych.

Na wyciągnięcie wniosków zasadniczo wystarczy jedna runda, tutaj każde województwo będzie miało tych rund aż osiem. A w każdej poszczególne ekipy będą jeździły na różne przecież turnieje. – W Zachodniopomorskim ZPN-ie potrzebowaliśmy roku-dwóch, by móc uznać, że trenerzy zostali uświadomieni – mówi mi Kuba Śpiegowski z AP Szczecinek, który odpowiadał w rejonie koszalińskim za “Pierwszą piłkę”.

Jasnym jest, że turnieje i sparingi rozgrywane przez kolejne drużyny muszą odbywać się na poziomie adekwatnym. Jeśli jedziesz na turniej i widzisz, że przegrywasz wszystkie mecze wysoko – bo pomimo braku tabel i ewidencji wyników, widzisz to – następnym razem zapiszesz się na inny turniej. Jeśli łoisz każdego na swojej drodze – również powinieneś poszukać wyżej zawieszonej poprzeczki. Tę podnosić może też koordynator takich działań. W wojewódzkich związkach i tak będą musiały znaleźć się stanowiska pracy dla osób, które turniejami najmłodszych będą zajmowały się od przyszłego sezonu. Takie osoby, jeżdżąc w weekendy po okolicznych boiskach, będące w stałym kontakcie ze szkoleniowym otoczeniem, będą mogły sugerować każdemu, gdzie powinien się pojawić ze swoimi podopiecznymi. Taka pomoc w odpowiednim dopasowaniu wyklaruje się bardzo szybko. Później będzie jej potrzeba coraz mniej, bo po kilku rotacjach każdy trener znajdzie idealne środowisko dla rozwoju swoich zawodników.

A nawet jeśli pomyśleliście teraz o trenerze, który będzie chciał wszystko wygrywać i po udanych rozgrywkach nie będzie szukał większych wyzwań dla swoich podopiecznych – przecież wszyscy pozostali zwrócą uwagę, że odstawał w sobotę poziomem in plus… 

Każdy z nas, grając gdziekolwiek, wie po kilku tygodniach, jak jego zespół wygląda na tle innych. Wie, z kim warto się umówić na sparing w zimowej przerwie. Wie, że drużyna X to za wysokie progi, drużyna Y to rywal, który nie ma do niego startu, ale za to zespół Z – to przeciwnik, z którym na dziesięć meczów obie strony wygrałby po trzy razy, cztery pojedynki kończąc remisem. Wybór jest prosty, nie trzeba być Einsteinem.

W ZZPN-ie u najmłodszych przed każdym sezonem rozsyłana jest ankieta. Tam poziomy na turnieje wyznaczono trzy. Dzieci początkujące trzeba odróżnić od tych, które idą w kierunku profesjonalnego futbolu. Ale ten podział mogą znać trenerzy. O nim wiedzieć może opiekun rozgrywek. Po co rozpisywać go na stronach, które potem oblegane są przez rodziców i udostępniane przez klubowe fanpejdże? To źródło głupawki, prześcigania się w ofercie treningowej i bezsensownego przespisywania swoich pociech po szkółkach, w oparciu wyłącznie o wyniki poszczególnych zespołów. Wyniki na poziomie ultraamatorskim zazwyczaj, dodajmy.

  • KROK 2. Pozbyć się piramid

We Wrocławiu, w kategoriach młodzik i trampkarz, dzisiaj mamy… po siedem poziomów. SIEDEM poziomów, rozumiecie to?! Czyli dzieciak w lidze wojewódzkiej może być o sześć klas rozgrywkowych wyżej od swojego kumpla z klasy. To samo jest w Katowicach. Po co nam te kilkustopniowe ligi?

Nie wiem w jakich wychowaliście się czasach, ale ja jak grałem w lidze, to byłem jednym z trzech chłopaków w klasie, którzy to robili. Na osiedlu było nas piętnastu (takich kopiących w miarę regularnie), ale w weekend na mecz z tej ekipy jeździliśmy we dwóch.

Dzisiaj wszystko się wywróciło. Analizując cały ten temat zastanawiam się jednak jakie argumenty stoją za tym, by każdy brał udział w ligowej rywalizacji? Po co pod dwoma ligami wojewódzkimi tworzyć trzy okręgowe, a do tego jeszcze cztery terenowe (jak to bywa w dużych miastach)? Sztuczna profesjonalizacja roli każdego, kto kiedyś zapisał się na piłkę nożną – czy ona ma sens?

A gdybyśmy tak skupili się na rywalizacji tylko najlepszych?

Oczywiście, jeśli są zespoły, które pozostają w grze, niech one kontynuują to, co realizowały w żaku i orliku. Niech w młodziku nadal spotykają się trzy razy w tygodniu oraz w weekend. Niech płacą w swoich szkółkach składki. Niech rywalizują z innymi dziećmi. Nie spisujmy ich na straty, broń Boże. Umiejętności umiejętnościami, ale sport to zdrowie. To jednak może być kontynuacja przyjętego u najmłodszych modelu. Turnieje, gry sparingowe. A jak w nich będziesz wygrywał wszystko – aplikuj do ligi.

Bo ligi to wystarczą, według mnie, maksimum trzy. W sensie – ich poziomy. Silna liga wojewódzka, jedna lub dwie grupy jej wojewódzkiego zaplecza i kilka okręgów z jedną małą ligą każdy – to zestawienie w zupełności wystarczające dla każdego z województw.

(Liczbę grup i ich podział uzależnić należy oczywiście od województwa, jego wielkości i liczby drużyn rywalizujących na danym poziomie)

  • KROK 3. Dać decydować każdemu za siebie

W poprzednim akapicie padło zdanie “aplikuj do ligi”. No jak to, aplikować? Każdy, według własnego widzimisię, mógłby to zrobić?!

A czemu nie? Gdyby decyzja należała do trenerów, którzy śledzą poczynania swojego rocznika przez cztery lata – czy ktoś się może pomylić? Z dodatkowym wparciem związkowego koordynatora w dodatku, który może przecież zasugerować, że ktoś przeszarżował z pomysłem na kolejny rok?

Czy naprawdę ktoś wierzy, że trener z zespołem na poziomie ligi terenowej będzie chciał się porwać na występy w lidze wojewódzkiej? Na dalekie wyjazdy i wysokie porażki co tydzień? Albo że, w drugą stronę, ktoś widząc, że rywalizuje jak równy z równym z najlepszymi akademiami w województwie, zapisze się do okręgówki? Że odpuści zmagania ligowe?

Pamiętajcie, nikt nie zaczyna z czystą kartą. Cztery lata rozgrzewki to chyba wystarczający czas, by zrozumieć swoją rolę w całym tym piłkarskim ekosystemie?

  • KROK 4. Zaakceptować półroczny rozruch

Skoro rozgrywki turniejowe trwają przez cztery lata i każdy trener decyduje na jakim poziomie w turnieju występować ma jego drużyna, wydłużmy ten czas o pół roku (w najgorszym scenariuszu). Pierwsze pół roku w młodziku niech będzie dla nas momentem na podział. Dwie ligi wojewódzkie w każdym województwie (chyba że nie ma aż tylu chętnych, wtedy jedna) plus po grupie w każdym okręgu dla chętnych. Taki może być wyjściowy cel.

Z założenia zgłaszają się do tych rozgrywek świadomi, więc skoro mamy, przykładowo, 2 x 16 miejsc, to zgłosi się pewnie 40 klubów. Rundę jesienną możemy w takim przypadku podzielić na 4 grupy. I niech każdy zagra z każdym mecz i rewanż, a po ośmiu najlepszych z każdej ligi wskoczy na wiosnę do lig wojewódzkich.

Co dalej? Wtedy dajmy kolejny wybór – niech trenerzy zgłoszą się do pierwszej lub drugiej ligi wojewódzkiej. Trenerzy tych 32 ekip, które zaliczyły awans. Niech podzielą się sami. Jeśli będzie za dużo chętnych do ligi pierwszej – zadecyduje kolejność w tabeli z jesieni. Miejsce, potem punkty lub punkty uzyskane w meczach z zespołami wyżej w tabeli (do ustalenia i uściślenia jako sztywne zasady dla całej Polski). W najgorszym wypadku różnica bramkowa.

Nie chcemy uwierzyć w ludzi i w to, że do wojewódzkiej ligi aplikować będzie tylko czterdziestu kandydatów?

Z każdą abstrakcją można sobie poradzić. I na pewno warto się na nie przygotować. Uznajmy, że na Mazowszu trenerskie ego przerośnie moje oczekiwania. I do wojewódzkiej ligi zgłosi się 128 chętnych (ktoś w to wierzy?). No to dzielimy. 16 lig po osiem drużyn. Gramy każdy z każdym, po jednym meczu i w połowie rundy jesiennej wiemy już, że w grze pozostaje połowa chętnych. Zostaje nam 8 lig po osiem zespołów – i znów pierwsza czwórka wchodzi wyżej. Po rundzie jesiennej mamy więc 32 drużyny, które chcieliśmy wyselekcjonować.

Szybko i sprawnie. Co z tymi, którzy odpali? Wracają na tory znane z poprzednich lat. Sparingi, turnieje. Ciągle oczywiście grają.

Każdy wybiera więc pomiędzy trzema opcjami: szkoleniem grassroots, okręgiem i mocną ligą na poziomie wojewódzkim. Zwycięzca okręgówki – ma wybór. Jeśli czuje się na siłach, wskakuje do województwa. Jeśli nie, odpuszcza rywalizację. Wszystko zależy od rocznika, wszystko zależy od poziomu danej DRUŻYNY.

Do 1998 roku w Polsce mieliśmy 49 województw. Mniej więcej one mogłyby stworzyć okręgi, wychodzi średnio po trzy na dzisiejsze województwa. Liczba spadkowiczów z drugiej ligi wojewódzkiej nie będzie przesadzona, można byłoby nawet pomyśleć o barażach dla wiceliderów lig okręgowych.

***

Nie wiem jaki pomysł na opiekunów poszczególnych rozgrywek ma PZPN. A w całej tej układance to szalenie ważna kwestia. To muszą być osoby komunikatywne, osoby, które muszą mieć otwartą głowę, muszą potrafić rozmawiać z innymi trenerami. Takie trochę imopeksisowe – potrafiące oddać władzę innym, potrafiące im zaufać. I gotowe, by budować świadomość trenerów poprzez błędy, które ci popełnią.

Tacy opiekunowie (czy koordynatorzy – zwał, jak zwał) na pewno pojawią się u najmłodszych. Skoro decyzja o wycofaniu się z wyników wśród żaków czy orlików zapadła, innego wyjścia nie ma. Na starszych etapach będzie jednak tylko prościej. Świadomość się zwiększy, zespołów będzie coraz mniej.

Polski Związku Piłki Nożnej! Zaufaj swoim trenerom. A jeśli uważasz ich za niegodnych tego zaufania, to zapytaj swoich ludzi, co z takiej strategii wynikło w województwie zachodniopomorskim. Rozwiązanie zdaje się być gotowe. Wewnątrz twoich struktur.

PRZEMYSŁAW MAMCZAK

Chcesz podyskutować o szkoleniu? O najnowszym artykule? Nie zgadzasz się ze mną lub chciałbyś coś dodać? Napisz koniecznie – [email protected].