Wywiady

Najciekawsze rozmowy Juniora w 2020 roku. Co warto nadrobić?

Rok 2020 dobiega już końca, więc przychodzi czas, aby go podsumować. W tym roku na Weszło Junior pojawiło się mnóstwo wywiadów z ciekawymi personami polskiej, ale i zagranicznej piłki. Nie zabrakło wiedzy stricte szkoleniowej jak i zabawnych anegdot. Postanowiliśmy to zebrać w całość i wyróżnić, naszym zdaniem, dziesięć najciekawszych rozmów, jakie pojawiły się na naszym portalu w roku 2020.

Czy w rankingu znajdują się same duże nazwiska? Nie, aczkolwiek i takich nie brakuje. Najważniejsza jest treść samej rozmowy, a nie tylko to jak nazywa się nasz interlokutor. Jak w przypadku każdego TOP10 pojawią się kontrowersje, bo ciężko wyróżnić tak niewielką liczbę wywiadów, gdy w każdym tygodniu serwujemy wam od dwóch do czterech większych rozmów z ludźmi ze świata piłki.

Czym się sugerowaliśmy tworząc ranking? 1. Zainteresowaniem, jakim cieszyły się artykuły w momencie publikacji. 2. Wartością merytoryczną 3. Po prostu czymś, czym poniższe teksty nas urzekły.

10. Łukasz Sosin

CLJ-ka od środka to nasz stały czwartkowy cykl, gdzie rozmawiamy o CLJ z rozmaitymi osobistościami polskiej piłki. Te rozmowy są raczej reakcją na to, co aktualnie dzieje się w Centralnej Lidze Juniorów i danym klubie, więc dlaczego przypominamy wywiad z Łukaszem Sosinem?

Dlatego, że oprócz tzw. bieżączki, poruszamy wiele uniwersalnych tematów. Były reprezentant Polski zdradził nam kulisy przejścia do akademii Hutnika Kraków jako już szkoleniowiec, zestawił ze sobą treningi dzieci i młodzieży w Polsce z tymi na Cyprze czy też zwrócił uwagę na to, że zaniedbywany jest element gry głową.

Tutaj fragment wywiadu o grze głową: “Co najgorsze… uważam, że bardzo zapomniana w Polsce i na Cyprze jest gra głową. Zauważyłem, że timing wyskoku do piłki i uderzenie jej głową stoją na bardzo niskim poziomie. To jest zapomniane, bo każdy skupia się na jak najszybszym przenoszeniu ciężaru gry z jednej strony na drugą – jeden, dwa kontakty z pierwszej piłki. Niestety, gdy popatrzymy na naszą polską Ekstraklasę, najczęściej widujemy grę górą. Zaraz będziemy mieć problem z tym, że nasze szkolenie zapomina o tym elemencie gry

To też nie jest spowodowane tym, że pojawiały się dyskusje na ten temat? Częsta gra głową u młodych zawodników może powodować podobno w przyszłości mikrourazy głowy. Nie uważa trener, że mentalność się po prostu zmieniła i dlatego wygląda to inaczej?

Wszędzie pojawiają się mikrourazy. Jeżeli uderzamy piłkę z całej siły paręnaście razy – pojawiają się mikrourazy. Gdy byłem zawodnikiem, nie było dnia, żeby mnie coś nie bolało. Teraz pan mówi o mikrourazach głowy i gdy piłka leci, to połowa zawodników chowa głowy. Jednak jeżeli się je usztywni i dobrze nastawi – nie ma prawa się nic złego stać. Brakuje tylko techniki uderzenia głową. Bo to jest zapomniane w naszym szkoleniu. W Polsce ten element jest wręcz pomijany”.

Jeśli przekonaliśmy was do nadrobienia lektury z Łukaszem Sosinem, radzimy wam zacząć czytać od pytania: “Jest pan wychowankiem Hutnika Kraków. Dlaczego zdecydował się pan na powrót do tej drużyny już w roli szkoleniowca? Sentyment?“, ponieważ wcześniejsze dotyczą spraw aktualnych na stan 10 września 2020 roku.

CLJ-ka od środka: “Nie ma takiego treningu, którego nie można zrobić lepiej”

9. Maciej Tarnogrodzki

Wybrał nietypową drogę do zostania profesjonalnym trenerem, bo pierwsze kursy i pracę z dziećmi podjął w… Irlandii i jak sam zaznacza: “zaczynałem praktycznie od zera. Wierzę w taką szkołę. Wielu sławnych trenerów od razu startowało z wysokiego pułapu, ale niektórzy z nich zaczynali od piłki dziecięcej, potem trenowali w niższych ligach, a dzisiaj są na szczycie”. 

Dziś Maciej Tarnogrodzki jest dyrektorem akademii Escoli Varsovia. Opowiedział nam nie tylko o swoich planach i założeniach, które chce wdrożyć do warszawskiej szkółki, ale też o swojej wieloletniej pracy w Irlandii, drodze jaką przebył od treningów dzieciaczków do drużyn seniorskich, czy wyjątkowych kursach trenerskich, na które trudno się dostać, a byli tam tacy prelegenci jak Benny McCarthy, Harry Kewell, Michael Baele, Christian Lattanzio, czy Liam Rosenior.

Na zachętę wrzucamy anegdotę o norweskim napastniku Borussii Dortmund, Erlingu Haalandzie: “Gdy prowadziłem drużynę do lat 19 w University College Dublin, to graliśmy dobrą piłkę – w dwa sezony przegraliśmy cztery spotkania. Występowaliśmy również w UEFA Youth League, trafiliśmy na dość silne norweskie Molde. To było zaledwie trzy lata temu. Na mecz rewanżowy zszedł z pierwszej drużyny Erling Haaland. W pierwszym meczu wygraliśmy 2:1, a na wyjeździe przegraliśmy po rzutach karnych, remisując w dwumeczu 3:3. Haaland był niesamowity w tym spotkaniu, chwilę później strzelał już gole w Salzburgu w seniorskiej Lidze Mistrzów. Po meczu nawet podszedł do mnie i powiedział, że graliśmy super piłkę i był pod wrażeniem naszej gry – bardzo sympatyczny chłopak i jeszcze lepszy piłkarz.

“Haaland był pod wrażeniem gry mojego zespołu” – Maciej Tarnogrodzki

8. Seweryn Wrzesień

Często przedstawiamy wam historie zwycięzców Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku”, w myśl powiedzenia: “pamięta się tylko wygranych”. Jednak w tym przypadku mówimy o dzieciach, które przeżywają wielkie emocje związane z końcowym rezultatem rozgrywek. Po meczach widzimy u jednych wielką euforię, a u drugich smutek i łzy.

Jak gorycz porażki na Stadionie Narodowym w Warszawie przeżyła drużyna UKS Volley Szczecin podczas XIX odsłony tego Turnieju? Czy taki rezultat może przynieść pozytywny skutek w przyszłości? O tym mieliśmy okazję porozmawiać z trenerem tej ekipy, Sewerynem Wrześniem, który opowiedział nam kilka ciekawych historii związanych z Turniejem:

Na początku tego roku doszliście do wielkiego finału Turnieju o Puchar Prezesa PZPN, ale przegraliście w finale z Limanovią Limanowa. Podobny scenariusz miał miejsce na Turnieju “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” w 2019 roku, kiedy nie udało się wam pokonać drużyny z Poznania na Stadionie Narodowym w Warszawie. Czy to nie jest trochę casus Adasia Miauczyńskiego z filmu “Nic Śmiesznego” – że jesteście zawsze drudzy?

Dokładnie tak, po naszej drugiej porażce w finale rozgrywek, obejrzałem ten film. I zacząłem się śmiać w momencie, gdy główny bohater wypowiedział swój monolog o tym, że jest zawsze drugi. I pomyślałem sobie: “kurczę, zawsze jesteśmy drudzy”. Aczkolwiek mam za sobą wiele godzin analizy tych wszystkich turniejów. Rozmawiałem też z wieloma trenerami i nasunął się taki wniosek: czy to może nie jest lepsze dla tych chłopaków? Może przez to nie osiądą na laurach? Może będą ciężej pracować i szybko nie osiągną swojego sufitu? Mam taką nadzieję i wierzę w tych małych zawodników, to był taki mały pstryczek w ucho, że trzeba jeszcze ciężej pracować. Bo to nie jest koniec ich pracy i przygody z piłką.

Jakie historie związane z Turniejem “Z Podwórka na Stadion o Puchar Tymbarku” najbardziej utkwiły panu w głowie?

Były takie dwa zdarzenia, które łączą się z jedną osobą. Pamiętam, że na finały ogólnopolskie mogłem zgłosić dziesięć osób. I postanowiłem, że chłopcy, którzy wygrali etap wojewódzki, pojadą również do Warszawy. Aczkolwiek jedna osoba z tej dziesiątki doznała kontuzji. Pamiętam, że dwa dni przed wyjazdem zadzwoniła do mnie mama Adriana “Guzika” Guzielaka i powiedziała: “trenerze, Adrian nie da rady grać, bo ma kontuzję”. W ciągu godziny musiałem podjąć decyzję, co robimy dalej, kogo bierzemy. Ostatecznie stwierdziłem, że Adrian wywalczył sobie wyjazd do Warszawy na finałach wojewódzkich i pojedzie kontuzjowany na finały ogólnopolskie. Wiedziałem, że nie zagra i nie pomoże fizycznie drużynie. Jednak on jest częścią tej ekipy i zasłużył na ten wyjazd. Gdy pewne mecze mieliśmy już wygrane na finałach ogólnopolskich, to wpuściłem Adriana na ostatnie minuty, żeby chociaż przeszedł się po murawie. Myślę, że dla chłopca jest to duże przeżycie. To nie jego wina, że doznał kontuzji, a chciał dać drużynie nieco więcej.

A druga sytuacja?

– Przed finałem położyliśmy chłopców dosyć wcześnie spać, bo wiedzieliśmy, że rano mają bardzo ważny mecz. Robiąc obchód na korytarzu, który miał miejsce godzinę później, spotkaliśmy lunatykującego Adriana, stojącym przed drzwiami do pokoju. A te otwierały się przy użyciu karty. On wyszedł z pokoju bez karty, a drzwi się zatrzasnęły i nie miał jak wejść. Poszliśmy do recepcji po zapasową kartę, aby ktoś mu te drzwi otworzył, bo reszta chłopaków już spała i nie reagowała na nasze pukanie do pokojów. Po całym zamieszaniu “Guzik” położył się znowu spać. A rano, gdy mu opowiedzieliśmy tę historię, to nie wiedział, o co chodzi”.

“Trenerze, oddałbym wszystkie statuetki MVP za puchar za pierwsze miejsce”

7. Damian Seweryn

Dziwi was obecność tego wywiadu w naszym rankingu? Stwierdziliśmy, że go umieścimy, bo wzbudził on niemałe dyskusje w komentarzach, czyli musiał być na swój sposób ciekawy, że spotkał się z takim odbiorem. Od razu odpowiadamy na zarzuty – nikt nam nie zlecił tego wywiadu i na siłę nie szukaliśmy kogoś, kto będzie dobrze wypowiadał się na temat certyfikacji szkółek PZPN, a nie jest bezpośrednio z nim powiązany.

Jeśli was to ciekawi, od kulis wyglądało to tak, że spotkaliśmy się z Damianem Sewerynem po to, żeby pokazał nam swoją szkółkę AKF Poznań, a z tej wizyty urodził się również reportaż, ale podczas rozmowy z nim zaciekawiło nas to, że ma on nieco inne spojrzenie na program certyfikacji szkółek PZPN. I po prostu pociągnęliśmy ten temat dalej, ale już w formie wywiadu.

Były piłkarz m.in. Widzewa Łódź czy Górnika Zabrze nie wychwalał też pod niebiosa tego projektu, ale wskazał elementy, które dobrze funkcjonują i te, które należy poprawić. Aczkolwiek przy okazji wrzucił kamyczek do ogródka innym szkółkom, które jego zdaniem oszukiwały rzeczywistość, żeby zgarnąć większe pieniądze dla siebie:

Podczas uroczystego wręczenia certyfikatów padło pytanie: “co z pieniędzmi?”. Prezes Wielkopolskiego ZPN, Paweł Wojtala, nie jest dysponentem tego programu i nie wie takich rzeczy. Przy poczęstunku słyszałem takie głosy: “co ja teraz mam zrobić? Mam od stycznia zakontraktowanego trenera z UEFA A i muszę mu płacić wynagrodzenie, a z czego?”. Nie było wtedy jeszcze informacji, kiedy pojawią się pieniądze. To ja się pytam: “pan zatrudnia kogoś na bazie pieniędzy, których nie ma?”. Można to interpretować w ten sposób, że jest to zwykłe oszustwo. Jak można coś realizować, nie mając na to środków? Czyli szkółka nie spełnia wymogów certyfikacji, bo organizacyjnie nie była na to przygotowana, a gdy poznała warunki na srebrną lub złotą gwiazdkę, to robiła wszystko, żeby się dostosować. Brak pieniędzy w danym momencie powodował, że nie byli w stanie tego utrzymać. I z tego faktu dużo szkółek się wycofało, bo nie były w stanie utrzymać trenerów na umowach. Nie każdy podmiot podchodził uczciwie do tego programu. Ubarwiali rzeczywistość, żeby dostać więcej pieniędzy.

Jednym z argumentów negujących program certyfikacji szkółek jest narzucona jedna myśl szkoleniowa, gdzie przecież nie ma jednej recepty na wiedzę. Nie istnieje najlepsza metodologia, bo, gdyby była ona znana, to każdy by z niej korzystał…

Jeżeli ktoś wydaje na coś pieniądze, ma prawo zdecydować na co mają iść. To jest logiczne. PZPN wydaje pieniądze i chce wiedzieć, na co one idą. Zaraz by się okazało, że każdy chce prowadzić szkółkę inaczej, ale za to dostawać pieniądze. Każdy program można dopracować. On dopiero zafunkcjonował, za chwilę minie pierwszy rok od jego startu. A pieniądze do akademii zaczęły spływać od połowy roku. To nie jest tak, że ten system od razu działał, bo był poprawiany. Na pewno będą wyciągnięte wnioski z pierwszego roku działania i będzie można coś zmienić. To jest normalna rzecz. Tylko że PZPN powinien też się wsłuchać w głosy akademii, które mogą mieć coś do powiedzenia. Nic nie zaszkodzi posłuchać drugiej strony. Jakie z tego wyciągnie wnioski, to jest inna sprawa. Nawoływałbym do tego, żeby PZPN szukał konsultacji z osobami, które funkcjonują w tym programie i mogłyby się wypowiedzieć na temat, jak on działa. To są działania na żywym organizmie. To tak, jak z operacją: “zrobiliśmy operację, jak się pan czuje?”. A pacjent na to: “no tak średnio, tu bym jeszcze coś poprawił”. Lekarz robi tak, jak uważa, ale na końcu najważniejsze jest to, jak się czuje pacjent”.

“Program certyfikacji nie jest dla wszystkich, a każdy chce pieniądze”

6. Kamil Bielikow 

W tym roku mieliśmy okazję rozmawiać z wieloma młodymi piłkarzami, który grają lub grali w zagranicznych akademiach. Nasza uwaga głównie skupiała się na aspektach treningowych i szkoleniowych w danych ośrodkach w Anglii, we Włoszech, Niemczech czy Holandii, ale, jeśli pojawił się inny wątek, który nas zaciekawił, to w niego brnęliśmy.

Kamil Bielikow, czyli obecnie trzeci bramkarz ekstraklasowego Zagłębia Lubin opowiedział nam o swojej nieudanej przygodzie w Ascoli Calcio, czyli klubie z Serie B i absurdach, jakie go spotkały. Oto fragment:

Powiedziałeś dosyć tajemniczo, że sprawy organizacyjne miały wpływ na to, że zdecydowałeś się opuścić Ascoli Calcio. Co kryje się za tym określeniem?

Mam przez to na myśli działania zarządu klubu. Na wszystko mają czas i często dochodziło do wszelkiego rodzaju opóźnień. Prosisz ich o coś, a oni ci mówią: “okey, zrobimy to jutro”. A następnego dnia powiedzą ci: “zrobimy to jutro”. I to tak się przeciąga miesiącami. Moim zdaniem to jest ich największa wada. Na treningu Primavery zdarzyła się taka sytuacja, że dostałem na trening… podartą koszulkę. Gdy poprosiłem o jej wymianę, otrzymałem odpowiedź: “nie ma wymian, masz w tej trenować”. A dziura na brzuchu była widoczna. Może nie przeszkadzała w wykonywaniu ćwiczeń, ale trzeba czuć się dobrze w stroju, którym się trenuje. Niestety, nie otrzymałem możliwości wymiany tej koszulki.

Bardzo niecodzienna sytuacja, ale wyjaśnij, jak to wygląda z technicznego punktu widzenia: na każdy trening otrzymujesz inny strój? Czy masz tylko jeden komplet, który oddawałeś regularnie do prania? Skąd ta dziura?

– To było tak, że były przygotowane trzy bluzy bramkarskie na trening. One nie były do nikogo przypisane. Każdy zawodnik podchodził do półki i brał koszulkę. Akurat mi się trafiła podarta. Moi koledzy bramkarze ubiegli mnie i szybciej wybrali odpowiednie stroje. Gdy zauważyłem, że mam uszkodzoną koszulkę, udałem się do pana magazyniera, którego poprosiłem o wymianę stroju. On mi powiedział stanowcze: “nie!”, choć na półce leżały inne. Zaznaczył mi jeszcze, że skoro otrzymałem taką koszulkę, oznacza to, że mam w niej trenować.

“Jeśli Włochy mnie nie złamały, to ciężko mnie będzie złamać”. Bielikow o przygodzie w Ascoli

5. Radosław Gilewicz

Drugim naszym stałym cyklem obok “CLJ-ki od środka” jest “Piłkarskie dzieciństwo”, gdzie jak sama nazwa wskazuje, wspominamy wraz obecnymi i byłymi piłkarzami ich pierwsze kroki, jakie stawiali we futbolu. W tej serii pojawia się wiele ciekawych historii, anegdot i kilka z nich sprzedał nam były reprezentant Polski, Radosław Gilewicz, który ponad trzydzieści lat temu prowadził pamiętnik, w którym zapisywał wszystkie swoje mecze i strzelone bramki.

“Kto był pana piłkarskim idolem w dzieciństwie?

– Nie było ich zbyt wielu. Na pewno pamiętam mecz Polski z Belgią z MŚ 1982, gdy Zbigniew Boniek zdobył trzy gole. Oprócz Bońka, z takich piłkarzy, którzy wyróżniali się umiejętnościami piłkarskimi, był Roberto Baggio. Nie było internetu, nie można było wszystkiego wiedzieć o danym piłkarzu. Dziś jest inaczej, nie tylko ze sportowego punktu widzenia, ale i prywatnie.

Od strony prywatnej bardzo dużo się zmieniło. Dzisiaj wszyscy wiedzą, jak mają na imię np. córki Roberta Lewandowskiego…

– Dokładnie. Wcześniej żadnego takiego przekazu nie było. Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. W moim bloku, tylko kilka klatek dalej, mieszkał wtedy były reprezentant kraju – Roman Ogaza. Jako dziecko chodziłem pod jego okno i patrzyłem, czy przez nie wygląda (śmiech). Człowiek się tym delektował i nawet takie najmniejsze rzeczy cieszyły”.

Piłkarskie dzieciństwo: Radosław Gilewicz

4. Mateusz Góra

Mateusz Góra to przykład chłopaka, który miał predyspozycję, żeby grać w piłkę na solidnym poziomie, ale mu po prostu nie wyszło. W rozmowie z nami był otwarty i szczery, nie krył tajemnic – mówił o swoich błędach, jakie popełnił, gdy był młodym, obiecującym zawodnikiem: “niech moja historia będzie przestrogą dla młodych zawodników, czego nie robić na początku swojej przygody z piłką seniorską” – zaznaczał.

Jeśli nie czytaliście jeszcze tej rozmowy, a jesteś na początku drogi piłkarskiej, warto zapoznać z historią Mateusza Góry. Bo najlepiej jest uczyć się na cudzych, a nie swoich błędach.

“Co sprawiło, że nie jesteś na tym samym poziomie lub wyższym, co wspomniani przed chwilą zawodnicy?

Moja głowa, nie będę owijał w bawełnę. W pewnym momencie się pogubiłem. A najbardziej było to widoczne we Włoszech. Sodówa mi odbiła. Gdy wróciłem z Włoch, zacząłem się staczać. Z Serie B do drugiej ligi słowackiej, potem trzecia liga polska, a teraz nawet czwarta liga. Był taki czas, gdzie na dziesięć miesięcy przerwałem grę w piłkę, powiedziałem, że już nie będę grał. Teraz wróciła nadzieja. Mój menedżer się mną zaopiekował, pokazał mi, że wierzy we mnie, dlatego jestem tu, gdzie jestem. Bo jest też jednym z właścicieli Sportisu Łochowo.

W jaki sposób przejawiała się ta “sodówka” w twoim przypadku? Podejściem do treningów?

– Nie, akurat na treningach zawsze daję z siebie 100%. Przejawiało się to tym, jak prowadziłem się poza treningami. Nie mówię w tym przypadku o chlaniu i ćpaniu. Tylko o diecie, do tego też jakieś imprezy się zdarzały. Bo nie jestem święty w tym temacie, ale to każdemu się zdarza. Nie ma piłkarza, który jest idealnie czysty. Chyba, że chodzi o Cristiano Ronaldo. Mi ta sodówka odbiła do głowy i może dlatego się tak potoczyła ta moja przygoda z piłką?

Dlaczego byłeś tak krótko w Vicenzy? Klub cię nie chciał?

– Nie, było tak, że mieli już do mnie pewne pretensje. Może pretensje to złe słowo…

Uwagi?

– Nie, tu chodziło o to, że podrywałem sekretarkę naszego klubu na dyskotece. Byłem bardzo pijany (śmiech). I ona się poskarżyła w zarządzie klubu. Mieli do mnie o to pretensje, bo to też było po meczu. Wiadomo, że zrobiłem źle. Pokłóciłem się z moim włoskim menedżerem. On mnie nie bronił, tylko miał ciągłe pretensje. Gdy klub miał do mnie uwagi, od razu do mnie dzwonił i nie patrzył, która jest godzina – pierwsza w nocy czy siódma rano. Przez to, że się z nim pokłóciłem, przestałem z nim współpracować. Dlatego poprosiłem mojego właściwego menedżera, bo ten był takim dodatkowym, żeby znalazł mi nowe miejsce do grania. Byłem na testach w Miedzi Legnica, ponoć dobrze się zaprezentowałem, ale nie widzieli dla mnie miejsca. I następny był Partizan Bardejów”.

“Moja historia niech będzie przestrogą dla młodych zawodników”

3. Thomas Gronnemark

Z roku na rok futbol zmienia się i rozwija. Trzeba jednak przyznać, że nie ma na świecie wielu trenerów takich jak Thomas Gronnemark. Duńczyk specjalizuje się… w rzutach z autu, a jego warsztat docenił m.in. Jurgen Klopp, u którego Gronnemark znalazł się w sztabie. Jak wygląda jego praca w Liverpoolu? Co w przypadku, gdy The Reds w europejskich pucharach trafią na Ajax Amsterdam czy RB Lipsk, z którymi również współpracuje? Dlaczego rzuty z autu są tak ważne? W jaki sposób można je poprawić?

Jak rozumiem, bardziej istotne od techniki wykonania przy rzutach z autu są aspekty taktyczne, jak odpowiednie poruszanie się, rotacje i tworzenie przestrzeni? 

Nie, nie, wszystkie te kwestie są ważne. I bez jednego, i bez drugiego elementu, nie uda nam się zrealizować tego, co będziemy chcieli. Ucząc, należy zwrócić uwagę zarówno na to, jak wyrzucić aut szybko, jak i na to, by potrafić być cierpliwym w momencie posiadania piłki za linią. To właśnie dlatego potrzebuję tyle narzędzi. To bardzo ważne, by zwracać uwagę na wszystkie te czynniki wokół rzutów z autu. Jedna rzecz nie może być ważniejsza od innych, gdy na nie nie zwrócisz uwagi. Jeśli chcesz zatem osiągnąć sukces dzięki rzutom z autu, musisz zrozumieć, że to sprawa drużynowa. W większości drużyn na całym świecie myśli się: „po rzucie z autu muszę zdobyć piłkę”. Nie, nie musisz jej zdobyć, a „my musimy ją zdobyć”. Cały zespół musi to zrozumieć.

Kiedy twój zespół ma piłkę za linią i wykonuje rzut z autu – macie jakieś określone cele? Chcecie po prostu nie stracić piłki, utrzymać się przy niej czy np. zmienić jak najszybciej stronę, bo wiadomo, że ta, po której wykonywany jest aut, jest zawsze mocniej oblężona przez drużynę przeciwnika.

– Najważniejsze jest to, co powiedziałeś na początku pytania – utrzymanie posiadania piłki. Jeśli po tym uda się nam wykreować sytuację strzelecką, to znakomicie. Ja dzielę boisko na trzy części – w strefie otwarcia gry, w środku pola oraz na połowie przeciwnika, bliżej jego bramki. Mamy rozwiązania zarówno związane z przeniesieniem ciężaru gry na drugą stronę, jak i na utrzymanie się przy futbolówce. W każdym przypadku mamy dwanaście-piętnaście opcji do rozważenia i to piłkarze, przy użyciu swojej kreatywności, decydują, z której skorzystają. Fantazję graczy na tym poziomie trudno jest zatrzymać, u graczy Liverpoolu „inteligencja autowa” jest na bardzo wysokim poziomie.

Im dłużej jestem w futbolu, tym bardziej zdaje mi się, że najmniejsze szczegóły mogą… zmienić w zasadzie wszystko. Czy twoim zdaniem kluczem jest właśnie zwrócić uwagę na te kilka wspominanych w naszej rozmowie szczegółów? 

Tak. To bardzo ważne, by widzieć w futbolu te detale. Oczywiście, możesz spojrzeć na rzuty z autu i stwierdzić, że to tylko detal, ale jakże istotny. Nie można zapominać, że ten „detal”, wraz z sytuacjami, które mu towarzyszą, zajmuje ponad kwadrans każdego meczu. Coraz więcej trenerów zaczyna sobie z tego zdawać sprawę”.

Ciekawi was rola i sposób treningów wyrzutów z autu? Thomas Gronnemark rozszerzy wam wiedzę na ten temat:

Jak wyrzucić z autu mistrzostwo Anglii? Duńskie wsparcie Jurgena Kloppa

2. Bartłomiej Urbański

Czytelnicy Weszło i Weszło Junior najchętniej klikali właśnie w rozmowę z Bartkiem Urbańskim. Zawodnikiem, który dobrze się zapowiadał w Legii Warszawa, rozgrywał solidne mecze w Młodzieżowej Lidze Mistrzów i drużynie rezerw, czym pukał do drzwi pierwszego zespołu. Aczkolwiek postanowił zmienić nieco swoją karierę i udał się do holenderskiego Willem II. Dziś ma 22 lata i występuje w… III-ligowej Pogoni Grodzisk Mazowiecki.

Co się stało, że tak potoczyła się jego kariera? Jakie różnice są między holenderską a polską myślą szkoleniową? Czego nauczył się w Willem II? Czy żałuje swoich wyborów? Jakie ma alternatywy na dalsze życie zawodowe? Poniżej zostawiamy ciekawą anegdotę o jednym z treningów w holenderskiej drużynie:

“Zostałem po treningu, żeby potrenować swoją słabszą, prawą nogę. Podchodzi do mnie trener i pyta się mnie:
– Co ty k*rwa robisz?
– Trenerze, pracuję nad swoją słabszą prawą nogą.
– Ile goli i asyst zdobyłeś prawą nogą w swoim życiu?
– Nie wiem, na pewno mniej niż lewą.
– Dlaczego nie kształcisz lewej do perfekcji, tylko skupiasz się na prawej? Mogę cię zabrać do Hakima Ziyecha i zapytasz go, ile ćwiczy prawą nogę, a ile lewą. Dlaczego on strzela takie gole? Bartek, to jest ważne, ale ty masz taką lewą nogę, że, jak ją jeszcze poprawisz, będziesz z niej czerpał największe korzyści. Lewa noga ma być perfekcyjna. Na 10 strzałów, 10 ma być w sieci.

W Polsce jest tak, że masz zostać po treningu i żyłować słabszą nogę. A w Holandii mają na to inną optykę. Zdziwiłem się, że trener tak na to zareagował. Wracając jednak do pytania, bo pytałeś o coś innego. Konkurencja była tak duża, że sprowadzili mnie na ziemię: Ben Rienstra, Pedro Chirivella, Dan Crowley”.

“W Polsce mówią, że masz czas, a w Holandii, że tego czasu nie masz”

1. Marek Śledź

Wywiady z dyrektorem akademii Rakowa Częstochowa, Markiem Śledziem zawsze są ciekawe. Mówi z sensem, ale często też głosi niepopularne i twarde opinie. Aczkolwiek nikt nie ma mu tego za złe, bo to jest człowiek, który nie tylko mówi, ale bardzo dużo robi.

My mieliśmy okazję z nim rozmawiać w styczniu tego roku, więc trochę czasu minęło i zapewne wiele rzeczy, które były wtedy w fazie początkowej realizacji, teraz są na zaawansowanym etapie. Aczkolwiek podjęliśmy również kilka tematów, na które ciekawe rozwiązania proponuje Marek Śledź, chociażby na podręczniki licencyjne:

Football fiction: trener Śledź zostaje zaproszony do poprawienia podręczników licencyjnych o obszar akademii. Jakie punkty dopisuje pan do realizacji klubom Ekstraklasy?

– Wróciłbym do porównania, którego używam wielokrotnie, we wszystkich wystąpieniach i publikacjach, które przyświeca mi też w mojej pracy. Mój stół ma cztery nogi i te nogi znalazłyby się w podręcznikach. Zacząłbym ewidentnie od wymagań infrastrukturalnych. Postawiłbym niesłychanie wysokie wymagania infrastrukturalne, bez możliwości omijania ich. Bez podpisywania jakiś umów, bez własności miejskiej. Nie! Klub ma mieć swój obiekt. Akademia ma mieć swój obiekt, a na nim pięć, osiem czy dziesięć boisk, utrzymywanych w należytym stanie. Ma mieć X boisk sztucznych, X boisk naturalnych, X natrysków, X toalet. Jasno sprecyzowany system, w który trzeba zainwestować. Mówiąc X nie myślę o jednym czy dwóch, a takiej liczbie, by dawała ona pełną możliwość realizacji procesu szkolenia i prawidłowego funkcjonowania socjalnego. Np. szatnia z zapleczem sanitarnym dla jednej grupy szkoleniowej, a nie kontener bez wody dla pięciu.

Narzekania byłyby podobne do tych, które dotyczyły stadionów. Dziś jednak mamy jedne z piękniejszych obiektów w skali Europy.

– Jeżeli ktoś chce grać, musi to zrobić. Co wiąże się z kolejnymi przepisami, które można by wprowadzić. „Ratunkiem” dla młodzieży dziś miał być przepis o młodzieżowcu. To jest przepis nie dla szkolenia. To przepis dla agentów. Gdyby ten sam przepis sprowokowano do jednej tylko zmiany – owszem, młodzieżowiec, ale wychowanek, który w klubie jest co najmniej trzy lata – okazałoby się, że by jeden grał, trzeba mieć w zespole pięciu. Czyli – trzeba szkolić. Nie kupujemy Słowaka, Serba, Holendra czy Portugalczyka, tylko kładziemy olbrzymie pieniądze na szkolenie, każdego roku. Na warunki szkoleniowe, na kolejną nogę, pod tytułem „kadra szkoleniowa”. By w klubie funkcjonowała kadra szkoleniowa, optymalna, z trenerami szkolenia specjalistycznego, fizjoterapeutami, dietetykami i innymi niezbędnymi do pracy w jakości.

Jakiś czas temu w swoim felietonie napisałem, że w podręczniku licencyjnym zaznaczyłbym minimalne pensje trenerów w akademii. Niektórzy komentujący uznali, że „odpłynąłem”. To realne pana zdaniem czy faktycznie odpłynąłem?

– Dlaczego? Walczy pan w swojej wypowiedzi o ukonstytuowanie zawodu trenera, który jest zawodem będącym podstawą piramidy szkoleniowej. Jak mamy lepiej szkolić, jeżeli trener nie jest obudowany stabilnością swojej pracy? Nie chodzi o parasol ochronny do nieróbstwa, ale stabilność związaną z uszanowaniem zawodu, który popełnia. Zawód ten mówi o wyjątkowej odpowiedzialności. Nosi w sobie konieczność posiadania wiedzy wielopłaszczyznowej, wielodziedzinowej. Nie jest się tylko trenerem – jest się pedagogiem, wychowawcą, substytutem rodzica. Często czyni się wiele innych działań, które towarzyszą procesowi rozwoju dziecka. Nie jest tak, że można być trenerem, który przyjdzie 15 minut przed treningiem na półtorej godziny zajęć treningowych poprowadzi je i 15 minut po już jest w samochodzie do domu lub innej pracy. To oszustwo wobec tych dzieci, które przychodzą na trening, by spełnić swoje marzenia”

Podręczniki licencyjne do korekty. “W jakim kierunku ma podążać nasza piłka?”

***

My stworzyliśmy ranking, ale to wy jesteście odbiorcami naszych materiałów. Które najbardziej przypadły wam do gustu? Podzielcie się z nami swoimi opiniami w komentarzach. Oczywiście, na tym nie poprzestaniemy i dalej będziemy docierać do co rusz ciekawszych rozmówców i rozmawiali o naszej ulubionej dyscyplinie sportu, jaką jest piłka nożna. Bądźcie czujni.

ARKADIUSZ DOBRUCHOWSKI

Fot. Yotube